fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Ten sam cień

Chris Froome
AFP
Chris Froome może piąty raz wygrać Tour de France, co nie zmienia faktu, że ludzie na niego gwiżdżą. Rozmydlona w zawiłościach prawno-farmakologicznych procedur jego sprawa dopingowa jest dowodem, że kolarstwo po Armstrongu to wciąż podejrzana sportowa branża.

Froome trafia na tak zdecydowany ostracyzm przede wszystkim dlatego, że jego pracodawca, brytyjska grupa Sky, był w pierwszym szeregu tych, którzy obiecywali zwycięstwa bez dopingu, mało tego – nawet bez cienia podejrzeń o doping. A potem okazało się, że wielki gwiazdor grupy sir Bradley Wiggins wcale nie jest poza podejrzeniem. Sławny dziennikarz David Walsh, którego śledztwo pogrzebało Armstronga, powiedział nawet: „Mam prawo podejrzewać, że Wiggins to oszust".

Froome jest w tym roku podczas Touru w trudnej sytuacji – jedzie bardzo dobrze, ale nie może liczyć na podziw. Organizatorzy wpisali go na listę startową z konieczności, bo dowody na doping okazały się za słabe w starciu z renomowaną kancelarią prawną i bogactwem grupy Sky. W Alpach mieliśmy już pierwsze konsekwencje tego, że Froome jest nieproszonym gościem – policja zatrzymała człowieka, który chciał go uderzyć w trakcie jazdy.

To czyn karygodny, ale ilustrujący to, co może się stać, jeśli Brytyjczyk wjedzie w żółtej koszulce na Pola Elizejskie. Jego zwycięstwo byłoby niewiarygodne od samego początku, byłby to chyba pierwszy przypadek, gdy Tour wygrywa kolarz, wobec którego daleko idące podejrzenia formułowano nie po, lecz już przed zwycięstwem.

Wszyscy poprzedni wielcy sportowi dopingowicze ponosili konsekwencje swego przestępstwa, gdy wpadali na kontroli i byli dyskwalifikowani lub tak jak Armstrong czy przed nim sławna sprinterka Marion Jones musieli się przyznać, bo dowody były miażdżące.

Historia Froome'a dowodzi kolejny raz, że sport wobec dopingu właściwie jest bezradny, gdy wiarołomni okazują się nawet ci, którzy obiecali go naprawiać.

Kiedy powstawała grupa Sky w poarmstrongowym szoku, wydawało się, że kolarstwo jest pod ścianą: albo spróbuje się zmienić, albo definitywnie straci wiarygodność. Sir David Brailsford – twórca grupy Sky – obiecywał odnowę, pięknie mówił o przyszłości. Okazało się jednak, że jest taki sam jak ci kolarscy bossowie, którzy zaprowadzili ten sport w dopingową pułapkę.

Dlatego teraz Froome jedzie do Paryża nie po sławę, lecz w najlepszym razie po niepewność, a w najgorszym po odrzucenie i wstyd.

Wobec dopingu bezradny jest nie tylko sport, lecz także my. Możemy zrobić tylko jedno – i to już się dzieje nie tylko na trasie Tour de France: odmówić podejrzanym sportowcom bezkrytycznego podziwu, a tych, których uważamy za szczególnie bezczelnych i wciąż bezkarnych, po prostu nie uznawać za zwycięzców.

Ja już od dawna mam swoją listę oszustów, których nie podziwiam, nawet gdy wygrywają, i listę rekordów, które dla mnie rekordami nie są, przede wszystkim w lekkoatletyce.

Czy takie podejście coś zmieni? Trudno być optymistą, choć sprawa Armstronga dowiodła, że każdy cynizm ma swoje granice i większość sponsorów uznała, iż opinia publiczna sportu na koksie nie akceptuje.

Jest tylko jeden problem: trzeba pamiętać, by być tak samo podejrzliwym wobec swoich i obcych. Francuzi wygwizdujący Froome'a i akceptujący Richarda Virenque'a – bohatera wielkiej afery dopingowej sprzed 20 lat – jako komentatora i telewizyjną gwiazdę sprawiają, że te gwizdy tanieją.

Każdy może stanąć przed tym problemem, my też. Jeśli cała grupa Sky jest podejrzana, to na wszystkich jej kolarzy pada ten sam cień.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA