fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sporty motorowe

Bartosz Zmarzlik. Wszystko zawdzięcza mamie i tacie

Bartosz Zmarzlik
Jakub Walasek / Reporter
Bartosz Zmarzlik nie roztrwonił przewagi i został w sobotę w Toruniu trzecim polskim indywidualnym mistrzem świata.

Zaczęło się od wizyty w hipermarkecie, gdzieś na przełomie wieków. Malutki Bartuś przypadkiem dostał tam ulotkę o pokazowych zawodach miniżużlowych, odbywających się w Barlinku, spod którego pochodzi.

– Pojechaliśmy na tę imprezę i zobaczyłem, jak po torze na małym motorku jeździ chłopiec w moim wieku. Zapytałem taty, dlaczego ten chłopiec może sobie tak jeździć przy wszystkich kibicach, a ja nie mogę. Kilka tygodni później ja też już jeździłem – wspominał w wywiadach Zmarzlik, dziś duma Kinic, wioski w województwie zachodniopomorskim.

Przed sobotnią Grand Prix w Toruniu jeżdżące po okolicy szkolne autobusy oklejone były plakatami ze zdjęciem ich krajana i podpisem „Jedziemy po mistrza. Kinice Bartka Kibice". O 19.00 połowa wsi prawdopodobnie siedziała przed telewizorami, a druga połowa po prostu wybrała się do Torunia.

Tam gryźli paznokcie, zastanawiając się, czy ich pupilowi uda się obronić przewagę, wypracowaną w dziewięciu rundach Grand Prix. Przed ostatnim turniejem mistrzostw świata Zmarzlik miał 7 pkt przewagi nad Emilem Sajfutdinowem (Rosja) i dziewięć nad Leonem Madsenem (Dania). W poprzednich latach nikt takiej przewagi nie roztrwonił, ale o ile Rosjanin na Motoarenie w Toruniu spisywał się dobrze, to Duńczyk był rewelacyjny – wywalczył komplet 21 punktów. Na szczęście przewaga okazała się wystarczająca i Zmarzlik już po wygranym półfinale turnieju był podrzucany w górę, gdyż zapewnił sobie złoto. Finał, w którym rozentuzjazmowany Polak przyjechał do mety ostatni, nie miał już znaczenia dla końcowego triumfu.

– Półfinał tak się dłużył, że myślałem, że jadę dziesięć biegów naraz. Jechałem jak w jakimś slow-motion – mówił na gorąco w Canal Plus. A komentatorzy zastanawiali się, jakim kosmitą musi być Zmarzlik, by w czasie najważniejszego w życiu wyścigu zerkać sobie na telebim wiszący nad Motoareną.

Istotnie nie jest sportowcem typowym w XXI w. Ma oczywiście konta w mediach społecznościowych i potrafi wziąć udział w akcjach promocyjnych, takich jak rozdawanie biletów na mecze Stali Gorzów dla pasażerów, kierowanej przez niego taksówki. Ale jednocześnie niedziela oznacza dla niego wizytę w kościele, najważniejsza dla niego jest rodzina, nie pije alkoholu, pytany o tatuaże żartuje, że gdyby sobie jakiś zrobił, rodzice chyba wyrzuciliby go z domu. Nie jest wytworem specjalistów od PR. Kibiców zdobywa prostolinijnością. I charakterystycznym wysokim głosem. Tomasz Dryła, komentator Canal Plus, nazwał go kiedyś „jastrzębiem o głosie wróbelka". Kibice częściej używają ksywki „F-16".

– To wszystko zawdzięczam przede wszystkim mamie i tacie, dużo we mnie włożyli. Bez nich i bez dziadków nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem – mówił w Toruniu wzruszony Zmarzlik. W wywiadach niemal zawsze pozdrawia babcię, która ogląda go w telewizji. Reszta rodziny jest na stadionie.

Nie byłoby trzeciego polskiego mistrza świata, gdyby mama Bartosza Zmarzlika nie dała się przekonać do kontynuowania przez niego kariery po fatalnym upadku jego brata. Paweł również zapowiadał się na niezłego żużlowca, ale w 2010 r. uległ groźnej kontuzji. Teraz pani Dorota odpowiada w teamie Zmarzlików za księgowość. Ojciec, Paweł Zmarzlik senior, zawiaduje parkiem maszyn. Kamery niejednokrotnie skupiają się na nim przed biegami z udziałem Bartosza. Po ojcu zwykle nie widać żadnych emocji. Z kolei Paweł junior realizuje się jako menedżer brata.

Bartosza Zmarzlika namaścił na swojego następcę sam Tomasz Gollob, do soboty jedyny oprócz Jerzego Szczakiela polski mistrz świata. Przez kilka lat jeździli razem w Stali, Gollob zresztą właśnie w swoich gorzowskich czasach sięgnął w końcu po upragnione złoto, po wielu latach niepowodzeń i sześciu medalach innego koloru.

Nowy mistrz nie ukrywa, że Gollob wciąż jest dla niego mentorem, regularnie rozmawiają, a już zwłaszcza przed turniejami Grand Prix. Nic dziwnego, że są do siebie porównywani, nie tylko ze względu na ofensywny styl i zamiłowanie do jeżdżenia pod samą bandą.

Ale to tylko jedna strona medalu, bowiem 24-letni Zmarzlik jest zupełnie innym zawodnikiem, niż kiedyś był Gollob, który w tym wieku był utalentowanym zawodnikiem, ale i enfant terrible światowego żużla. Jeździł ostro, za co znokautował go, wymierzając osobiście sprawiedliwość, w 1995 r. na torze w Hackney Australijczyk Craig Boyce. Kłócił się z Polskim Związkiem Motorowym, a oferowane mu warunki finansowe w reprezentacji nazwał publicznie „ścierwem na kiju".

Gollob swój pierwszy medal mistrzostw świata zdobył w wieku 26 lat. Zmarzlik już teraz ma na swoim koncie trzy – po jednym każdego koloru. I wszyscy wieszczą, że na tym nie poprzestanie. Z tytułów brakuje mu tylko jednego – nigdy nie został indywidualnym mistrzem Polski. Nieraz był już bardzo blisko, jak w tym roku, gdy na turnieju w Lesznie był liderem po rundzie zasadniczej. W czasach Golloba dekorowano by już zwycięzców, obecnie jednak, rozgrywa się jeszcze biegi dodatkowe, półfinały i finały. I akurat w tym finałowym wyścigu Zmarzlik przyjechał do mety drugi, nie miało więc znaczenia, że wcześniej wszystko wygrał. Musiał zadowolić się srebrem.

Nikt nie wątpi, że kiedyś zostanie mistrzem Polski, gdyż zdeterminowany potrafi być do absurdu. Jako 11-latek przyjeżdżał na stadion w Gorzowie i męczył trenera Stanisława Chomskiego, by dał mu pojeździć. – Byłem niski i szczupły. Trener narysował w parku maszyn kreskę i powiedział, że wypuści mnie na normalny tor, jak urosnę do tej wysokości. Włożyłem więc kozaki mamy, żeby dodać sobie kilka centymetrów – opowiadał w jednym z wywiadów.

Chomski na pewno nie żałuje, gdyż to głównie dzięki Zmarzlikowi Stal mimo fatalnego sezonu jeszcze nie spadła z PGE Ekstraligi, walczy w barażach o utrzymanie. Na niedzielny mecz nowy mistrz świata pojechał prosto z Torunia. Zapewne z przystankiem na wizytę w kościele.

Klasyfikacja końcowa MŚ

1. B. Zmarzlik – 132 punktów;

2. L. Madsen (Dania) – 130;

3. E. Sajfutdinow (Rosja) – 126;

4. F. Lindgren (Szwecja) – 105;

5. M. Vaculik (Słowacja) – 95;

6. M. Janowski – 87; 8. P. Dudek – 79

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA