fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Żukowski: Rekordy, których nie uznaję

Mirosław Żukowski
Fotorzepa, Waldemar Kompała
33 lata temu, 6 października 1985 NRD-owska sprinterka Marita Koch ustanowiła ostatni w swej karierze rekord świata (w biegu na 400 m). (Przypominamy tekst z lutego 2016)

Z lekkoatletycznej szafy wypadł kolejny trup.

Ten sport, lokomotywa igrzysk olimpijskich, ma ogromny problem w związku z ukrywaną przez lata korupcją i dopingiem w Rosji, rachunek sumienia czeka Kenię, a teraz dochodzi jeszcze sprawa chińska.

Starsi kibice pamiętają zapewne tzw. Armię Ma z początku lat 90. Jej damski desant wylądował w roku 1993 na stadionie w Stuttgarcie, gdzie odbywały się mistrzostwa świata, wygrał wszystko w biegach średnich i długich, po czym odleciał w siną dal. Nazwa armii pochodziła od nazwiska trenera Ma Jun-rena. Przekonywał on, że świetna forma jego żołnierek to efekt jedzenia zupy, której bazą jest krew żółwia. Nikt oczywiście nie traktował tego poważnie, tym bardziej że nowe rekordzistki były nieznane, nadeszły z niebytu i odeszły w niebyt.

Nie licząc jednej – Wang Junxii, która zdobyła jeszcze złoto i srebro na igrzyskach w Atlancie (1996). Dziś okazuje się, że właśnie ta biegaczka i jej dziewięć koleżanek już w roku 1995 napisały list, a w nim między innymi: „Trener przez całe lata kazał nam brać zabronione środki, a my jesteśmy przecież ludźmi, a nie zwierzętami". Napisały ten list do chińskiego dziennikarza, który nie umieścił go w swojej książce o Armii Ma, uczynił to dopiero w jej drugim wydaniu, w ubiegłym roku.

Co zrobi Międzynarodowa Federacja Lekkoatletyczna (IAAF) z rekordami świata i tytułami Chinek? Należy się obawiać, że nic nie zrobi, na razie podobno bada autentyczność listu. Podstawą pesymizmu jest to, że gdyby zacząć poważną dopingową weryfikację rekordów świata, to niewiele by się z nich ostało i należałoby historię pisać na nowo. Na taki krok – anulowanie wszystkich rekordów – zdecydowała się kiedyś federacja podnoszenia ciężarów i z dopingowego punktu widzenia nic to nie dało. Ciężary są dziś tam, gdzie były, czyli wygrywają dopingowi oszuści.

W lekkoatletyce w tabelach pozostało wiele rekordów z czasów, gdy świat był jeszcze podzielony na obóz pokoju i socjalizmu oraz wrednego kapitalizmu, a sztandar postępu nieśli programowo dopingowani przez państwo sportowcy NRD. Po drugiej strony ideologicznej barykady byli markiz Juan Antonio Samaranch (szef MKOl) i Primo Nebiolo (szef IAAF), budujący nowy sport czasów globalnej telewizji i reklamy. Wyniki miały przemawiać do wyobraźni i kieszeni sponsorów, więc walka z dopingiem była fikcją. I takie są właśnie rekordy z tamtych lat – fikcyjne. Ale trwają, mało tego, do wielu z nich, pomimo dużo lepszego dopingu, ogromnego postępu w technologii (lepsze bieżnie, rzutnie i sprzęt), nikomu nie udaje się zbliżyć.

Rekordów zupełnie niepodejrzanych w lekkoatletyce nie ma, ale są takie, o których można dyskutować, i te obrażające elementarną uczciwość i zdrowy rozsądek.

Oto moja prywatna lista rekordów, których nie uznaję:

Kobiety:

100 m: 10.49 – Florence Griffith-Joyner (USA, 1988);

200 m: 21.34 – Florence Griffith-Joyner (USA, 1988);

400 m: 47,60 – Marita Koch (NRD,1985);

800 m: 1.53,28 – Jarmila Kratochvilova (Czechosłowacja, 1983);

10 km: 29.31,78 – Wang Junxia (Chiny, 1993);

100 m przez płotki: 12,21 – Jordanka Donkowa (Bułgaria, 1988); pchnięcie kulą: 22.63 – Natalia Lisowska (ZSRR, 1987); rzut dyskiem: 76.80 – Gabriele Reinsch (NRD, 1988).

Mężczyźni: pchnięcie kulą: 23.12 – Randy Barnes (USA, 1990); rzut dyskiem: 74.08 – Juergen Schult (NRD, 1986); rzut młotem: 86.74 – Jurij Siedych (ZSRR, 1986).

Każdy z państwa może dopisać coś od siebie, odjąć też, jeśli dany mu jest ułatwiający życie dar zapominania.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA