fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Szczepłek: Gra o ósme miejsce

Fotorzepa, Waldemar Kompała
W prawie całej Europie kibice o tej porze roku emocjonują się tym, kto wygra ligę, a kto z niej spadnie.

W Polsce napięcie jest stopniowane. Teraz najważniejsza jest przeciętność. Walka nie toczy się o pierwsze miejsce, tylko o ósme. Zajmujący siódmą pozycję Ruch jest niemal pewny gry o mistrzostwo. Zapracował na to na boisku. Jednak ironią losu jest to, że do walki o miano najlepszej drużyny w Polsce przystąpi klub, który kilka dni temu stał na skraju przepaści. Gdyby nie pożyczka od miasta (zresztą udzielona niejednogłośnie), Ruch mógłby upaść.

Ósma jest Lechia, a dziewiąta Jagiellonia.

To ważne, bo według wyrafinowanego regulaminu po 30 kolejkach pierwszych osiem drużyn przystąpi do walki o tytuł, a pozostałe będą się bronić przed spadkiem. A wszystkim zostanie odebrana połowa zdobytych punktów. Inaczej mówiąc, Legia jeszcze nie jest mistrzem, a zamykające dziś tabelę Górnik Zabrze i Górnik Łęczna jeszcze nie spadły. Przed rokiem po rundzie zasadniczej Legia też była liderem, a mistrzem został Lech.

Biorąc to wszystko pod uwagę, nie da się ukryć, że jest ciekawie, chociaż niekoniecznie dobrze. W piątek i sobotę gospodarze nie odnieśli ani jednego zwycięstwa. Cracovia ledwie zremisowała w Krakowie z Łęczną, a Lech przegrał w Poznaniu ze Śląskiem prowadzonym przez poznaniaka Mariusza Rumaka.

Z oceną meczów różnie bywa, bo każdy widzi inaczej. Dotyczy to nie tylko prostych kibiców, ale i wykształconych trenerów. Piotrowi Nowakowi spotkanie jego Lechii z Legią bardzo się podobało, a Stanisławowi Czerczesowowi – wprost przeciwnie. Tym razem bliżej mi do Czerczesowa.

Legię w niewielkim stopniu rozgrzesza nieobecność Kaspara Hamalainena, Tomasza Jodłowca, Michała Kucharczyka i Igora Lewczuka. Kolejni trenerzy Legii, tłumacząc się ze słabszej gry, remisu lub porażki, powtarzają, że w Warszawie goście zwykle murują bramkę, co nie pomaga gospodarzom ładnie grać.

Ale tym razem było inaczej. Nowak zaryzykował, postawił na ofensywę: z przodu Sławomir Peszko, Grzegorz Kuświk, Michał Mak, Flavio Paixao, za nim Miloš Krasić i jak zwykle dobrze dyrygujący drużyną Sebastian Mila. W obronie często występowało tylko trzech zawodników.

Legia nie bardzo wiedziała, co się dzieje. Wprawdzie mecz zakończył się remisem, w sytuacjach podbramkowych też był remis (legioniści trzykrotnie trafili w słupek), ale warszawianie do końca drżeli o wynik.

Ariel Borysiuk został ukarany czerwoną kartką, natomiast trzej z czterech obrońców żółtymi. A mogło być gorzej, bo sędzia był dla nich łagodny. Legioniści byli zbyt wolni i kiepsko zorganizowani, stąd ich faule. Jak na prawdopodobnego mistrza Polski to dość słabo.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA