fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Spór o Trybunał Konstytucyjny

Tomasz Pietryga: PiS na wojnie z prawnikami

Rozwiązać spór o Trybunał można tylko środkami politycznymi – pisze Tomasz Pietryga. Na zdjęciu prezes Andrzej Rzepliński (z lewej) podczas sejmowej debaty o TK
Fotorzepa, Andrzej Bogacz
Spór ze środowiskami prawniczymi dopiero się zaczyna, ale politycy PiS, dla których liczy się zysk na politycznym rachunku, będą pewnie konsekwentni. Na razie bilans starcia z TK jest dla nich dodatni, co pokazują kolejne sondaże i wzrost poparcia – pisze publicysta „Rzeczpospolitej", Tomasz Pietryga.

To jest rokosz i bunt korporacji prawniczych" – powiedział w jednym z przedświątecznych wywiadów Jarosław Kaczyński, odnosząc się do przeciągającego się sporu wokół Trybunału Konstytucyjnego. „Dobra zmiana oznacza m.in. pozbawienie pewnych środowisk przywilejów" – podkreślił prezes PiS. Stało się to po tym, gdy zdecydowana większość środowisk i instytucji prawniczych stanęła po stronie prof. Andrzeja Rzeplińskiego oraz polityków opozycji w sporze o TK, tworząc wspólny antypisowski front.

Wypowiedź Kaczyńskiego zabrzmiała dziwnie znajomo. Była czytelnym sygnałem, że PiS zamierza wrócić do kursu sprzed 11 lat. Wtedy niemal od samego początku swych rządów PiS wszedł w bardzo ostry konflikt ze środowiskami prawniczymi. Zapowiedział m.in. batalię ze skostniałymi korporacjami prawniczymi i otwarcie ich dla młodych ludzi, a także walkę z patologiami i układami w wymiarze sprawiedliwości. Te peerelowskie skamieliny, twierdzili czołowi politycy ugrupowania, nigdy nie zostały rozliczone i oczyszczone z funkcjonariuszy komunistycznego reżimu.

Cisza przed burzą

Podczas ostatniej kampanii wyborczej i tuż po wyborach wydawało się, że PiS zrezygnował z tej zgranej karty i polityczne konflikty nie będą się ogniskować wokół środowisk prawniczych. Co prawda padały zdecydowane słowa o zapaści w sądownictwie, była krótka diagnoza wymiaru sprawiedliwości postawiona przez premier Beatę Szydło podczas exposé, ale gdzież im do retoryki z roku 2005. Nawet kontrowersje wokół wyboru pięciu sędziów przez Platformę Obywatelską (w poprzedniej kadencji) przybladły i nic nie zapowiadało, że wkrótce staną się osią sporów.

Trudno było sobie również wyobrazić, że PiS pójdzie na wojnę z samorządami prawniczymi. Owszem, całe lata kojarzyły się one z hermetycznością, nepotyzmem, uprzywilejowaniem wąskich grup i patologiami na rynku pracy, ale korporacje już wcześniej zostały pobite, upokorzone, a przede wszystkim ubezwłasnowolnione (nie decydują nawet, kto będzie ich członkiem – egzaminy na aplikacje organizuje resort sprawiedliwości). Nie są to już dziś więc organizacje wpływowe, potrafiące, jak choćby przed dekadą, twardo bronić swoich interesów w Sejmie. Uderzanie w adwokatów czy radców prawnych wydawało się zatem nie mieć politycznego sensu.

Środowiska prawnicze też nie były nastawione konfrontacyjnie. Patrzyły na przejmowanie władzy przez PiS z dystansem, rozczarowane rządami Platformy Obywatelskiej, dla której spora część środowisk prawniczych była naturalnym elektoratem. Ale gdy spór o Trybunał został otwarty, obawa przed PiS, który w czasie ostatnich demonstracji KOD został określony jako partia „antydemokratyczna" o „zapędach dyktatorskich", mająca za nic „państwo prawa", okazała się dla nich samospełniającą się przepowiednią.

Efekt kuli śniegowej

Na początku konflikt o sędziów Trybunału można było nazwać „lokalnym". Większość środowisk prawniczych patrzyła na niego z oddali. Zresztą pierwszym sygnałem do rozpoczęcia konfliktu wcale nie była sprawa TK. Było nim ułaskawienie przez prezydenta Andrzeja Dudę Mariusza Kamińskiego. Wtedy padły pierwsze zarzuty o łamanie konstytucji przez głowę państwa.

Ale gdy argumenty w sprawie Kamińskiego już się wyczerpały i nic nie zapowiadało dłuższego konfliktu, wybuchł spór o TK. Od początku lepiej rokował, zwłaszcza że włączyły się do niego partie opozycyjne, które dostrzegły idealną sposobność uderzenia w PiS tuż po wyborach i odwrócenia uwagi społecznej od reform zapowiadanych przez rząd.

Konflikt napędzany uchwałami, kolejnymi nowelizacjami i wyrokami rozpędzał się jak śniegowa kula, angażując kolejne środowiska prawnicze. W tym sporze nie wypadało mieć innego zdania niż większość, nie wypadało nawet milczeć. Postawa choćby neutralna czy zbyt słaby, mało wyrazisty głos sprzeciwu stawały się przedmiotem krytyki. Tak było w przypadku Sądu Najwyższego czy Krajowej Rady Sądownictwa, które na początku zachowywały dystans.

Z czasem wydarzenia wokół Trybunału obudziły stare demony. Jarosław Kaczyński powtórzył swoje wcześniejsze argumenty o pierwszeństwie polityki nad prawem, bo to ona jest jego źródłem. Dla środowisk prawniczych takie podejście do państwa i prawa było – i jest – nie do przyjęcia.

Zły Ziobro, pistolet i doktor G.

W tym miejscu warto przypomnieć konflikt, który toczył się przed ponad dekadą, zwłaszcza że i scenariusz, i retoryka wydają się podobne. Słowa o zamachu na demokrację i państwo prawa, o łamaniu konstytucji i dyktaturze wypowiadają zresztą ci sami ludzie co wtedy.

Przed laty PiS zaczął od hasła walki z patologiami na rynku usług prawniczych, za głównego przeciwnika obierając adwokatów, radców prawnych i komorników. Hasła te były dość dobrze przyjmowane przez opinię publiczną. Ta iskra wywołała pożar obejmujący środowiska naukowe, sędziowskie i – częściowo – prokuratorskie.

Konflikt ogniskował wtedy ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Zaczęło się od odwołania w mało eleganckim stylu (telefonicznie) wybitnego karnisty prof. Stanisława Waltosia z funkcji przewodniczącego Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego, która działała przy ministrze sprawiedliwości. To wywołało pierwsze ostre reakcje środowisk naukowych, które zarzucały ministrowi arogancję.

Oburzenie wzrosło, kiedy Ziobro zaczął powoływać zespoły problemowe. Miały one przygotować zręby reform w poszczególnych obszarach wymiaru sprawiedliwości. W pracach nie uczestniczyli (nawet nie byli proszeni o konsultacje) wybitni prawnicy głównego nurtu, którzy od lat brali udział w reformach inicjowanych przez resort sprawiedliwości.

Trudno się dziwić, że padł zarzut o lekceważenie wybitnych ekspertów nauki oraz praktyków, a reformy określono mianem taniego populizmu, szkodliwego dla państwa i prawa. Szczególnie nie podobała się przygotowywana przez Ziobrę duża reforma prawa karnego, radykalnie zaostrzająca sankcje karne, co kłóciło się z umiarkowanie liberalnym kodeksem.

Od tego czasu krytyka większości działań reformatorskich była już frontalna. Na dodatek okazało się, że planowana jest reforma Krajowej Rady Sądownictwa, postępowań dyscyplinarnych w sądach czy wprowadzenie sądów 24-godzinnych, w których sędziowie mieli dyżurować również w nocy bez dodatkowego wynagrodzenia. Wszystko to sprawiło, że do środowisk naukowych i związanych z korporacjami prawniczymi dołączyli rozwścieczeni sędziowie.

Osią sporu stała się zakwestionowana przez Trybunał Konstytucyjny ustawa lustracyjna, przeciwko której zaciekle protestowały środowiska liberalne. A już mieszanką wybuchową okazały się medialne popisy ministra w sprawie doktora G., samobójstwo Barbary Blidy, sprawa agenta Tomka czy afera gruntowa – wszystko to umocniło tylko powszechne już w opinii publicznej przekonanie o PiS jako partii niebezpiecznej, działającej na granicy prawa lub poza nim. Wyborczy rachunek dla partii Kaczyńskiego okazał się bardzo wysoki.

Głos wyroczni

W kształtowaniu opinii publicznej ważną rolę odegrali eksperci prawni. Przeciw działaniom rządu wystąpiło w liście otwartym ponad 370 naukowców, w tym ponad 100 profesorów. „Zarówno język, jak i sposób działania obecnych władz przypominają łudząco czasy PRL" – pisali oburzeni naukowcy.

Zresztą ton debacie tego i tamtego okresu nadają ci sami ludzie. Jest to wąska grupa tzw. autorytetów prawniczych, która występując często w mediach, formułuje koronne zarzuty. To swego rodzaju wyrocznie, strażnicy niezmiennych prawnych zasad, aczkolwiek do doktryny podchodzący selektywnie. O czerwcowej ustawie o Trybunale Konstytucyjnym, która doprowadziła do wyboru trzech sędziów niejako awansem, prof. Zoll powiedział, że takie działanie było „mało eleganckie". Nie słychać było figur retorycznych o zamachu na państwo prawa.

Nie bez znaczenia była też ideowa bliskość niektórych autorytetów i szefów instytucji prawnych z rządzącą PO, powszechnie zresztą akceptowana. Doskonale pokazuje to historia napisania przez prof. Rzeplińskiego i jego kolegów ustawy o TK. Granice między władzą ustawodawczą i sądowniczą na potrzeby chwili uległy kontrolowanemu zatarciu.

Początek nowej bitwy

Obecny konflikt wokół Trybunału co prawda powoli wygasa, ale nie dlatego, że został rozwiązany. Jedynym sposobem jego zakończenia jest dziś bowiem droga polityczna. A wygasa dlatego, że przestaje robić na opinii publicznej wrażenie. Tymczasem dla polityków to opinia publiczna była i jest głównym punktem odniesienia.

Konflikt będzie się więc teraz przenosił na nowe obszary prawnicze. Jest już niezdementowany przeciek o upaństwowieniu zawodu komornika (w domyśle – w dalszej kolejności notariusza), co uderzy w interesy finansowe członków tej korporacji. Drzemie jeszcze spór związany z NSA, w którym w dalszym ciągu nie ma nowego prezesa, reforma prokuratury i czystki na jej szczeblach kierowniczych.

I rzecz najpoważniejsza: wielka systemowa reforma sądownictwa, którą zapowiedział Jarosław Kaczyński. Źle przeprowadzona, może wywołać z trzecią władzą konflikt o nieporównywalnie większej mocy niż ten o Trybunał Konstytucyjny. Zwłaszcza że reforma uderzy w osoby sprawujące najwyższe funkcje w sądownictwie: prezesów, przewodniczących wydziałów, i sędziowską elitę z sądów apelacyjnych, które mają być zlikwidowane.

Spór ze środowiskami prawniczymi dopiero się zaczyna, i politycy PiS, dla których liczy się zysk na politycznym rachunku, będą konsekwentni. Na razie bilans starcia z TK jest dla rządzącej partii dodatni, co pokazują kolejne sondaże i wzrost poparcia. A Trybunał zostanie przez długie lata (do nieuchronnej reformy) instytucją pokiereszowaną, do której spora część obywateli straciła zaufanie.

Czy zwarty antypisowski front środowisk prawniczych, który się właśnie uformował, powstrzyma partię Kaczyńskiego od realizacji jej wizji państwa i prawa, tak obcą większości prawników? Czy uda się zniechęcić do PiS większość wyborców, tak jak w 2007 roku? Czas pokaże. Bitwa o wizję państwa i prawa już się zaczęła.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA