Rzecz o prawie

Prof. UJ Andrzej Bryk: Rasa – otwarta rana Ameryki

123RF, William Perugini
Sto pięćdziesiąt lat temu w 1866 r. Kongres amerykański uchwalił ustawę o prawach obywatelskich - pisze prof. UJ Andrzej Bryk.

Jej intencją była ochrona głównie Murzynów po wojnie secesyjnej i likwidacja niewolnictwa, tymczasem problem rasowy nadal dzieli Amerykę. Zaostrzył się przy końcu kadencji pierwszego afroamerykańskiego prezydenta USA Baracka Obamy, który obiecywał, że zjednoczy kraj, zasypując ostatecznie podziały rasowe. Seria śmiertelnych postrzeleń czarnych przez policję wywołała falę protestów. Sytuację podsycili politycy i media, oskarżając policję, co z kolei wywołało jej cichy bunt.

Konstytucja z 1787 r. uznała niewolnictwo za legalne. Przezorniejsi zdawali sobie sprawę z możliwych konsekwencji. Jefferson bał się, że problem eksploduje „nocną łuną płomieni". Po wojnie domowej 1861–65 nadano Murzynom wolność i równe prawa ustawą 1866 r. oraz czternastą poprawką z 1868 r. Nie zapobiegło to segregacji prawnej na Południu ani segregacji faktycznej i rasizmowi na Północy w następstwie migracji Murzynów pod koniec XIX w. Segregacja została zniesiona dopiero decyzją Sądu Najwyższego z 1954 r. Rozpoczął się potężny ruch praw obywatelskich z ustawami o prawach obywatelskich z 1965 r. i równych prawach wyborczych z 1965 r. Dekady wdrażania planów naprawczych wynikłych z poczucia winy i nadziei na włączenie czarnej ludności w „normalność" amerykańską nie ziściły się jednak. Program tzw. akcji afirmatywnej faworyzujący czarne okręgi wyborcze, wydane biliony dolarów, poprawność polityczna czy potężna biurokracja federalna do spraw równości przyniosły dwuznaczne skutki.

Mentalny rasizm w miarę szybko przezwyciężono, lecz błędy polityki federalnej potwierdziły słuszność przysłowia o piekle wybrukowanym dobrymi chęciami.

Dziś wystarczy iskra, by dały o sobie znać frustracje i radykalne inicjatywy, jak ruch Black Lives Matter (BLM). Chcą „zakończenia wojny z czarnymi" i żądają reparacji za niewolnictwo, „rozbicia narzuconej przez Zachód tradycyjnej rodziny", wzmocnienia „sieci popierającej (kulturę) homoseksualną" czy „rozmontowania heteroseksualnego przywileju" białych. Równouprawnienie wymaga zatem totalnej rewolucji kulturowej. Medialna i akademicka liberalna lewica nie traktuje jednak BLM jak ekstremalnego ruchu, lecz jak dziedzica ruchu praw obywatelskich, z dotacjami wielkich fundacji. Przeciwnicy twierdzą, że przyczyną kryzysu rasowego jest ideologia inżynierii społecznej traktująca czarnych jako infantylnych podopiecznych. Idzie nie tyle o biedę , ta jest znaczna w Ameryce, ile o specyficzny rodzaj patologii charakteryzujący jedynie mniejszość murzyńską (ok. 12 proc.) i Indian.

Dlaczego tak gorzkie są efekty gigantycznego wysiłku włożonego w naprawienie stosunków rasowych? To długa historia. Ameryka oscyluje między idealizmem a zniechęceniem, jakie wywołują getta murzyńskie, rozbite rodziny, nieślubne dzieci pozbawione ojców, kultura morderstw, gwałtów i narkotyków, nieproporcjonalna liczba czarnych w więzieniach, eugeniczne abortowanie biednych murzyńskich dzieci i pilnująca własnego interesu biurokracja nadzorująca prawa obywatelskie.

Z kolei liberalna lewica oddaje się politycznej poprawności, która daje jej poczucie moralnej wyższości nad „rasistowskim motłochem". W efekcie problem rasowy zostaje przeniesiony z kategorii problemu społecznego do kategorii ideologicznego sloganu, organizującego front walki „postępowych" z „reakcją".

Problem rasowy stał się w USA narzędziem mobilizacji politycznej w wojnie o kulturę. Kiedy Hilary Clinton określiła połowę elektoratu Trumpa jako „rasistów, seksistów, homofobów, ksenofobów, islamofobów nieuleczalnych", to jej celem nie było zdefiniowanie rzeczywistości. Chciała przedstawić politycznego przeciwnika jako wroga złego moralnie, którego należy zniszczyć, a nie przekonać. Epitet „rasistowski" stał się określeniem moralnych „grzeszników" odchodzących od postępowej ortodoksji, posiadających fałszywą świadomość bądź świadomych złoczyńców.

Rasizm, ten bez wątpienia grzech pierworodny Ameryki, nie pozwala wyjść z zaklętego kręgu niemożności. Raport liberalnej Anti Defamation League ocenia, że liczba zwolenników białej supremacji wynosi od 40 tys. do 100 tys. To śladowa część populacji (0,03 proc.), co potwierdza, że rasizm przestał być istotnym problemem społecznym. Niemniej język rasizmu staje się językiem mistyki rewolucyjnej liberalnej lewicy, elementem przekształcenia społeczeństwa według zasad tożsamościowych „rasy, klasy, genderu", przy jednoczesnej degradacji społecznej Afroamerykanów. Marzenie o niedostrzegającej koloru skóry jednej Ameryce spełniło się tylko częściowo. Czarnoskórzy Amerykanie padli ofiarą nie tylko patologii niewyobrażalnych w czasach największej biedy klasycznego Harlemu, lecz także języka używającego pojęcia rasa jako narzędzia politycznej poprawności, niepozwalającego zdefiniować rzeczywistości. Dlaczego tak się stało, to temat na następną smutną opowieść.

Autor jest profesorem na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL