fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Żukowski: Czasy dżumy i cholery

Wikimedia Commons/CC BY-SA 3.0 de (Bundesarchiv)
30 lat temu upadł mur w Berlinie, a wkrótce potem zakończyła żywot Niemiecka Republika Demokratyczna – pierwsze państwo, które sport miało na sztandarach.

W świadomości chyba nie tylko kibiców jednym z pierwszych skojarzeń, jakie przychodzą do głowy w związku z NRD, jest państwowo zorganizowany doping. Po zjednoczeniu Niemiec powstało wiele artykułów i filmów dokumentalnych pokazujących skalę tego przestępstwa, poznaliśmy świadectwa ludzi, którym złamano życie, wielu z nich to medaliści największych imprez.

NRD została potępiona, wydawało się, że już żadne państwo nie pójdzie tą samą drogą, ale władze Chin przed igrzyskami w Pekinie oraz Rosji przed igrzyskami w Soczi pokazały, że w pogoni za prestiżem zdobywanym dzięki sportowi gotowe są oszukiwać na skalę niemal taką samą, jak czyniła to NRD.

Trochę zbyt łatwo też zapomina się o historycznym kontekście, w jakim enerdowskie nadużycia były możliwe. Działo się to w latach 70. i 80. XX wieku, gdy ówczesny szef Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego Juan Antonio Samaranch oraz boss Międzynarodowej Federacji Lekkoatletycznej Primo Nebiolo tworzyli sport, jaki znamy dziś – wypasiony także na enerdowskim oral - turinabolu i napędzany pieniędzmi jeszcze dekadę wcześniej niewyobrażalnymi.

Pierwsze lekkoatletyczne mistrzostwa świata w roku 1983 to była sterydowa wolnoamerykanka, w imieniu ruchu olimpijskiego w tych czasach kontrolą dopingu zajmowali się ci sami profesorowie, którzy czuwali, by ich podopieczni nigdy nie wpadli.

W tej sytuacji NRD miała zarówno poczucie bezkarności, jak i alibi. To nie jej władze stworzyły warunki, w których sportowcy mogli bez ryzyka wpadki brać doping i wygrywać. One tylko wykorzystały czas, gdy olimpijski sport nie był już zabawą dżentelmenów, tylko dochodowym biznesem. Odpowiednio podany w powszechnie dostępnej telewizji, mógł też stać się elementem narodowego prestiżu. Olimpizm w klasycznej postaci był już zresztą stracony znacznie wcześniej, gdy MKOl uznał, że państwowi zawodowcy z krajów „pokoju i socjalizmu" mogą rywalizować o medale z amatorami z Zachodu, a stało się to w latach 50.

Z dzisiejszej perspektywy wydaje się zabawne, że pozbawiono praw olimpijskiego startu austriackiego narciarza, bo wziął pieniądze od reklamodawców. Zastanawiano się też, czy miana olimpijczyków godni są nauczyciele szermierki lub instruktorzy jazdy konnej zarabiający w ten sposób na życie (i zwykle nie byli godni).

Natomiast sportowcy utrzymywani cały rok przez państwo takie jak PRL mogli startować bez przeszkód i moralnych dylematów. Gdy się o tym pamięta, NRD nie jest już w sporcie ponurą wyspą na oceanie uczciwości.

Wszyscy, którzy zdolni są do krytycznego spojrzenia na sport tamtych lat, zapewne dobrze zdają sobie sprawę z ówczesnych realiów. Jednak dziś, gdy 30. rocznica upadku muru berlińskiego skłania do podsumowań, warto przypomnieć, że sport w dużym stopniu sam sobie zgotował ten los, i wcale nie za sprawą szefa wschodnioniemieckich komunistów Waltera Ulbrichta.

Enerdowskich win to nie umniejsza, ale gdy wspominamy lata sportowej potęgi tego kraju, pamiętajmy, że były to czasy dżumy i cholery, która nie zatrzymywała się ani na Łabie, ani na Odrze i Nysie Łużyckiej. Tym, co wschodnie Niemcy wyróżniało, była tylko skala państwowego poparcia dla dopingowego oszustwa. Wynikało ono z potrzeby akceptacji poprzez sport, dla NRD ważniejszej niż dla innych, bo byt tego państwa wymagał moskiewskich gwarancji i – jak pokazała historia –zakończył się chwilę po tym, jak ich zabrakło.

My sztuczność tego bytu dostrzegaliśmy bez trudu, także przy sportowych okazjach. Mecze z NRD to był rewanż za wojnę w o wiele większym stopniu niż z RFN, choć w polskich gazetach widzieliśmy kanclerza Adenauera w krzyżackim płaszczu, przywódców ziomkostw Czaję i Hupkę czyhających, by odebrać nam Wrocław i Szczecin, oraz roześmianych pionierów z NRD w niebieskich mundurkach. Porażka z zachodnimi Niemcami była mniej bolesna, bo byli to Niemcy, jeśli nawet nie przyjaźni, to przynajmniej prawdziwi, a w NRD wyczuwaliśmy przymuszonych do uległości, zakłamanych wrogów.

Każdy polski sportowiec z tamtych lat przyzna, że zwycięstwo nad Niemcem z NRD smakowało inaczej. Dziś ten historyczny kontekst na szczęście uleciał, państwowo wspierany doping niestety pozostał, tu enerdowskie dziedzictwo trwa, choć mur już dawno padł.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA