fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Spór o in vitro

Istotne pytania o in vitro

Fotorzepa/ Piotr Mecik
Dyskusja na temat in vitro w Polsce prowadzona jest na najwyższym poziomie emocji. Jej zwolennicy nieustannie opowiadają o tym, jak cierpią pary, które nie mają dzieci (co zresztą jest prawdą), jak fundamentalnym prawem jest to do posiadania dziecka (to akurat nieprawda, bo nikt nie może mieć prawa do drugiego człowieka) i jak bardzo trzeba promować tę procedurę w imię ulżenia cierpieniom par bezpłodnych i bezdzietnych. W ten sposób kliniki zapłodnienia pozaustrojowego zmieniają się w jakieś magiczne miejsca, w których wróżki z bajki bezinteresownie spełniają marzenia cierpiących.

Problem z takim myśleniem jest tylko jeden. Otóż, tak się składa, że kliniki zapłodnienia pozaustrojowego to część wielkiego i coraz bardziej opłacalnego przemysłu. Według prognoz do 2026 roku przemysł ten może osiągnąć prawie 41 mld dolarów obrotu, w porównaniu z 25 mld obecnie. Coraz częściej też w tego rodzaju firmy zaczyna się inwestować w nadziei na wysokie zwroty. Tylko w ubiegłym roku firmy wspomagające poczęcie uzyskały 624 mln dolarów od inwestorów, w porównaniu z mniej niż 200 mln dolarów w roku 2009.

Skąd tak szybki rozwój tej gałęzi przemysłu? Odpowiedź jest prosta. Bezpłodność czy ograniczona płodność jest problemem cywilizacyjnym, co napędza popyt na tego rodzaju „usługi". Już teraz jedno na 60 dzieci w Stanach Zjednoczonych pochodzi z zapłodnienia in vitro, a w Danii, Izraelu czy Japonii jedno na niespełna 25. Jakby tego było mało, ludzie, gdy chcą spełniać marzenia, rzadko liczą się z pieniędzmi, stąd bardzo wysokie marże przy tego rodzaju „zabiegach". Jak podają eksperci, marże operacyjne wynoszą nawet 30 proc. kosztu jednej rundy procedury zapłodnienia, która kosztuje w USA około 20 tys. dolarów. Wszystko to sprawia, że przemysł zapłodnienia pozaustrojowego, a wraz z nim przemysł surogatek (zatępczych matek) wykorzystywanych w okrutny sposób, szczególnie w Indiach, mrożenia i przechowywania zarodków i przynajmniej kilka innych z nimi związanych rozwija się błyskawicznie.

Tempo rozwoju biznesu, skuteczny marketing, a także emocje mu towarzyszące sprawiają, że nieczęsto stawia się poważne pytania z nim związane. I nie chodzi tylko o to, czy tak potężne marże są rzeczywiście uprawnione, ale przede wszystkim o to, że przemysł ten głęboko zmienia definicje społeczne i indywidualne. Trudno przecież nie zadać pytania o to, kto jest rodzicem dziecka, które jest owocem zapłodnienia pozaustrojowego, heterogenicznego, urodzonym z matki zastępczej. Jego matką genetyczną będzie dawczyni komórek jajowych, matką biologiczną kobieta, która je urodziła, i wreszcie matką społeczną ta, która za to wszystko zapłaciła.

A czyim dzieckiem jest dziecko poczęte z nasienia pochodzącego od dawcy spermy? Czy ma ono prawo do poznania swojego biologicznego ojca? I nie są to pytania filozoficzne, bo takie same stawiane są przed amerykańskimi czy brytyjskimi sądami i trzeba się z nimi uporać.

Istotnym pytaniem jest również to o tzw. nadliczbowe zarodki. Ich liczba tylko w klinikach in vitro w Stanach Zjednoczonych może sięgać wielu milionów – wynika z raportu przygotowanego przez NBC News. Dlaczego jest ich tak dużo? Otóż z raportów brytyjskich wynika, że na jedno urodzenie dziecka z in vitro przypada statystycznie do 20 powołanych do istnienia zarodków. Część z nich obumiera w czasie procedury, ale część jest zamrażana. I nikt nie wie, co z nimi zrobić. A nie trzeba być katolikiem, by mieć świadomość, że są one życiem ludzkim, które posiada swoja prawa. Nikt nie chce o tym pamiętać, ale to jest ludzkie życie, za które odpowiedzialni są ci, którzy je powołali. To też jest dramat naszych czasów. Dramat, o którym trzeba przypominać w dyskusji o in vitro.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA