fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

O. Zięba: Scjentyzm i nieludzki świat

Getty Images
Gdy poszukiwanie prawdy zamieni się w przekonanie o jej posiadaniu, pycha zastąpi pokorę wobec rzeczywistości. Jeśli nauka przestanie pamiętać o granicach rzeczywistości, którą opisuje, to przeobraża się w groźną ideologię.

Debaty i polemiki, jakie wywiązały się po moim tekście „W czarno-różowych okularach" na temat elity Zachodu nadającej ton kulturze europejskiej od blisko 300 lat, pokazały, że udało mi się dotknąć ważnego problemu. Główna teza tekstu brzmiała: grupa ludzi, których nazwałem SAP, co jest akronimem od S („successful" i często „single"), A („agnostic" lub „atheist") i P („progressive"), a więc ludzie sukcesu, niewierzący w Boga indywidualiści, główni sprawcy zmian społecznych w świecie, oglądając rzeczywistość – często nieświadomie – korzystają z czarno-różowych okularów. Na członków swojej grupy i ich poglądy patrzą przez różowe szkiełko aprobaty. Natomiast na osoby mające inne poglądy spoglądają przez szkło zaczernione – piętnując nietolerancję i agresję. Umożliwia to dwójmyślenie oraz każdorazowe przekonanie o swojej słuszności.

Skąd się bierze dwójmyślenie

Przypomnijmy sytuację, gdy w grudniu 2017 roku Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji nałożyła na TVN karę za jednostronne relacjonowanie protestów pod Sejmem. W uzasadnieniu decyzji KRRiT pisała: „Korzystanie z wolności słowa wiąże się z odpowiedzialnością dziennikarzy, wydawców i nadawców za przekazywane treści... Dziennikarze bardzo łatwo mogą przekroczyć granicę pomiędzy informowaniem a kreowaniem wydarzeń".

Przez liczne media należące do SAP, także światowe, przetoczył się jęk grozy: Zamach na wolność słowa! Problem w tym, że gdy parę lat wcześniej TV Trwam pokazywała palącą się na placu Zbawiciela tęczę, to KRRiT również nałożyła na nią karę, tłumacząc, że „swoboda wypowiedzi nie zwalnia nadawców od odpowiedzialności za rozpowszechniane przekazy". Faktu, że media SAP zaakceptowały tę decyzję, że nie było wówczas cienia protestów w obronie wolności słowa, nie umiem racjonalnie wytłumaczyć.

Jeszcze bardziej drastycznym przypadkiem było samospalenie Piotra Szczęsnego. Każdy człowiek posiadający minimalną wrażliwość oraz wyobraźnię wie, że samobójstwo zawsze jest tragiczną tajemnicą. Wpływa na nie przecież niezmiernie wiele czynników od odległych czasowo – sięgających dzieciństwa, po emocjonalne porywy chwili. Najmądrzej jest uszanować tę tajemnicę.

Pewnym wyjątkiem może być samospalenie będące połączeniem radykalnego sprzeciwu i niemożności zaprotestowania w innej formie (np. protest mnichów przeciw okupacji Tybetu czy Jana Palacha przeciw sowieckiemu najazdowi na Czechosłowację). W dzisiejszej Polsce, na szczęście, takie dramatyczne okoliczności już nie istnieją. Dlatego porównywanie Szczęsnego do Palacha, czynienie z niego bohatera i sumienie narodu czy błyskawiczne wmurowanie tablicy pamiątkowej uważam za nadużycie. Tym bardziej że oczywiste było, iż adwersarze zaczną podkreślać niezrównoważenie psychiczne samobójcy oraz wszelkie jego życiowe mankamenty, co także narusza powagę tej śmierci.

To jednak prywatna ocena. Problem powstaje przy zestawieniu z sytuacją wcześniejszą, gdy dziennik dziś zaangażowany w szerzenie kultu Piotra Szczęsnego pisał o innym samospaleniu w proteście przeciwko rządowi z innej partii. Gdy bowiem w 2011 r. przed KPRM podpalił się Andrzej Ż., gazeta ta pisała o nim: „to ktoś, kto przy pomocy aktu terroru (skierowanego wobec samego siebie) próbował na nas coś wymusić". Także na tragedię samospalenia można, jak widać, spojrzeć przez czarno-różowe okulary.

Nie sądzę, by tak przeciwstawne oceny powstawały wyłącznie z cynizmu. Nie przekonuje mnie też pogląd, że jest to po prostu przejaw negatywnego myślenia o „obcych", a afirmatywnego o „swoich". Nie wykluczając całkowicie tych hipotez, sądzę, że owo dwójmyślenie pojawia się zbyt spontanicznie i towarzyszy mu zbyt autentyczne moralne oburzenie, by cynizm oraz lojalność wobec „swoich" całkowicie je wytłumaczyły. Dlatego dołączyłbym wyjaśnienie teologiczne – odwołanie do grzechu pierworodnego. Teologia poucza nas bowiem, że owocem grzechu pierworodnego jest nie tylko przewrotność („malitia"), ale i zranienie władz umysłowych („stultitia"), które obejmuje wszystkich ludzi i powinno zaowocować samokrytycyzmem.

Jednak SAP, nie uznając doktryny o grzechu pierworodnym i mając dobre mniemanie o sobie, są głęboko przekonani o obiektywności swoich ocen. A ich dobre samopoczucie wypływa z przekonania, że opowiadają się po stronie racjonalność oraz nauki, co nadaje ich sądom bezstronny charakter. To jest właśnie gleba, na której od paru stuleci wyrasta na Zachodzie scjentyzm.

SAP dzielą bowiem całą rzeczywistość na dwie części: racjonalną oraz irracjonalną, czyli naukową i nienaukową. A skoro my, SAP, opowiadamy się po stronie „racjonalnej" oraz „naukowej", to znaczy, że mamy zagwarantowaną bezstronność i obiektywność swych sądów. Zarazem – to nieuchronna konkluzja – ci, którzy nie podzielają naszych poglądów należą do świata irracjonalizmu odrzucającego naukę. Ilustracją tej tezy może być dopuszczanie do wykładów na wyższych uczelniach reprezentantów poglądów SAP na rodzinę, seksualność czy aborcję – są one bowiem „naukowe" i jednoczesne zakazywanie wystąpień ludziom posiadającym odmienny punkt widzenia. Przykładowo, spotkanie promujące poliamorię może się odbyć na Uniwersytecie Warszawskim, ale spotkanie z działaczką pro-life już nie. W złożonym w Sejmie projekcie liberalizującym aborcję przedstawicielki SAP poszły jeszcze dalej: kto, aby odwieść od stosowania antykoncepcji lub przerwania ciąży rozpowszechnia (także w internecie) twierdzenia na temat antykoncepcji i aborcji, które nie są naukowe, podlega karze do dwóch lat więzienia. Jeśli więc ten projekt zostałby uchwalony, to gdybym publicznie stwierdził, że „aborcja jest złem", mógłbym zostać skazany.

Dotknięcie absolutnej prawdy

Zacznijmy od definicji. Scjentyzm to połączenie bezkrytycznej wiary w naukę i racjonalizm z ateizmem. Dla scjentystów wszystkie istotne problemy człowieka rozwiązuje nauka i zarazem istotne problemy człowieka to te, które rozwiązuje nauka. Inne są albo nieważne, albo urojone. Dlatego tak łatwo łączy się on z ateizmem. Wedle scjentystów Bóg jest bowiem problemem urojonym, tym bardziej że skoro nauka wyjaśnia wszystko, to w scjentystycznym świecie nie ma dla Niego miejsca.

Scjentyzm narodził się w dobie oświecenia wraz z wiarą w nieuchronny postęp ludzkości, którego motorem jest nauka. I wiara w Postęp stała się nową religią dającą jej wyznawcom spójny opis całej rzeczywistości, łatwy i zgodny ze zdrowym rozsądkiem, umocniony autorytetem nauki. Dotknięcie absolutnej prawdy i związane z nim odkrycie głębszego sensu dziejów, dodało „oświeconym" prawdziwie neofickiego zapału do walki z anachronicznym Bogiem okrucieństwa i zabobonów. Zbożny cel uświęcał nieświęte środki. Celem było bowiem „zmiażdżenie nikczemnika" („ecraser l'infame") – jak zwykł określać chrześcijaństwo Wolter.

Tę agresję podejmie spora część XIX-wiecznych naukowców, a postępy medycyny i ekonomii, a zwłaszcza fizyki, która z jednej strony niesłychanie wpływała na rozwój matematyki, a ze strony drugiej, na rewolucję techniczną, a stąd i przemysłową, dodadzą do tego pychę – pewność, że nauka rozwiązała wszystkie najważniejsze problemy ludzkości. Pogląd taki promował m.in. niemiecki biolog Ernst Haeckel. W swojej książce „Zagadki świata" przetłumaczonej na 24 języki w tym chiński i sanskryt (w ciągu paru lat sprzedano ponad ćwierć miliona egzemplarzy edycji angielskiej), dowodził, że wszystkie istotne problemy zostały już przez naukę rozwiązane. Miarą sławy i wpływu poglądów Haeckla jest nazwanie Mount Haeckel potężnych szczytów górskich w Nowej Zelandii i w USA. Podobnie myślało wielu fizyków przekonanych, że wszystkie ważniejsze odkrycia zostały już dokonane, co ilustruje stwierdzenie amerykańskiego noblisty Alberta Michelsona, iż zadaniem fizyków następnych pokoleń, jest uzupełnianie szóstego miejsca po przecinku w dotychczasowych wyliczeniach.

Ideałem nauki była fizyka, a ideałem naukowca Newton, który odkrył niewidzialną siłę łączącą ze sobą wszystkie obiekty Wszechświata. Wielki angielski fizyk był niezwykle ceniony przez aspirujących do miana naukowców socjalistów, wśród których prym wiedli Charles Fourier oraz Henri Saint-Simon, poszukujący newtonowskich prawidłowości w naukach politycznych. Fourier stworzył wizję nowej ery, w której Ziemię miało zamieszkiwać 37 milionów fizyków na miarę Newtona. Poszukiwał on zasady etycznej, działającej uniwersalnie i powszechnie na wzór prawa grawitacji Newtona. Z kolei Saint-Simon roztaczał wizje świata, nad którym rządy sprawowałaby wybierana przez całą ludzkość Światowa Rada Newtona. Podlegać by jej miały „regionalne Rady Newtona", a centrami religijnego kultu stałyby się „świątynie Newtona".

Ale już wcześniej ambicją i celem działań Etienne de Condillaca, założyciela szkoły ideologów, było zostanie Newtonem psychologii, natomiast w medycynie mechanika Newtona zainspirowała Juliana de La Mettrie do napisania dzieła „L'homme-machine" (Człowiek maszyna), w którym próbował on w mechanicystyczno-materialistyczny sposób opisać człowieka. W ekonomii tę rolę spełniała „niewidzialna ręka", bezosobowe prawo kierujące zachowaniami konsumentów i producentów. Mechanika inspirowała również Comte'a w socjologii, częściej używającego terminu „phisique sociale" niż „sociologie".

Inspiracja nie jest niczym złym, ale staje się problemem, gdy metody z jednej dziedziny wiedzy przenosi się bez zweryfikowania na inne pole. A już rzeczą zdecydowanie naganną jest potwierdzanie koncepcji jednej gałęzi nauki osiągnięciami innej dziedziny. Niestety, tego elementarnego naukowego rygoru przedstawiciele europejskich elit XVIII i XIX wieku, zauroczeni rozwojem nauki, zbytnio nie przestrzegali, w razie potrzeby naciągając fakty do konstruowanych teorii. W rezultacie „determinizm naukowy, na początku ograniczony do świata fizycznego, rozciągał się obecnie na biologię i nauki społeczne. Ekonomiści XIX wieku, jak Ricardo i James Mill, pojmowali prawa ekonomiczne w sposób analogiczny do praw mechanicznych w fizyce, wykluczając w ten sposób wszelkie moralne i duchowe czynniki i przygotowując drogę materialistycznej interpretacji historii. W biologii zaś sam Darwin był pod wpływem zarówno fizyków, jak i ekonomistów" – pisał Charles Dawson, brytyjski prawnik i archeolog.

Co gorsza, pod przemożnym wpływem Darwina byli socjologowie, a zwłaszcza najbardziej wpływowy z nich, Herbert Spencer, przenoszący jego biologiczne teorie na grunt nauk społecznych. Fundamentem myślenia Spencera było twierdzenie, iż „działanie moralne i działanie naturalne jest tym samym", a więc pogląd znoszący etykę i wykraczający daleko poza granice nauki. Jeden z twórców ordoliberalizmu, Wilhelm Roepke, opisywał ten pogląd: „determinizm nie tylko zostaje podniesiony na nowo do rangi dogmatu, lecz także i socjologię opanowuje, czy to w postaci materialistycznego pojmowania dziejów Marksa, czy też jako determinizm geograficzny takim, jakim go rozwinęli Ritter i Ratzel" – uznani naukowcy rozwijający m.in. teorię Lebensraum, konieczności poszerzania przestrzeni życiowej przez Germanów.

W taki oto sposób nauka traci swój „naukowy" charakter, a więc status dążenia do poznawania rzeczywistości i odkrywania prawdy o niej metodami, które uzyskują walor obiektywności, dzięki temu, że dają się weryfikować.

I w XIX wieku obserwujemy zjawisko bezkrytycznego przenoszenia idei z jednej dziedziny do drugiej. Nazywam je „scjentystycznym rezonansem". Ma on niewiele wspólnego z nauką, ale buduje spójny system opisu rzeczywistości, który prawie nie podlega naukowej weryfikacji, gdyż stoi za nim autorytet absolutnej prawdy o nieuchronności postępu. W ten sposób wiara w naukę przeistacza się w ideologię, lub innymi słowy: „nauka jest religią" – jak z dumą stwierdził Ernest Renan, autor ateistycznego bestselera „Życie Jezusa".

Nieuchronny postęp niósł triumfalistyczną wizję człowieka, który dzięki wierze w naukę powstał z kolan: „Nie jako pokorny, uległy niewolnik nadnaturalnego mistrza, nie jako pozbawiona nadziei zabawka w rękach mocy niebieskich, ale jako dumny i wolny syn Natury, rozumiejący jej prawa i wiedzący jak nimi kierować dla swego pożytku, pojawia się twór nowoczesnej cywilizacji – Wonomyśliciel, wcielenie najpotężniejszych wysiłków Natury" – pisał niemiecki myśliciel Georg Büchner.

Ofiary postępu

Sławne „Szkice o nierówności ras ludzkich" Arthura de Gobineau, pragnącego rozwijać „chemię" ras i „geologię" moralną, są klasycznym przykładem „rezonansu scjentystycznego". Paranaukowymi rasistami byli już wcześniej „oświeceni", ale dopiero różnorodne aplikacje darwinizmu do społeczności ludzkich wzmocniły i „unaukowiły" rasistowskie sposoby myślenia. Ich rezultatem było powstanie nowej gałęzi nauki nazwanej w 1883 przez przyrodnika i lekarza Francisa Galtona „eugeniką". To właśnie on spopularyzował pogląd, że mity chrześcijańskie, wspierając etykę, blokują proces ewolucji, osłaniając imbecyli, przestępców, cherlaków i nieudaczników przed obiektywnym wyrokiem natury, i dlatego konieczne jest stworzenie programu selektywnego rozmnażania.

Ideał – postulowanej przez naukowców – „higieny rasowej" porwał nie tylko członków licznie powstających towarzystw eugenicznych, ale też podbił – z nielicznymi wyjątkami – świat naukowy, polityków, twórców kultury i przedstawicieli mediów. Nic w tym dziwnego, skoro stały za nim autorytety tak opiniotwórczych pisarzy jak H.G. Wellsa (promującego przymusową sterylizację i zabijanie ludzi słabych moralnie i fizycznie, bo ci „którzy zabijają słabych, będą mieli pełniejsze odczucie możliwości życia od tych, które my posiadamy i będą mieli ideał, który będzie wart zabijania") czy G. B. Shawa (laureata literackiej Nagrody Nobla w 1925 roku), który na początku wieku XX, podobnie jak Wells, postulował, by w ramach eugeniki stosować „komory śmierci".

Wspierały ich działania genialnego wynalazcy Alexandara Grahama Bella („naukowo" dowodzącego konieczności zakazu małżeństw osób niesłyszących), ikony feminizmu Margaret Sanger (która napisała swą książkę „Negro Project", by ograniczyć rozrodczość czarnych obywateli USA), ekonomisty Johna Maynarda Keynesa (propagującego antykoncepcję wśród robotników „aby klasa robotnicza się nie rozrastała, bo jest zbyt rozpita i prostacka"), czy małżeństwa Alvy (Nobel 1982) i Gunnara (Nobel 1973) Myrdalów, wybitnych społeczników i dyplomatów, których praca „Crisis in the Population Question" (1934) wywarła ogromny wpływ na prowadzenie polityki przymusowej sterylizacji w krajach zachodnich demokracji. W Polsce – na szczęście z mniejszą dozą radykalizmu – propagatorami eugeniki byli ludzie tak wybitni jak Ludwik Krzywicki, Tadeusz Boy-Żeleński czy Janusz Korczak.

Te „naukowe" teorie nie były oderwane od realnego życia. W 1896 roku w stanie Connecticut uchwalono zakaz zawierania małżeństw przez epileptyków i osoby upośledzone umysłowo, potem powiązany ze sterylizacją i rozszerzony na kolejne stany. W 1927 r. po procesie, w którym Emmę Buck i jej córkę Carrie uznano za upośledzone umysłowo (gdyż posiadały nieślubne dzieci), a lekarz orzekł, że u siedmiomiesięcznej córeczki Carrie widzi symptomy opóźnionego rozwoju, Sąd Najwyższy dopuścił w całych Stanach przymusową sterylizację osób „niepełnowartościowych społecznie". „Trzy pokolenia imbecyli to wystarczy" – uzasadniał tę decyzję sędzia Olivier Holmes.

I przez dziesiątki lat, aż do połowy XX wieku, tego typu podejście do osób „niedostosowanych" i „niepełnowartościowych" było silnie obecne nie tylko w debacie naukowej i publicznej, ale też w legislacji w kolejnych krajach Zachodu (m.in. w Szwajcarii, Szwecji, Norwegii, Finlandii, Danii, Kanadzie, Australii). Niektóre z tych „praw" przetrwały do lat 70. ubiegłego stulecia. Osoby, które wedle „naukowej" prawdy były „społecznie niedostosowane" (epileptycy, gruźlicy, mniejszości etniczne, niepełnosprawni umysłowo i fizycznie, więźniowie) były piętnowane publicznie, borykały się z utrudnieniami przy zawieraniu małżeństw, zdobywaniu pracy i wykształcenia, były też bez wyroku izolowane od społeczeństwa i przymusowo sterylizowane.

Dodajmy do tego bilansu ludobójstwa w Afryce dokonywane na przełomie XIX i XX w. przez Belgów oraz Niemców, które również było efektem „naukowego" podejścia do całych grup etnicznych oraz dopuszczenie do straszliwej klęski głodu w Irlandii i Indiach przez rząd brytyjski w imię praw naukowych: niezakłócania biologicznego „doboru naturalnego" oraz szkodliwych skutków ekonomicznych i demograficznych, gdyby ingerowano w działanie „niewidzialnej ręki rynku".

Wszystko, co napisałem powyżej, dotyczy elit krajów o najwyższym poziomie cywilizacyjnym, najlepiej wyedukowanych zachodnich społeczeństw, elit pewnych swojego „obiektywnego" i „naukowego" podejścia do rzeczywistości. Innymi słowy przedstawicieli SAP. W wersji trochę bardziej uproszczonej, trochę brutalniejszej i na bez porównania bardziej masową skalę poglądy takie zaowocowały ludobójstwem narodowego socjalizmu (który bardzo dbał o swoją naukową legitymizację) i „naukowego socjalizmu" na ogromnych połaciach Europy i Azji.

Ponieważ SAP dzieli rzeczywistość na naukową i nienaukową, dlatego trudno jest mu określić rasistowskie poglądy dominujące przez parę pokoleń na uniwersytetach jako nienaukowe. Mówi więc raczej o błędnych teoriach, które z czasem odrzucono oraz o niemożności dowiedzenia faktu, że nazizm był rezultatem scjentyzmu. Rzeczywiście, trudno wywieść konkretną tezę z faktu, że w 1905 roku w bibliotece uniwersyteckiej w Strasburgu znajdowało się 6000 książek poświęconych „naukowemu rasizmowi". Ale winno to budzić niepokój. Podobnie można uznać za zupełnie przypadkowy fakt, że książka brytyjskiego uczonego Hustona Chamberlaina, w której dowodził on, że historia Zachodu jest historią zmagań boskich arian z diabolicznymi Żydami, osiągnęła w Niemczech status bestsellera (na początku XX wieku sprzedano 250 tys. egz.) i stała się obowiązkową lekturą w protestanckich liceach (Chamberlain dowodził, że Chrystus był arianinem, natomiast Żydzi założyli Kościół katolicki). Ja jednak nie zgodziłbym się z twierdzeniem, że ponieważ nie istnieją badania dowodzące, iż pisarstwo Chamberlaina wsparło późniejszy sukces Adolfa Hitlera, to pogląd ten jest irracjonalny.

Wpływowe szachrajstwa

Uczynienie z nauki Absolutu i obiektu quasi-religijnego kultu, a więc przemienienie nauki w ideologię, miało daleko idące skutki. Ideologia bowiem, ofiarowując całościowe wyjaśnienie świata, nie toleruje rywali. Jest więc naturalnym wrogiem religii. Mechanicyzm przejęty z Newtonowskiego świata ciał niebieskich w XIX wieku rozciągnięto na całą rzeczywistość: fizyczną, botaniczną i zoologiczną oraz ludzką, co oznaczało determinizm oraz materializm w opisie rzeczywistości, a więc i ateizm. „Mając lat osiemnaście wierzyłem w to w co wówczas wierzyła większość ludzi zwanych wykształconymi. W całej jej rozciągłości uznałem za słuszną hipotezę monistyczną i mechanicystyczną; uwierzyłem, że ten świat stanowi nieubłagany łańcuch skutków i przyczyn, z którymi jutro, pojutrze, nauka wybornie da sobie radę" – opisywał koniec wieku XIX wybitny francuski poeta i dyplomata Paul Claudel – „wszyscy (rzekomo) wielcy ludzie owego kończącego się stulecia wyróżniali się swoją wrogością wobec Kościoła".

A ponieważ w całym XIX stuleciu nie było większego propagatora scjentyzmu i przeciwnika religii, zwłaszcza katolicyzmu, skutecznie łączącego w sobie postać mędrca, proroka i celebryty niż wspomniany Ernst Haeckel (będący „przy okazji" promotorem rasizmu oraz eugeniki), toteż – dla dobra nauki – wybaczano mu sporo od tejże nauki odstępstw. Stworzył on bowiem wiele erudycyjnych teorii opartych na manipulacji faktami, które – dzięki jego sławie – przez lata traktowano poważnie. Najważniejszą z nich była teoria rekapitulacji. Haeckel był przekonany, że w trakcie rozwoju embriony kręgowców rekapitulują wcześniejsze stadia rozwojowe. Tak więc ludzki zarodek miał ewoluować przez stadium ryby, jaszczurki, żółwia, kurczęcia i ssaków: świni, krowy oraz psa, aż do osiągnięcia stadium ludzkiego embrionu.

Pierwszą wersję rycin ilustrujących te poglądy opublikował Haeckel w 1866 roku i stały się one najsławniejszymi rysunkami w historii biologii, uznanymi za dowód powszechności praw ewolucji. Problem w tym, że ów „dowód" Haeckel stworzył na desce kreślarskiej.

Pod presją innych uczonych przyznał się on ostatecznie do sfałszowania rysunków – czynu, który powinien wyeliminować go z grona poważnych uczonych. Nie dotyczyło to jednak kogoś o sławie i pozycji Haeckla, który z coraz większą fantazją zaczął dopasowywać rysunki do swojej teorii. A ponieważ były one sugestywne i pasowały do światopoglądu większości naukowców, to przez ponad sto lat były przedrukowywane przez podręczniki biologii (czasem pojawiają się i dzisiaj), choć teoria rekapitulacji dawno już została odrzucona. Uczony ten nadal jest uznawany za pioniera postępu. W 1992 r. na cześć Ernesta Haeckla nazwano jedną z planetoid.

Przykładem innego wpływowego szachrajstwa są raporty „Seksualne zachowania mężczyzn" i „Seksualne zachowania kobiet", które w połowie XX w. opublikował Alfred Kinsey (profesor entomologii, zwolennik eugeniki i zdeklarowany ateista). Nikt nie kwestionuje, że szczegółowo (zadając ponad 500 pytań) przepytał on dużą grupę mężczyzn i kobiet (ponad 11 tys. osób) na temat ich doświadczeń seksualnych. I gdyby jego praca była raportem z badań nie byłoby w niej czego kwestionować. Ale raport ów utrzymywał nie tylko, że mówi o seksualności Amerykanów i Amerykanek (a grupa była głęboko niereprezentatywna. Było w niej bowiem prawie trzy razy więcej samotnych mężczyzn i tyleż samo razy więcej osób niewierzących, niż w wynosiła przeciętna), ale orzekał generalnie o życiu seksualnym wszystkich ludzi. I dlatego prace Kinseya należy zaliczyć do kategorii budowanej na nauce ideologii.

Kinsey badał wyłącznie ochotników, którzy sami chcieli opowiadać o swoich zachowaniach seksualnych. W dodatku część z nich dostawała gratyfikację, co mogło sprzyjać ubarwianiu ich zwierzeń (dotyczy to zwłaszcza licznej grupy męskich prostytutek). Ponadto aż jedna trzecia wszystkich badanych była skazana za przestępstwa seksualne, a 10 proc. męskiej próby badawczej stanowili bywalcy klubów gejowskich (w latach 40. dość nielicznych). Szczególnie bulwersujący był fakt, że źródłem informacji o zachowaniach erotycznych dzieci były relacje złożone przez dziewięciu pedofili. Najbardziej zwyrodniały z nich był podstawowym „naukowym" źródłem, bo – jak pisał współpracownik Kinseya – „miał naukowe zacięcie i robił szczegółowe zapiski z każdego takiego zdarzenia" przez 30 lat. Nic dziwnego, że raport Kinseya bardzo pozytywnie oceniał relacje seksualne dzieci z dorosłymi.

Z braku zgłaszających się małżeństw Kinsey jako „małżeństwo" liczył każdą relację mężczyzny i kobiety trwającą ponad rok (za „małżeństwa" uznał również relacje między prostytutkami i ich alfonsami), a niedoreprezentowanie osób z wyższym wykształceniem „nadrobił", uznając za absolwentów wyższych uczelni każdego, kto uczęszczał na jakikolwiek kurs akademicki. Dlatego współuczestniczący w programie tak wybitni naukowcy, jak Abraham Maslow od początku krytykowali sam fundament badań, uważając, że ankietowanie wyłącznie ochotników prowadzi do wypaczenia rezultatów. Kinsey wolał jednak zerwać współpracę z Maslowem, niż zmienić metodę. Już po opublikowaniu raportu słynny matematyk John Tukey, analizując metody Kinseya, orzekł, iż „losowy wybór trzech osób byłby bardziej reprezentatywny niż grupa 300 osób wybranych przez p. Kinseya", a najwybitniejsi statystycy przygotowali dla Amerykańskiego Stowarzyszenia Statystycznego druzgoczący raport, dowodząc, że praca Kinseya nie spełnia naukowych kryteriów.

Wydawałoby się, że sprawa jest oczywista. Dla SAP jednak ważniejsze było wyzwolenie ludzkości z „nienaukowego" podejścia do seksu i „irracjonalnych" seksualnych tabu. Raport – nagłośniony przez media – miał potężny wpływ na kształtowanie nie tylko wyobraźni i obyczajowości mieszkańców Zachodu, ale także na kształt programów szkolnych oraz legislacji. „Kinsey to jeden z najwybitniejszych pionierów seksuologii – ocenia prof. Lew-Starowicz – był on pierwszym, który przeprowadził wielkie empiryczne badania na temat seksu i uzyskał konkretne, dość szokujące wyniki. Jego prace wywołały przełom w mentalności i przyczyniły się do późniejszej rewolucji seksualnej". A prof. Zbigniew Izdebski dodaje: „Kinsey jako pierwszy udowodnił sprzeczność zasad moralnych z rzeczywistymi zachowaniami człowieka, a szczególnie kobiet". Zwróćmy uwagę na słowo „udowodnił". „Udowodnione" równa się „bezdyskusyjne".

Ideologia kontra religia

Dlaczego oczywiste, zdemaskowane publicznie szalbierstwa nie zostały odrzucone, a naukowcy napiętnowani? Odpowiedź zawarta jest w dychotomii: naukowe – nienaukowe, racjonalne – nieracjonalne.

Ponieważ Haeckel i Kinsey (rzecz dotyczy również rzeszy mniej uznanych uczonych) walczyli z tym co „nienaukowe" i „irracjonalne", więc stali po stronie nauki i racjonalności. I ponieważ podważali „tradycyjne" nienaukowe normy etyczne oraz osłabiali siłę religijnego irracjonalizmu, więc ich zasługi pokrywają niewielkie warsztatowe niedomagania (słowo „oszustwo" byłoby nie na miejscu). Tak rodzi się dwójmyślenie wyznawców scjentyzmu. Całą sferę religii spycha się w przestrzeń tego, co „nienaukowe" i „irracjonalne". Nie warto z nią podejmować żadnego dialogu. „Wierzącym powiada się, że ich język jest wewnętrznie niezrozumiały i że oni sami nie potrafią go zrozumieć" – opisywał ten proces Leszek Kołakowski. I wyjaśniał: „Dzieje się tak dlatego, że ich język zawodzi wobec reguł zrozumiałości narzuconych filozoficzną ideologią, której głównym zadaniem jest takie ukształtowanie owych reguł, by język religijny wykluczyć z tego, co zrozumiałe".

To wykluczenie obejmuje nie tylko religię, która spada co najwyżej do rangi „uczuć religijnych". Także etyka i cały świat wartości, jako że nie są „racjonalne" w „naukowy" sposób, stają się sferą subiektywnych odczuć. A przecież elementarny zdrowy rozsądek podpowiada, że podział całej rzeczywistości na to co racjonalne (oparte na zasadach logiki lub weryfikowalne empirycznie) oraz to, co jest pozbawione racjonalności (irracjonalne) jest niemądre. Istnieją przecież ogromne obszary doświadczenia ludzkiego, które wymykają się takiej dychotomii. Wszystko, co dotyczy miłości i wiary oraz dobra i piękna nie da się zamknąć w logicznych wynikach i nie poddaje się eksperymentom. Owszem, miłość zawsze powinna być rozumna, powinienem też umieć ukazać racjonalne przesłanki swej wiary, a także logicznie argumentować, dlaczego daną rzecz uważam za dobrą lub piękną. Ale i wiara, i miłość, i dobro, i piękno przekraczają kategorię racjonalności – muszą być rozumne, ale są ponadracjonalne.

Przez całą starożytność najwybitniejsze umysły dowodziły, że ludzie są z natury nierówni. To dzięki chrześcijaństwu zaczął się rozprzestrzeniać ideał równej godności wszystkich ludzi. Dziś jest to dla ludzi Zachodu oczywistością. Ale faktu równości wszystkich ludzi nie dowiedzie się przez czysto logiczne wynikanie, a nauka nigdy nie skonstruuje przyrządu, który mierzyłby wartość godności. Czy zatem ów pogląd o równości jest irracjonalny, a więc niebezpieczny?

Dodajmy do tego, że umysł SAP od blisko 300 lat poddany jest kulturowemu „praniu mózgów" i szczerze wierzy, że nauka po antycznym okresie rozwoju została w „wiekach ciemnych" stłumiona aż do odrodzenia, że religia jest źródłem nietolerancji i przemocy, że prawa człowieka wymyśliła rewolucja francuska, uniwersytety powstawały w walce z Kościołem, a nauka nowożytna rozkwitła dzięki uwolnieniu rozumu z okowów dogmatów, a Kościół przez wieki nauczał, że Ziemia jest płaska, czy też zakazywał sekcji zwłok. Wystarczy do tego dodać współczesne fakty: nagłośnione przez media przypadki – często niestety prawdziwe – hipokryzji kleru, czy – takoż częstokroć prawdziwe – przypadki magicznego podejścia do chrześcijaństwa, by umysł SAP był doskonale zaimpregnowany na otwarcie się w kierunku wiary i Kościoła.

Sporo dało mi do myślenia, gdy w ramach polemik zaatakowano mnie za krytykę scjentystycznego poglądu, który przytoczyłem za wybitnym filozofem nauki z XX wieku Hansem Reichenbachem: „Wiara, że nauka ma odpowiedzieć na każde pytanie, że gdy się potrzebuje pomocy technicznej, gdy jest się chorym lub przeżywa się jakieś problemy natury psychologicznej wystarczy zwrócić się do naukowca, a otrzyma się odpowiedź – jest tak rozpowszechniona, że nauka przejęła funkcję dostarczania poczucia bezpieczeństwa. Wiara w naukę zastąpiła w znacznej mierze wiarę w Boga".

Wydawałoby się, że wiara w naukę jako Boga jest oczywistym nadużyciem obu pojęć, że wiara, iż nauka odpowie na każde pytanie człowieka jest wiarą naiwną i nienaukową. Dopiero potem zrozumiałem, że wedle SAP Bóg to byt, który jest odpowiedzią na ludzką bezradność, niewiedzę oraz lęki wypełniający luki aktualnej wiedzy, oferując zarazem komfort bezpieczeństwa. Innymi słowy, co powtarzałem moim niewierzącym przyjaciołom: „gdybym wierzył w takiego Boga, w jakiego ty wierzysz, to też bym nie wierzył".

Dla człowieka wierzącego bowiem, jak mówi Katechizm Kościoła katolickiego – „Bóg przewyższa wszelkie stworzenia. Trzeba zatem nieustannie oczyszczać nasz język z tego, co ograniczone, obrazowe i niedoskonałe, by nie pomieszać niewypowiedzianego, niepojętego, niewidzialnego i nieuchwytnego Boga z naszymi ludzkimi sposobami wyrażania. Trzeba bowiem pamiętać, że gdy wskazujemy na podobieństwo między Stwórcą i stworzeniem, to zawsze niepodobieństwo między nimi jest jeszcze większe, i że mówiąc o Bogu, nie możemy określić, kim On jest, ale wyłącznie kim nie jest".

Bóg jest zatem bytem przekraczającym wszystkie nasze kategorie pojmowania, a traktowanie go jako „zapełniacza luk" jest podejściem magicznym, które jest głęboko sprzeczne z chrześcijaństwem.

Natomiast nauka, wielkie i wspaniałe osiągnięcie ludzkiego umysłu, to systematycznie gromadzony i poszerzany zasób wiedzy, który opisuje zjawiska, dąży do wyjaśniania ich przyczyn, powiązań i praw nimi rządzących, poddając swoje twierdzenia metodycznej kontroli poprzez weryfikowanie ustalonych wyników.

Dla wierzącego katolika pomiędzy wiarą w Boga a wiarą w cokolwiek innego istnieje przepaść. Dla człowieka niewierzącego sprawa wygląda inaczej. Nauka jest racjonalną metodą rozwiązywania ludzkich problemów, natomiast Bóg jest nienaukowym i irracjonalnym wypełniaczem niezaspokojonych ludzkich potrzeb. Zwięźle ujął to brytyjski biolog (scjentysta i zwolennik eugeniki) Julian Huxley: „Wszechświat może żyć, pracować, planować, w końcu stworzył Boga w umyśle człowieka". A w bardziej naukowej formie wyraził to manifest wybitnych matematyków, logików i fizyków, którzy utworzyli w latach 20. XX w. tzw. Koło Wiedeńskie. Z pogardą odrzucali „metafizyczne manowce", albowiem „światopogląd naukowy nie zna nierozwiązywalnych zagadek", gdyż „człowiekowi dostępne jest wszystko; człowiek jest miarą wszechrzeczy".

Ta apodyktyczność wydawanych sądów, pewność posiadania absolutnej, naukowej prawdy, która dominowała w nauce przez blisko dwa stulecia, na początku ubiegłego wieku zaczęła się walić, aż w końcu legła w gruzach. Powstanie mechaniki kwantowej i teorii względności rozsadziło świat naiwnego determinizmu i materializmu. Co więcej, Kurt Goedel, austriacki logik i matematyk, pokazał, że na gruncie matematyki istnieją granice poznania, a Werner Heisenberg, jeden z twórców mechaniki kwantowej, dowiódł tego samego na gruncie fizyki. Sama nauka uruchomiła więc proces erozji pychy, pewności siebie i niezachwianego optymizmu, które cechowały scjentyzm.

Dostrzeżono też limity metody naukowej. Nawet tak wybitny człowiek jak znakomity logik, zwolennik eugeniki, apostoł ateizmu i laureat literackiej Nagrody Nobla za książkę promującą swobodę seksualną, Bertrand Russell, który poświęcił swoje życie na stworzenie naukowej etyki uznał, że jest to nieosiągalne: „Uważamy, że człowiek, który przyczynia się do dobra ogółu, płacąc za to własnym cierpieniem, jest lepszym człowiekiem od tego, kto uszczęśliwiając siebie, jest sprawcą nieszczęścia innych – pisał ów matematyk i filozof – Nie znam żadnych racjonalnych podstaw dla tego poglądu, a być może i dla poglądu nieco bardziej racjonalnego, że to, czego żąda większość, jest bardziej pożądane od tego, czego chce mniejszość. Co prawda, są to problemy etyczne, ale nie znam żadnej innej drogi poza polityką albo wojną, na której mogłyby one zostać rozwiązane. Wszystko, co mogę na ten temat powiedzieć, to tyle, iż opinii w etyce można bronić przez odwołanie się do aksjomatu etycznego (niewzruszonego przedzałożenia, absolutu – M.Z.) Jeśli jednak nie uzna się tego aksjomatu, to nie istnieje żadna droga dojścia do racjonalnego wniosku".

Te ograniczenia dotyczą nie tylko etyki. Cały świat dobra i piękna, wiary oraz miłości, choć winien mieć rozumny charakter, nie poddaje się metodom naukowym i ściśle racjonalnej analizie. Jak ujął to jeden z twórców mechaniki kwantowej Erwin Schroedinger we wstępie do swojej książki: „Drogi czytelniku, lub – jeszcze lepiej – droga czytelniczko: przypomnij sobie jasne, promienne, pełne radości oczy twego dziecka... Niech ci potem fizycy powiedzą, że w obiektywnej rzeczywistości nic nie emanuje z tych oczu... W »rzeczywistości«. Co za straszna rzeczywistość. Wydaje się, że zginęło w niej coś ważnego".

To, co wiele lat temu stało się oczywistością dla przedstawicieli nauk ścisłych, nie jest jednak tak oczywiste dla SAP, a rzeczywistość nie skłania go do rewizji poglądów. A jednak jego światopogląd jest anachronizmem. Jego wizja historii, a stąd i współczesności, jest skrajnie nieprawdziwa, nasycona kłamliwymi kliszami sprzed 200–300 lat.

Przed blisko stu laty twórca elektrodynamiki kwantowej Paul Dirac konstatował fakt destrukcji naiwnego, zdroworozsądkowego opisu świata: „Coraz bardziej w ostatnich czasach staje się jasne, że Natura działa według całkiem innego planu, niż przypuszczano dawniej".

Dlatego wobec naukowego obnażenia nienaukowości scjentyzmu przez „królową nauk" ostatnich stuleci, fizykę, scjentyści XXI w. próbują swój mechanicyzm i determinizm przerzucić na inne nauki: genetykę, nauki o mózgu oraz nauki społeczne. Nie mają one bowiem tak rozbudowanego mechanizmu weryfikacji i falsyfikacji jak nauki ścisłe. Pozostaje mieć nadzieję, że skoro materia nieożywiona przełamała większość kategorii naszego poznania, to tym bardziej nie powinno się udać włożenie w dziewiętnastowieczny gorset znacznie bardziej złożonych struktur.

Niewidzialna ręka ludzkiego zachowania

Celem tego skrótowego przedstawienia ideologii narosłej na nauce nie jest piętnowanie czy tropienie winnych, odpowiedzialnych za kształt minionych dziejów. Jednakże doświadczenie XIX i XX stulecia, w zbyt okrutny sposób, by je zignorować, zmusza do rozważenia tezy, że gdy poszukiwanie prawdy zamieni się w przekonanie o jej posiadaniu, a więc pycha zastąpi pokorę wobec rzeczywistości, jeśli nauka przestanie pamiętać o granicach zakresu rzeczywistości, który opisuje, to przeobraża się w groźną ideologię.

Jestem bowiem przekonany, że gdyby w XIX wieku nie zaistniało mające niewiele wspólnego z nauką zjawisko „scjentystycznego rezonansu", gdyby powszechnie nie posiadano pewności dotarcia do absolutnej prawdy, gdyby nie uważano, że nauka jest jedynym kryterium organizacji życia społecznego (co precyzyjnie ujęło motto Wystawy Światowej w Chicago w 1933 roku: „Science Finds – Industry Applies – Man Adapts", a więc: Nauka odkrywa – Przemysł stosuje – Człowiek dostosowuje się), to historia najbardziej krwawego stulecia w dziejach ludzkich wyglądałaby zgoła inaczej.

Warto o tym myśleć, aby z przeszłości móc wyciągnąć wnioski. Scjentyzm bowiem nadal odgrywa istotną rolę na kulturowej mapie całego Zachodu. Jego mity i stereotypy wciąż – w znacznym stopniu – kształtują zachodnią mentalność. Pewność posiadanej prawdy i przekraczanie granic swojej dyscypliny przez naukowców nie są zamierzchłą przeszłością.

Oprócz wspomnianych nauk o mózgu i genetyki ich podłożem bywają dziś nauki społeczne z ekonomią na czele. Filozofia „niewidzialnej ręki" nie tylko wciąż dominuje na uczelniach Zachodu, ale dokonuje podboju kolejnych obszarów życia społecznego. Nie powinno to dziwić. Etykę i religię scjentyzm zepchnął w sferę subiektywnych odczuć. Nawet giełdowy magnat George Soros począł bić na alarm: „Na przestrzeni historii ludzie oczywiście ubolewali nad upadkiem moralności, dziś jednak w grę wchodzi inny czynnik, który sprawia, że obecna sytuacja jest inna niż w dawnych czasach. Chodzi o szeroko rozpowszechnione wartości rynkowe. Przeniknęły one do tych obszarów społeczeństwa, które kiedyś znajdowały się pod wpływem czynników pozarynkowych. Rozumiem przez to stosunki osobiste, polityczne i zawody takie jak prawo czy medycyna".

Również w biologii, przynajmniej od czasu powstania prac wojującego ateisty i zwolennika eugeniki Richarda Dawkinsa, który rozwinął koncepcję samolubnego genu, aksjomatem jest materializm i determinizm. „Jeśli angażuję się w jakąkolwiek formę współpracy z kimś (zwłaszcza ekonomicznej), albo w walkę konkurencyjną w zawodzie, albo w zaloty, albo w obronę przed kradzieżą, albo w opiekę nad swym potomstwem, albo w wysiłki o podniesienie swej pozycji na drabince zarobków, władzy lub prestiżu – to każde z takich działań da się zinterpretować jako sprzyjające memu powodzeniu rozrodczemu" – pisał profesor biologii Bogusław Pawłowski.

Podobnie pewnych posiadania absolutnej prawdy o genezie ludzkich zachowań jest wielu socjologów ewolucyjnych: „Wiele aspektów ludzkiej działalności wydaje się wyjątkowych: sztuka, wynalazczość, nauka. Wszystkie wydają się rezultatem wolnej woli. Wszystkie one znajdują jednak ewolucyjne uzasadnienie. Każda z nich, bez wyjątku ma ukryty sens i przyczynia się do naszego reprodukcyjnego sukcesu" – twierdzi Tomasz Kozłowski, doktor socjologii.

Takie poglądy są dzisiaj głoszone na uczelniach całego Zachodu, choć są jedynie arbitralnym wciśnięciem biologii i socjologii w gorset prostackiej filozofii materialistycznej i niewiele mają wspólnego z nauką. To kolejna, dziś popularna, mutacja „scjentystycznego rezonansu": idea Newtona, skopiowana do świata ekonomii zostaje przeniesiona na świat ludzkich społeczeństw jako „niewidzialna ręka ludzkiego zachowania". Jej główna teza brzmi: współczesna nauka udowodniła, że wszystkimi ludzkimi zachowaniami kieruje egoizm.

Jako że teza ta jest z definicji nieweryfikowalna, będąca wnioskiem z apodyktycznie przyjętych założeń i obejmująca wszystkie ludzkie zachowania, to można ją dowolnie stosować. Przecież jeżeli dzięki nauce z góry wiadomo, że motywacją wszystkich działań van Gogha, Norwida czy Vivaldiego był sukces ekonomiczny i reprodukcyjny, to należy tylko odpowiednio zinterpretować ich poczynania. Również piszący te słowa nolens volens dąży w ten sposób do reprodukcyjnego sukcesu. A jeżeli tego nie czyni, to natura słusznie wyrzuci jego geny na śmietnik historii.

To tylko z pozoru brzmi śmiesznie. Te groteskowe koncepcje powielane na uczelniach i w mediach całego Zachodu stają się częścią samowiedzy kolejnych generacji SAP. I jest to dość powszechnie wyznawana w XXI stuleciu kolejna mutacja scjentyzmu. A rzeczą drugorzędną jest to, na jakiej nauce nadbudowany jest scjentyzm. Zawsze będzie on ideologią. A to znaczy, że świat budowany wedle jego zasad zawsze będzie światem nieludzkim.

Ojciec Maciej Zięba jest fizykiem, teologiem i filozofem. W latach 1973–1981 był związany z opozycją demokratyczną. W 1981 r. wstąpił do zakonu. W latach 1998–2006 był prowincjałem Polskiej Prowincji Dominikanów. W 1995 r. założył Instytut Tertio Millennio

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA