fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Chris Froome - uczuciowy robot z Afryki

Chris Froome
AFP
Brytyjczyk drugi raz wygrał Tour de France, ale nie jest mu dana beztroska radość. Podejrzliwości doświadcza więcej niż podziwu.

Na początek kilka faktów świadczących, że nie jest robotem na rowerze. Uwielbia czekoladę i prawdziwe włoskie lody, ale musi trzymać wagę. Nie lubi cofającej się linii swoich włosów. Podoba mu się zwrot „hakuna matata”, który w swahili znaczy „nie martw się”. Uważa, że w filmie biograficznym jego rolę mógłby zagrać Matt Damon, gdyby zrzucił parę kilo.

Froome nie jest pierwszym Brytyjczykiem, któremu udało się wygrać Tour de France – trzy lata temu wyprzedził go Bradley Wiggins – jednak tylko on ma na koncie dwa tytuły.

Chris pomagał sir Bradleyowi, gdy ten wygrywał w 2012 roku. Francuska prasa nazwała go wtedy „Robin” – imieniem pomocnika Batmana. Koledzy z teamu Sky woleli mówić „Tintin”, bo jest dobrze ułożony i spokojny, niczym bohater słynnego komiksu.

Wkrótce po tamtym TdF obaj Brytyjczycy stanęli na podium igrzysk olimpijskich w Londynie – w jeździe indywidualnej na czas Batman-Wiggins triumfował, Robin-Froome był trzeci. Ale już rok później głównym bohaterem był Froome – wygrał swój pierwszy Tour de France.

Kilka miesięcy wcześniej Lance Armstrong przyznał się do dopingu w amerykańskiej telewizji, zatem pytania o korzystanie z niedozwolonych metod padały także pod adresem nowego mistrza. Konieczność odpierania zarzutów w chwili życiowego triumfu nie była miła, jednak Froome rozumiał wątpliwości kibiców, których kolarstwo oszukało już tak wiele razy. – Sam jestem w gronie zawiedzionych. Oni oszukiwali, ja nie – zapewniał.

Wsparł go szef grupy Sky, oferując Brytyjskiej Agencji Antydopingowej wszelkie parametry kolarza zarejestrowane podczas treningów i wyścigów. Ostatecznie dane z lat 2011–2013 przeanalizował francuski ekspert w tej dziedzinie Frederic Grappe. Doszedł do wniosku, że nie ma w nich nic podejrzanego, zauważył bardzo wysoki pułap tlenowy i nieprzeciętną zdolność regeneracji organizmu. Ale, jak z goryczą stwierdził kolarz, „są ludzie, którzy nie zmienią zdania niezależnie od tego, ile danych opublikujemy”.

Dlatego i tegoroczny szampan na Polach Elizejskich nie smakował idealnie. W ciągu trzech ostatnich tygodni Froome stoczył ciężką walkę – nie tylko z rywalami, ale też z kibicami i prasą. Im lepiej radził sobie na trasie, tym gorsze rzeczy słyszał, np. po imponującej ucieczce przed metą dziesiątego etapu, kończącego się morderczą wspinaczką. Jedynego etapu, który w tym roku wygrał. Właśnie 14 lipca, w rocznicę zdobycia Bastylii, Froome na dobre wywalczył żółtą koszulkę lidera TdF – z 12 sekund przewagi zrobiły się blisko trzy minuty.

W kolejnych dniach kibice jeszcze głośniej krzyczeli „koksiarz”, a ci, którzy swoje wątpliwości wyrażają bardziej oględnie, nie chcieli wierzyć, że można tak jechać bez wspomagania. O tym, co działo się później, czytaliśmy – plujący kibice i rzucanie woreczków z moczem.

Także po tym zwycięskim dla Brytyjczyka etapie zapisy z komputerów grupy Sky trafiły do publicznej wiadomości, jednak aby wyrobić sobie opinię, trzeba by opublikować je wszystkie. A to oznaczałoby upublicznienie programów treningowych, nad którymi zespół pracował latami.

Jedno wiadomo – Froome znakomicie radzi sobie w górach. Autobiografię wydaną krótko po pierwszym zwycięstwie w TdF zatytułował „Wspinaczka” i opatrzył mottem z Nelsona Mandeli: „Po wejściu na wielką górę odkrywasz, że jest wiele innych gór do zdobycia”.
Książka rozpoczyna się od opisu jazdy po wzgórzach Ngong w okolicach Nairobi. „Ostatnia przejażdżka przed śmiercią? Na pewno tutaj”. Czyli koniec w miejscu początku, bo ta historia rozpoczyna się w stolicy Kenii, gdzie Froome przyszedł na świat w brytyjskiej rodzinie. Rodzice jego matki przybyli tu z Gloucestershire i zajęli się prowadzeniem gospodarstwa rolnego. Ojciec Chrisa i jego dwóch starszych braci pracował także w branży turystycznej.

W Kenii jazda po szosie nie jest popularna, zaczęło się więc od kolarstwa górskiego. – Nie było żadnych zewnętrznych wpływów, do wszystkiego trzeba było dochodzić samemu – wspomina swoje początki. – Co niedziela mama zabierała mnie do buszu, na drogi Wielkich Rowów Afrykańskich. Jeździłem w towarzystwie zwierząt.

Kolarstwo szosowe poznał dopiero w RPA, gdzie pojechał do szkoły i na uniwersytet. Był tak dobry, że w wieku 22 lat zrezygnował ze studiów ekonomicznych, by podpisać zawodowy kontrakt z zarejestrowaną w RPA grupą Konica-Minolta. Później trafił do brytyjskiego Barloworld, wreszcie do Sky.

Po drodze zdecydował, że lepiej się ścigać w barwach Wielkiej Brytanii, także z powodów wizowych. Czuł się obywatelem Zjednoczonego Królestwa, a brytyjski paszport miał od zawsze w kieszeni.

Sprawę ułatwiła postawa kenijskich działaczy – nie byli skorzy do pomocy, gdy chciał walczyć o olimpijski występ w 2008 roku w Pekinie pod brytyjską flagą. Pod kenijską nie miał na to szans, bo Kenia jest kolarsko zbyt słaba, jednak aby zmienić barwy, musiał uzyskać zgodę kraju, który reprezentował wcześniej, m.in. w rozgrywanych do 2007 roku mistrzostwach świata grupy B.

Do Pekinu nie pojechał, ale przed igrzyskami w Londynie (2012) wydawało się, że wszystko idzie dobrze. Wtedy zdiagnozowano u niego schistosomatozę – pasożytniczą chorobę występującą głównie w Afryce i Ameryce Południowej. Jej wyleczeniem tłumaczy się czasem zdecydowaną poprawę wyników Brytyjczyka w 2011 roku – niewykluczone, że dolegała mu przez większość dorosłego życia.

W tym czasie był już kolarzem Sky – zespołu stworzonego w 2010 roku z pięcioletnim planem wykreowania pierwszego brytyjskiego mistrza Tour de France. Pieniądze zapewniły firmy medialne rodziny Murdochów – BSkyB i News Corp. – gdy James Murdoch (syn Ruperta) odwiedził londyński welodrom i dał się przekonać do kolarstwa.

Cel został zrealizowany z nawiązką – do dziś zespół ma na koncie trzy tytuły mistrzowskie, a sponsorzy mogą się cieszyć najlepszą ekspozycją w mediach. Już w 2012 roku wartość grupy Sky oszacowano na 550 mln dolarów, przy wydatkach 35 mln rocznie.

Szef teamu Dave Brailsford zapewnia, że budżet Sky nie jest wcale najwyższy, inni też są bardzo bogaci. Ale Brytyjczycy wyróżniają się podejściem do technologii, dlatego Brailsford spędza kilka tygodni w roku w Dolinie Krzemowej w poszukiwaniu nowinek. Mówi, że za pięć lat dane z treningów i wyścigów będą zbierane inaczej niż dziś. Drony, odzież z elektroniką – to wszystko i znacznie więcej. Nie zgadza się jednak z łatką, którą przypięto jego drużynie: – Nie jesteśmy „robotyczni”. Roboty nie mają uczuć, nie kochają wyścigów, nie są głodne zwycięstw.

Brytyjski zespół szczyci się zerową tolerancją dla dopingu. Sportowcy i pracownicy muszą zadeklarować, że nigdy nie mieli do czynienia z niedozwolonymi substancjami. Naruszenie tej reguły skutkuje natychmiastowym zwolnieniem. To spotkało m.in. doktora Geerta Leindersa (podejrzanego o podawanie zabronionych środków u poprzedniego pracodawcy), dyrektora sportowego Stevena de Jongha (wyznał, że jako zawodnik stosował doping) i trenera Bobby’ego Julicha (srebrny medalista olimpijski z roku 2004 w jeździe na czas przyznał się do brania EPO). Rywale, rzecz jasna, kwestionują krystaliczną czystość Sky Team, zwłaszcza Oleg Tinkow, rosyjski sponsor zespołu Saxo-Tinkoff.

Bardzo chce się wierzyć wraz z Froomem, że oskarżenia o doping były najgorszymi słowami, jakie usłyszał w życiu, co wyznał w kwestionariuszu – tym, w którym mówił o czekoladzie i filmie z Mattem Damonem.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA