fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Sylwia Spurek o przemocy wobec kobiet

123RF
Policja zakłada rocznie 100 tys. Niebieskich Kart, które mają pomóc w zwalczaniu przemocy domowej – mówi zastępca rzecznika praw obywatelskich Sylwia Spurek.

Rzeczpospolita: Rozmawiamy w trakcie trwania kampanii 16 dni przeciw przemocy wobec kobiet. Jak definiować to zjawisko, czego ono dokładnie dotyczy – przemocy wobec kobiet, przemocy w rodzinie, przemocy domowej?

Sylwia Spurek: Przemoc wobec kobiet to szerokie zjawisko, które przybiera różne formy i ma różnorodne przejawy. Jedną z najczęstszych form przemocy wobec kobiet w Polsce jest przemoc w rodzinie, nazywana też przemocą domową. 90 procent osób, które zgłaszają się w związku z tym rodzajem przemocy na policję, to kobiety, które szukają pomocy dla siebie i swoich dzieci. Sama tylko policja zakłada rocznie 100 tys. Niebieskich Kart, które mają pomóc w zwalczaniu tego zjawiska, a przecież uprawnione są do tego także inne instytucje. Mamy 90 tys. stwierdzonych na postawie Niebieskich Kart ofiar przemocy domowej, z tego ok. 10 proc. to mężczyźni. Podobne proporcje są przy postępowaniach sądowych. Jeśli chodzi o skazania sprawców – 90 procent z nich to mężczyźni. Statystycznie widać więc prawidłowość: bije mężczyzna. Kogo bije? Kobietę, dziecko, osobę starszą – ojca, brata, teścia. To oznacza, że nawet wtedy, kiedy ofiarami przemocy są mężczyźni, sprawcami zazwyczaj też są mężczyźni...

Czy nie ma pani wrażenia, że publiczna debata o przemocy wobec kobiet sprowadza się dziś do przekonywania przekonanych?

Chciałabym powiedzieć, że nie. Że wiele się zmienia, że patrzę na to wszystko z optymizmem... Ale nie patrzę. Po pierwsze dlatego, że to wszystko powinno się zmieniać szybciej, a po drugie dlatego, że nadal rozmawiamy w tym samym gronie i nadal napotykamy w debacie publicznej te same szkodliwe stereotypy dotyczące przemocy wobec kobiet.

Mówiąc „to" ma pani na myśli państwo, stan prawny czy poziom świadomości obywateli?

Jestem prawniczką. W 2003 roku, kiedy pracowaliśmy nad pierwszym projektem ustawy o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet z wicepremier Izabelą Jarugą-Nowacką, w przepisach nie było prawie nic na ten temat. Zaledwie paragraf w kodeksie karnym penalizujący znęcanie się. Po prostu nie mieliśmy wtedy przepisów dotyczących przemocy w rodzinie. Kiedy uchwalono tę ustawę w 2005 roku, powstał pewien „szkielet" – bo nie można mówić, że była to już skończona, idealna ustawa, kompleksowo regulująca wszystkie najważniejsze kwestie. Ten „szkielet" został w 2010 roku mocno przebudowany i uzupełniony. W 2012 roku podpisaliśmy konwencję stambulską, a w 2015 roku ją ratyfikowaliśmy. I to jest milowy kamień w obszarze przeciwdziałania przemocy wobec kobiet. Prawo się więc zmienia, ale wciąż nie jest to system doskonały.

Podczas dyskusji na temat przemocy padały pytania o to, co ma zrobić sprawca, który po pobiciu rodziny zostanie eksmitowany?

Tak! Pytano z niepokojem, nawet na posiedzeniach Stałego Komitetu Rady Ministrów: a gdzie on ma pójść? Co ma ze sobą zrobić? I wtedy premier Jaruga-Nowacka odpowiadała: „a gdzie teraz idzie ofiara przemocy, często z dziećmi?! Do rodziny, do znajomych, do schroniska dla bezdomnych... I nikt do tej pory się o jej los nie pytał. A teraz martwicie się o sprawcę?".

A jak jest teraz?

Teraz akcenty rozkładają się trochę inaczej. Dyskusja się bardzo mocno zideologizowała: nie rozmawiamy już nawet o prawach sprawcy, co ma jeszcze charakter w miarę merytoryczny, i może doprowadzić do przyjęcia konstruktywnych rozwiązań, tylko o „strasznym gender". I w kontekście ratyfikacji konwencji stambulskiej o zwalczaniu i zapobieganiu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej było tak samo. Nie mówiono o meritum, tylko o gender. I to całkowicie odwracało uwagę od tworzenia skutecznych narzędzi zapobiegania przemocy, ochrony ofiary, izolacji sprawcy od ofiary, oddziaływania na sprawcę.

I nie da się tej kwestii oddzielić od codziennego dyskursu politycznego czy walki politycznej? Nawiązać w tej sprawie kontaktu np. z Kościołem?

Pamiętam jak prof. Małgorzata Fuszara, pełnomocniczka rządu ds. równego traktowania, w zeszłym roku przy okazji tej samej kampanii, która trwa teraz – 16 dni przeciwdziałania przemocy wobec kobiet, zwróciła się do wszystkich kościołów i związków wyznaniowych o przyłączenie do akcji. Odzew był bardzo niewielki. A przecież, jeśli spojrzeć na rolę kościoła, szczególnie rzymskokatolickiego, widać, że jego udział, jego zaangażowanie byłoby bezcenne. Jeżeli z każdej ambony w Polsce w jedną niedzielę, jeden ksiądz powiedziałby, że nie można bić żony, że to jest nie po chrześcijańsku, że to jest grzech, to mogłoby się bardzo wiele zmienić. I nie wiem, dlaczego się tak nie dzieje. My w biurze RPO staramy się o tym mówić, abstrahując od ideologii i tego zideologizowanego języka. Chcemy dyskutować o konkretnych działaniach, o konkretnych mechanizmach, przepisach. Ale często słyszymy jedno: „kobiety są w Polsce szanowane i w polskich prawdziwych rodzinach nie ma przemocy". Widać, że mamy tendencję do wypierania faktów. Zresztą same kobiety, kiedy prowadzone są badania nad przemocą, często nie traktują popchnięcia, ograniczenia wolności osobistej, zabrania pieniędzy czy telefonu jako przejawu przemocy. Nie zdają sobie sprawy, że są ofiarami. Momentami czuję złość, poszukując sojuszników. Cały czas rozmawiamy z tymi samymi ludźmi, którzy rozumieją specyfikę przemocy w rodzinie i potrzebę jej przeciwdziałania, są sojusznikami i nimi pozostaną. A niestety, próba rozmowy z innymi osobami często kończy się potężnym sporem ideologicznym.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA