fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Żukowski: Smutne igrzyska w Rio

Fotorzepa
Igrzyska w Rio zaczynają się w smutnej atmosferze i trudno liczyć, że to będzie beztroska samba albo chociaż bossa nova.

Prawdziwy mężczyzna ma prawo do łez tylko wówczas, gdy Humphrey Bogart całuje Ingrid Bergman w „Casablance" i olimpijska reprezentacja Polski wchodzi na stadion podczas otwarcia igrzysk. Tak napisał przed laty znakomity dziennikarz Krzysztof Mętrak.

Co zostało z tej magii, z naszej wiary, że igrzyska to jest święto sportu, a nie finansowe żniwa dla Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, sponsorów, telewizji i producentów najlepszego dopingu? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam, gdy zasiądzie przed telewizorem w piątkową noc, by obejrzeć otwarcie w Rio.

Jak traktować mistrzów olimpijskich, którzy płaczą ze wzruszenia na podium, a potem muszą oddawać medale, bo okazuje się, że brali doping? Dziś każda dekoracja jest tymczasowa, każdy mistrz jest mistrzem w zawieszeniu przez dziesięć lat, bo tak długo przechowuje się zamrożone próbki, by potem zbadać je za pomocą nowych metod.

Bywało już, że sportowiec dowiadywał się o zdobyciu medalu z listu od MKOl, metalowy krążek odpowiedniego koloru wysyłano do jego krajowego komitetu olimpijskiego pocztą lub wręczano mu osobiście w poczekalni na lotnisku, bo tak było najwygodniej. Są już przypadki, że zawodnik, który zdobył ten „korespondencyjny" medal, na kolejnych igrzyskach sam został zdyskwalifikowany za doping i będzie musiał ten drugi medal oddać.

Rio to są kolejne igrzyska mistrzów, których trudno bezkrytycznie podziwiać, tak jak w dobrej wierze podziwialiśmy ich poprzedników w czasach, gdy w sporcie obowiązywało domniemanie niewinności. Dziś mamy raczej domniemanie winy, a ci, którzy myślą inaczej, sami siebie skazują na domniemanie naiwności.

Kiedy upadała NRD i wychodziła na jaw prawda o zorganizowanym przez to państwo dopingu, odzywały się głosy, że historię sportu lat 70. i 80. trzeba napisać na nowo, unieważnić rekordy i odebrać medale. Nie zrobiono tego i np. w lekkoatletyce wielu osiągnięć z tamtych lat do dziś nikt nie poprawił. I nie chodzi tu tylko o Niemkę z NRD Maritę Koch (400 m) czy Czeszkę Jarmilę Kratochvilovą (800 m), ale także nieżyjącą od dawna Amerykankę Florence Griffith-Joyner (100 i 200 m). Jej rekordów nie pobiła nawet fenomenalna rodaczka Marion Jones, wspomagana dużo lepszym dopingiem.

Gdy na igrzyska oprócz polityki weszły pieniądze, hamulce puściły wszystkim – ówczesny szef MKOl Hiszpan Juan Antonio Samaranch i rządzący lekkoatletyką Włoch Primo Nebiolo (ten sport to główna olimpijska lokomotywa) stworzyli spektakl, za który telewizje i sponsorzy zaczęli płacić setki milionów dolarów. Zadanie wykonali na szóstkę – MKOl i Międzynarodowa Federacja Lekkoatletyczna (IAAF) to dziś arcybogate koncerny.

Mur w Berlinie padł ćwierć wieku temu i gdy wydawało się, że farmakologiczny doping to będzie już tylko sprawa nieuczciwych farmaceutów, lekarzy, trenerów i sportowców, w putinowskiej Rosji mamy powtórkę z NRD i po raz kolejny pada pytanie, jak traktować sport ostatnich lat. Czy była to parada oszustów nie tylko z Rosji, ale także z Chin, Turcji, Kenii, Jamajki?

Jedno nie ulega wątpliwości: sportowe władze, poczynając od MKOl, IAAF i Światowej Agencji Antydopingowej (WADA), zbyt długo czekały z podjęciem zdecydowanej akcji, choć np. przekręty lekkoatletyczne (nie tylko rosyjskie) sygnalizowano od dawna. Gdyby nie media Europy Zachodniej zabawa w chowanego trwałaby w najlepsze, trwonione byłyby ogromne pieniądze wydawane na walkę z dopingiem, a rosyjskie oszustwa z Soczi byłyby fantazją szaleńców.

Ale byłoby rzeczą najgorszą z możliwych, gdyby to Rosjanie zapłacili za wszystkie dopingowe grzechy, choć – prawdę mówiąc – wyrok w ich sprawie też nie jest zbyt surowy. Rosyjska flaga ogromnych rozmiarów prawie przykryła budynek zajmowany przez tę ekipę w wiosce olimpijskiej w Rio. Jak wynika z relacji światowej prasy, rosyjscy sportowcy z kolegami z innych krajów specjalnie się nie bratają, z drugiej strony też widać wyczekujący ostracyzm. Atmosfera jest ciężka, MKOl zgrzeszył, odkładając definitywną decyzję w sprawie startu wielu Rosjan aż do dnia otwarcia igrzysk.

Państwowy rosyjski doping zasłużył na surową karę, ale sportowcy Zachodu nie mogą manifestacyjnie obnosić się ze swą moralną wyższością wobec każdego napotkanego Rosjanina. Hiszpanie do dziś nie opublikowali nazwisk sportowców, którzy pojawili się w sławnej dopingowej łapance znanej jako operacja „Puerto". Sąd tego kraju nakazał nawet zniszczenie próbek, udało się temu zapobiec, ale dalszego ciągu jak nie było, tak nie ma.

Kultura dopingu jest mocno zakotwiczona w świadomości sportowców, wiedzą oni, że czystego sumienia nie mają często ich trenerzy, mistrzowie z dawnych lat i działacze. Kto ze znających historię sportu uwierzy, że obecny szef IAAF Sebastian Coe, mistrz olimpijski z lat 80., jest zaskoczony skalą dopingu w lekkoatletyce? Kto uwierzy, że jedynym winnym dopingu w czasach farmakologicznej wolnoamerykanki był zdyskwalifikowany w Seulu (1988) Ben Johnson?

To wszystko plus ekonomiczny kryzys spowodowało, że igrzyska nie są już powszechnie pożądanym dobrem. W krajach rządzonych demokratycznie, tam, gdzie są wolne media, obywatele wyrażają swój sprzeciw wobec imprezy, za którą muszą słono zapłacić, a zyski weźmie MKOl. Zimowych igrzysk już prawie nikt nie chce, letnie budzą coraz więcej kontrowersji, wszyscy zrozumieli, że muszą być tańsze.

MKOl został stworzony po to, by służyć igrzyskom, a teraz to igrzyska służą MKOl, sponsorom i telewizji. Ta zmiana jest podstawowym powodem wszystkich kłopotów. Londyński „Times" na otwarcie igrzysk w Sydney (2000) napisał: „Pierwszy złoty medal zdobył faworyt, Jego Fałszywa Ekscelencja, Przewodniczący Niczego, Juan Antonio Samaranch, w swojej koronnej konkurencji – unikaniu pytań". Thomas Bach na pytania musi odpowiadać, ale na razie dla olimpizmu zbyt wiele z tego nie wynika.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA