fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Piast umie kupować

Fotorzepa, Waldemar Kompala
Ligowa jesień pokazała, że pieniądze nie są najważniejsze. Argument polskich klubów o tym, że są za biedne, aby znaleźć się w Lidze Mistrzów, blednie niemal co rok, kiedy obok potentatów oglądamy w LM drużyny mało znane.

W Polsce rolę takiego kopciuszka odgrywał w tym roku Piast. Legia, z budżetem wynoszącym około 120 mln złotych, zdobyła jesienią 40 pkt. Piast wywalczył 45 pkt z budżetem sześciokrotnie mniejszym. Ile kosztował jeden punkt w Warszawie, a ile w Gliwicach? Piast przy Legii to manufaktura, a jednak to Gliwice pokazały, jak powinno się zarządzać klubem, żeby wygrywał i przynosił zysk.

Piast jest w 66 procentach finansowany przez urząd miasta Gliwice, miasto stołeczne nie ma z Legią nic wspólnego poza tym, że wynajmuje klubowi stadion. W ostatniej tegorocznej kolejce Piast pokonał mistrza Polski, tydzień wcześniej wywiózł punkt z Warszawy. Nie ma w tych wynikach żadnego przypadku. Z Lechem dał sobie radę bez dwóch podstawowych piłkarzy: Czechów Martina Nespora i Kamila Vacka. Trenerem Piasta też jest Czech – Radoslav Latal.

Czy możemy już mówić o triumfie czeskiej szkoły, która od stu lat dobrze się zapisuje w historii polskiej piłki? Poczekajmy do maja.

Piast jest również przykładem dobrego rozeznania na zagranicznym rynku zawodników. To Czesi, Słowak, Słoweniec, Chorwat, Hiszpan i Brazylijczyk decydują o grze drużyny. Wszyscy kupują cudzoziemców, ale Piast robi to najskuteczniej, co sprawia, że przeciętny kibic spoza Śląska ma problem z wymienieniem kilku nazwisk polskich piłkarzy występujących w zespole lidera. Na szczęście kapitanem jest wychowanek Piasta Radosław Murawski, bardzo dobry gracz z perspektywami.

Z reprezentantów Polski jesienią wyróżniał się Michał Pazdan. Sebastian Mila jeśli już wyjdzie na boisko, to nadal kopie piłkę lewą nogą jak nikt inny w Polsce, Krzysztof Mączyński wtapia się w szarość Wisły, a Karol Linetty potwierdzał wielki talent, ale i szkodzącą mu nadpobudliwość.

Wiosna będzie interesująca, bo po rundzie zasadniczej znów zastosowany zostanie chory pomysł biznesmenów i technokratów (bo przecież nie trenerów) o odebraniu każdej drużynie połowy zdobytych punktów.

Nie ma to żadnego logicznego uzasadnienia, nie podnosi poziomu. Równie dobrze można grać do „złotej" bramki lub wykonywać rzuty karne po remisach, przyznawać więcej punktów za zwycięstwo różnicą trzech bramek albo wrócić do zasady z podwórka: trzy kornery – jedenastka. Im mniej wydziwiania, tym lepiej, ale nie wszyscy to rozumieją.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA