fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Stefan Szczepłek: Mocarz z Mielca

Fotorzepa, Michał Walczak
Grzegorz Lato długo nie lubił dziennikarzy. Unikał nas, nie udzielał wywiadów.

Miał nam za złe, że zamiast doceniać gole, koncentrujemy się na jego szybkości, „bezmyślnym bieganiu wzdłuż linii", nazywamy go „jeźdźcem bez głowy". Najlepiej czuł się w swoim mieleckim zaścianku. Ale kiedy już uznał, że można komuś zaufać – stawał się innym człowiekiem. Na początek robił tzw. test dłoni. Polegało to na tym, że podczas przywitania ściskał gościowi rękę tak mocno, że ten zwijał się z bólu. Wtedy Grzesiek był szczęśliwy i śmiał się do rozpuku. Jako kapitan reprezentacji czasami podobnie traktował przeciwników, z którymi się witał. Denerwował ich już przed pierwszym gwizdkiem – i o to chodziło. Kiedy już przeszło się test, można było rozmawiać o wszystkim. A czasami, jak się rozmawiało, to i coś się wypiło. Czasy były takie, że niepijących uważano za donosicieli. A ponieważ nikt nie chciał mieć takiej łatki, to w środowisku futbolowym pili prawie wszyscy, choć nie wszyscy powinni.

Grzegorz nie pił ani więcej, ani mniej, ale trudno go było spotkać pijanego. Miał swoją metodę. Na każdą pięćdziesiątkę wódki wypijał setkę wody. Mógł długo siedzieć przy stole, czego koledzy mu zazdrościli. Szczerze mówiąc, koledzy mieli prawo wszystkiego mu zazdrościć. Andrzej Strejlau znalazł go w Mielcu, Kazimierz Górski dał mu szansę w pierwszej reprezentacji. Lato zajął na prawym skrzydle miejsce Jana Banasia, najbardziej pokrzywdzonego piłkarza w historii reprezentacji, który miał polityczny zakaz wyjazdów do Niemiec Zachodnich, a igrzyska olimpijskie (1972) i mistrzostwa świata (1974) odbywały się właśnie tam. Lato pojechał zamiast niego i z obydwu turniejów wrócił z medalami.

Tytuł króla strzelców mundialu bardzo go zmienił. Przestał być zahukanym chłopakiem z prowincji. Wiedział, że musi odpowiadać na pytania już nie tylko polskich, ale też zagranicznych dziennikarzy. Kiedy w roku 1976 do Mielca na mecz ze Stalą przyjechał Real Madryt, Lato był najbardziej znanym zawodnikiem na boisku. Większym niż Jose Antonio Camacho czy Santillana. Tylko Paul Breitner mógł się z nim równać, bo Vicente del Bosque, poźniejszy trener mistrzów świata, był wtedy piłkarzem jednym z wielu.

Lato miał poczucie humoru (czasami dość specyficzne), wszędzie był duszą towarzystwa. Wpłynęły na to sukcesy dodające pewności siebie i przyjaźń z Andrzejem Szarmachem. Nazywano ich Bolkiem i Lolkiem. Kiedy obydwaj grali w Stali, Mielec był dla nich za mały. Do dziś nie wiadomo, czy to Lato kupił Szarmachowi konia i wprowadził go po schodach na trzecie piętro bloku przy ulicy Kusocińskiego, czy odwrotnie. Może w ogóle do takiej sceny nie doszło. Dość, że panowie mieli wyobraźnię i poczucie humoru.

Lato rządził wszędzie, gdzie się pojawiał. W Lokeren, gdzie z Włodzimierzem Lubańskim i Duńczykiem Prebenem Larsenem tworzyli słynną trójkę ataku zwaną 3L, w mieście Meksyk, gdzie w barwach Atlante strzelał bramki na Estadio Azteca i w Kanadzie, gdzie spędził kilka lat.

Zawsze miał swoje zdanie i nie można go było do niczego zmusić. Po kilku latach przestał mu się podobać zawód trenera (mimo dobrych wyników), więc go rzucił. Wystartował w wyborach do Senatu RP i je wygrał. Uznał, że będzie prezesem PZPN, i plan zrealizował. W tej roli witał gości podczas Euro 2012.

A potem wrócił na Podkarpacie. Siedzi sobie w letnim domku, z którego ma widok na Bieszczady, pije zimne piwko, łapie rybki w przepływającym obok Sanie. Nic nie musi, na wszystko zapracował.

Dziś, 8 kwietnia, Grzegorz Lato kończy 70 lat.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA