fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sporty motorowe

Mercedes ograł rywali

?Lewis Hamilton wygrał Grand Prix Japonii i już może wkładać szampana do lodówki
AFP
Formuła 1: Do końca sezonu jeszcze cztery wyścigi, ale tylko kataklizm może odebrać Lewisowi Hamiltonowi piąty tytuł mistrzowski.

Tak jak przed rokiem kierowca Mercedesa przez pierwszą część sezonu toczył zażarty bój z Sebastianem Vettelem, ale po wakacyjnej przerwie zespół Ferrari złapał zadyszkę i drugi raz z rzędu daje się ograć rywalom. W sezonie 2017 na przeszkodzie stanęły głównie awarie samochodów, a tym razem przede wszystkim ludzkie błędy: zarówno po stronie strategów Scuderii, jak i samych kierowców.

W Azerbejdżanie Vettel jechał przed swoim głównym rywalem, ale w końcówce wyścigu przypuścił nieudany atak na Valtteriego Bottasa. Na mecie był czwarty, a ponieważ w Mercedesie Fina nieoczekiwanie eksplodowała opona, zwyciężył Hamilton.

We Francji Vettel już na starcie zderzył się z Bottasem i finiszował na piątej pozycji, przed własną publicznością na Hockenheim prowadził, ale na mokrej nawierzchni wypadł z toru, wreszcie w domowej Grand Prix swojej ekipy, na legendarnej Monzy, na pierwszym okrążeniu uderzył w samochód Hamiltona i na mecie był czwarty. Wszystkie te wyścigi wygrał Brytyjczyk – podobnie jak trzy ostatnie: w Singapurze, Rosji i w miniony weekend w Japonii.

Zawody na uwielbianej przez kierowców Suzuce były kwintesencją niemocy Ferrari. Kwalifikacje rozgrywano w kapryśnych warunkach atmosferycznych i stratedzy Scuderii zaliczyli kluczową wpadkę. Vettel i Kimi Raikkonen rozpoczęli decydującą fazę zmagań o najlepsze pola startowe na oponach na wilgotną nawierzchnię, podczas gdy tor był akurat suchy. Do tego obaj kierowcy czerwonych samochodów pogubili się w ferworze walki i po własnych błędach rozpoczynali wyścig z pozycji czwartej (Raikkonen) i dopiero ósmej (Vettel). Tymczasem Mercedes zajął pierwszy rząd i Hamilton bez większych problemów popędził po kolejną wygraną.

Vettel próbował odrabiać straty i przy próbie ataku na Maksa Verstappena zderzył się z rywalem, tracąc mnóstwo czasu. Uszkodzonym samochodem przebił się na szóstą lokatę – jedno miejsce za zespołowym kolegą, który po kolejnej dziwnej zagrywce strategicznej zespołu nie tylko nie włączył się do walki o podium, ale jeszcze przegrał czwartą lokatę z Danielem Ricciardo. Kierowca Red Bulla po awarii w kwalifikacjach ruszał do walki dopiero z 15. pola, lecz mimo to – i teoretycznie wolniejszego samochodu – na mecie zostawił za sobą duet Ferrari.

Teraz wystarczy, by za dwa tygodnie w USA zespół Mercedesa powtórzył wynik z Japonii i zdobył piąty w sezonie, a trzeci z rzędu dublet. Przy zwycięstwie Hamiltona nawet trzecia lokata Vettela nie przedłuża jego nadziei na cud i będzie oznaczała, że to Brytyjczyk sięgnie po piątą koronę. Wyrówna tym samym osiągnięcie legendy lat 50., Juana Manuela Fangio, i zbliży się do rekordzisty wszech czasów, Michaela Schumachera. Siedmiokrotny mistrz świata, niemal dokładnie rok temu stracił jeden ze swoich rekordów – 68 zdobytych pole position. Hamilton ma już na koncie 80 wygranych sesji kwalifikacyjnych, a jeśli chodzi o wyścigowe zwycięstwa, na Suzuce dorzucił triumf nr 71 i do osiągnięcia Schumachera brakuje mu jeszcze 20 wizyt na najwyższym stopniu podium.

Po rekord zmierza również Mercedes: piąty z rzędu mistrzowski dublet, czyli tytuły w klasyfikacji kierowców oraz konstruktorów, będzie wyrównaniem osiągnięć Ferrari i Schumachera z początków XXI wieku.

Ironicznego znaczenia nabrały słowa, które jeszcze parę miesięcy temu wypowiedział Maurizio Arrivabene. Szef Ferrari stwierdził, że przyzwyczajony do zwyciężania Mercedes pogubi się pod presją, a jego ekipa, zaprawiona w trudnych bojach, będzie w stanie to wykorzystać. Tymczasem to podopieczni Toto Wolffa z konsekwencją punktują rywali. Tam, gdzie wymagała tego sytuacja, Mercedes skutecznie ograniczał straty, a gdy tylko zwietrzył cień szansy – jak deszcz w wyścigu w Niemczech albo podczas kwalifikacji na Węgrzech – wykorzystywał szanse.

Dwa tygodnie temu, gdy w Rosji najlepszy weekend sezonu zaliczał Bottas, bez wahania poświęcono jego zwycięstwo i polecono mu przepuścić Hamiltona. Ferrari nie zdobyło się na podobny ruch, gdy w Austrii Vettel jechał za drugim w wyścigu Raikkonenem, albo gdy w Niemczech utknął na początku za zespołowym kolegą. Kolizja Vettela z Hamiltonem na Monzy także była skutkiem wewnętrznej walki między kierowcami Ferrari.

Dopiero na Suzuce Arrivabene przebudził się i huknął, że sytuacja jest nie do zaakceptowania, że potrzebne są zmiany. Za późno, walka o mistrzowskie tytuły została przegrana wcześniej. Ferrari zaprzepaściło najlepszą od lat szansę na przełamanie dominacji rywali.

Autor jest komentatorem telewizji Eleven Sports

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA