fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Siatkówka

Jakub Bednaruk: Trzeba grać

Jakub Bednaruk
shutterstock
Trener MKS Będzin Jakub Bednaruk o przygotowaniach, sezonie pod znakiem koronawirusa i największych transferach w PlusLidze.

Zdrowie dopisuje?

Rozumiem, że chodzi o koronawirusa? U nas nie było żadnych problemów. Zdarzały się oczywiście kontuzje, ale na szczęście nie było żadnego problemu z COVID-19.

Były zakażenia w Treflu Gdańsk i Aluronie Virtu Zawiercie. Trener Michał Mieszko Gogol mówił, że zapewne jego zespół "przywiózł" wirusa w lutym z Włoch.

Ja mam przeczucie i to graniczące z pewnością, że przeszliśmy to samo w styczniu. Jako sportowcy, nie zwracamy na ogół uwagi na problemy grypowe, po prostu przechodzimy to i gramy. Na przełomie stycznia i lutego, dwóch czy trzech chłopaków w mojej drużynie miało po 40 stopni gorączki, a jeden członek sztabu wylądował na izbie przyjęć. Jeden z kolei stracił smak. Nie podnosiliśmy alarmu, bo jako sportowcy nie mamy takiego zwyczaju. W tygodniu jesteś zainfekowany, ale około środy wstajesz z łóżka, i w weekend grasz dalej.

Przed startem sezonu były wakacje, mniejsza ostrożność, więcej wyjazdów i spotkań.

Zaczęliśmy przygotowania 1 lipca, po raz pierwszy tak się zdarzyło. Nie mogliśmy się doczekać treningów. Dla nas wakacje niekoniecznie są latem, ale wtedy, kiedy nie gramy. Ostatnio jechaliśmy na mecz w Boże Narodzenie. To jest życie sportowca. Musieliśmy przerwać poprzedni sezon przedwcześnie i nie możemy się doczekać, kiedy znów wyjdziemy na parkiet.

W jakiej formie wrócili zawodnicy?

Był problem, bo siłownie były pozamykane, a w pewnym momencie nie można było nawet wejść do lasu pobiegać. Nie wszystko da się zrobić w domu. Nie da się trenować bicepsów, biorąc do jednej ręki kilogram cukru, a do drugiej kilogram soli. Wszyscy o siebie dbali, ale wiadomo, że jak lodówka jest blisko, to kusi, żeby ją otworzyć. Kilku moich zawodników przyjechało jednak znakomicie przygotowanych. Jeśli ktoś chciał i o siebie dbał, to dał radę

A jeśli nie dbał?

To było wszystko widać na pierwszym ważeniu. Wystarczyło ściągnięcie koszulki, bieganie. Byli zawodnicy, którzy sobie pofolgowali, ale ciężką pracą wrócili do formy.

Były rozmowy wychowawcze?

Pomidor.

Zmienialiście przygotowania? Trener PGE Skry chciał grać jak najwięcej sparingów.

Zrealizowaliśmy praktycznie wszystko, co sobie zaplanowaliśmy. Olsztyn zaczął treningi jeszcze w czerwcu. Trzeba było po prostu dłużej posiedzieć w sali. Trochę oddechu złapali kadrowicze, bo niektórzy przez 10 lat nie mieli tyle wolnego. Trochę dłużej wchodziliśmy w treningi. Przez dwa tygodnie w ogóle nie skakaliśmy. Ćwiczyliśmy w siłowni, biegaliśmy, wykonywaliśmy ćwiczenia techniczno-taktyczne, żeby nie narazić się na kontuzje.

Jak z nawykami, pamięcią mięśniową?

Dwa tygodnie były po to, żeby dużo piłki dotykać, wystawiać. W domu ciężko skakać, jeśli się ma dwa metry wzrostu. Bałem się pierwszych ataków, ale po to ich wprowadzaliśmy przez dwa tygodnie, żeby było dobrze.

Graliście w cyklu plażowym. Jak pan to ocenia?

Byliśmy w Krakowie, w play off w Gdańsku, gdzie niestety przegraliśmy z Katowicami. Chcieliśmy, żeby kibice przywitali się z zawodnikami po dłuższej przerwie, dlatego wystawiliśmy najlepszy skład. Fani pojechali za nami do Gdańska. Turnieje były po to, żeby powiedzieć im "cześć", chociaż na odległość.

Korzyści szkoleniowe?

Nie chodziło o to. Chodziło, żeby Polsat przypomniał ludziom o siatkówce. Mogliśmy się spotkać z kolegami, to daje dużo korzyści psychologicznych. Może to będzie w przyszłości, w trochę innej formule? Od 20 lat wszyscy zaczynają przygotowania od skakania na plaży, która jest lepsza dla kości i stawów niż parkiet. Warto taki turniej robić na samym początku przygotowań. Podkreślam, że atmosfera była fantastyczna i mogliśmy "wyczyścić" swoje głowy.

Rynek transferowy był trudniejszy niż zazwyczaj?

Spodziewałem się większych problemów. Obawiałem się ucieczki sponsorów, bo jak jest problem, to tnie się wydatki na sport i kulturę. Od nas musiał odejść jeden wieloletni sponsor. Inne kluby tego nie odczuły.

Ciągle do wzięcia są znani zawodnicy, jak Julien Lyneel, Denis Kaliberda.

Każdą sytuację trzeba rozpatrywać oddzielnie. Lyneel się leczył i pewnie będzie czekał na dobrą ofertę. Gwiazdy, które grały bez kontuzji, podpisały umowy. Jak ktoś chciał wynegocjować lepsze warunki, to czekał. Rynek weryfikuje te oczekiwania i na koniec trzeba wziąć ofertę sprzed dwóch miesięcy. Takie przypadki są nawet bez epidemii koronawirusa.

Skoro o wirusie mowa. Jest plan, żeby wyznaczyć 14 podstawowych zawodników. Jeśli ośmiu z nich będzie zdrowych, to trzeba grać. To dobry pomysł?

Ósemka to i tak za dużo. Wystarczy sześciu do gry, bo trzeba przede wszystkim grać. Od 27 lat jestem w siatkówce i przechodziliśmy takie grypy, że sześciu miało po 40 stopni gorączki. W środę się jednak człowiek otrzepywał, wstawał i grał w sobotę.  Sportowcy się raczej nie boją powikłań, chociaż w Gdańsku chyba jeden człowiek ciężej to wszystko przeszedł. Trzeba się liczyć z tym, że co roku ktoś przyniesie wirusa w sezonie grypowym. Mamy dzieci, które chodzą do szkoły, przedszkola.

Pomówmy o faworytach. Najmocniejsza wydaje się ZAKSA?

Ma jeden ważny argument: utrzymują trzon drużyny od kilku lat, a to udaje się nielicznym. To było widać na meczach. Rzeszów jest zbudowany od nowa, Bełchatów może nie aż tak bardzo. ZAKSA o czwartej rano wie, co ma robić na boisku. Utrzymanie takiego składu to duża umiejętność, bo oferty dla Benjamina Toniuttiego, Aleksandra Śliwki czy Kamila Semeniuka na pewno były.

Do Skry trafił Tyler Sander. 

Trzy największe transfery w polskiej siatkówce to: Katarzyna Skorupa w Radomce, Mariusz Wlazły w Gdańsku i Sander w Bełchatowie, ale nie oszukujmy się: jakby Sander był zdrowy, to by nie przyszedł do Polski. Nie jesteśmy w stanie przebijać ofert z Rosji czy Włoch. Skra podjęła ryzyko i może się jej to opłaci.

Wlazły? Starych drzew się nie przesadza?

Widziałem statystyki ze sparingu z Bydgoszczą. Był najlepszy na boisku, grał cały mecz. To jest taki typ jak Tomasz Adamek czy Justyna Kowalczyk. Jak będzie chciał i będzie miał frajdę, to niech gra do 50-ki.  Mariusz Wlazły to jest bez wątpienia największa gwiazda ligowej siatkówki w jej historii.

 

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA