fbTrack

Rzecz o prawie

Sędzia Arkadiusz Krupa o swojej pasji do rysowania

123RF
Rozmowa | Arkadiusz Krupa, sędzia sądu rejonowego w Łobzie, rysownik

Rz: Czy w środowisku jest pan znany jako rysownik?

Arkadiusz Krupa: Część osób rzeczywiście mnie kojarzy. Kiedyś jeden skazany mimo dość surowego wyroku po rozprawie powiedział, że lubi moje rysunki. Zrobiło mi się miło, choć orzekam w małym sadzie w małym miasteczku. Tam sędziowie nie są anonimowi.

Skąd wzięło się u pana rysowanie?

Rysowałem od dziecka, jak każdy z nas. W liceum polonistka zaprowadziła mnie na lekcje do lokalnego artysty, ale akademickiego wykształcenia w tym kierunku nie mam. Można powiedzieć, że jestem samoukiem. Nas studiach miałem jeszcze czas na rysowanie, a potem już coraz mniej. Do rysowania wróciłem już po aplikacji, kiedy zostałem sędzią, w ramach odreagowania od pracy. Chciałbym rysować lepiej. Kreska jest darem od Boga i trzeba ją ćwiczyć. Rysunek z dymkiem w formacie A4 powstaje szybciej niż obraz na płótnie. Jest też wygodniej, bo można go narysować chociażby na szkoleniu. Z jednej strony moje rysunki są więc proste; z drugiej trudniejsze od tradycyjnych obrazów, bo trzeba mieć pomysł. Komentuję przecież w nich rzeczywistość. Cieszę się, że są drukowane w „Rzeczpospolitej", bo w internecie to nie to samo. Jestem przywiązany do papieru. Wcześniej publikowałem też w piśmie szczecińskich środowisk „In gremio".

Ale pana profil na FB jest popularny wśród internautów.

Rzeczywiście „Ślepym Okiem Temidy" polubiło kilka tysięcy osób, a każde zainteresowanie rysunkiem to dla mnie duża satysfakcja, ale papier to papier.

Skąd bierze pan pomysły?

Sędziowie mają rozwinięty zmysł obserwacji. Potrzebny jest jakiś szerszy kontekst. Podam może przykład – byłem niedawno na szkoleniu o mediacji. Omawiano na nim m.in. trójkąt satysfakcji, czyli to, by zaspokajać potrzeby mediujących na poziomie merytorycznym, proceduralnym i psychologicznym. A mnie od razu przyszedł do głowy rysunek: para idzie do sąsiada, by zbudować trójkąt satysfakcji. Na szkoleniach pomysły rodzą się więc samoistnie. Potem wręczam prowadzącemu mój rysunek.

A na sali rozpraw miewa pan pomysły na nowe rysunki?

Raczej nie. Rozprawa to wyłączenie się ze świata zewnętrznego. Ważą się przecież losy człowieka. Nie sposób pozwolić sobie na jakąś frywolność, gdy ocenia się, czy doszło do gwałtu czy nie. Choć oczywiście moje rysunki często nawiązują do sali rozpraw. Na szczęście większość odbiorców ma świadomość, że po prostu relacjonują rzeczywistość, nie wyrażają moich poglądów. Jak ten rysunek sędziego palącego skręta i mówiącego, że klauzula sumienia nie pozwala mu skazać za posiadanie narkotyków. A ja przecież nie potrafię się nawet zaciągnąć papierosem.

Ma pan swojego mistrza?

Tak. Jest nim niewątpliwie Amedeo Modigliani. Włoski malarz, rysownik i rzeźbiarz pochodzenia żydowskiego. Za życia nie sprzedał żadnego obrazu, życiorys miał za to bardzo ciekawy. Ważny jest też dla mnie Henri de Toulouse-Lautrec, znany najczęściej z portretowania kobiet występujących w paryskich kabaretach.

Czym jest dla pana rysowanie?

Robię to dla zabawy. Młodzi powiedzieliby: for fun. Ale to też forma odreagowania. W zawodzie sędziego nie jest jak u Bursy, że poeta cierpi za miliony od 10 do 13.20, a o 11.10, kiedy uwiera go pęcherz, wychodzi, rozpina i zapina rozporek, a potem znów cierpi za miliony. Kiedy wieczorem leżę w wannie, owszem, myślę, czy może coś narysuję, ale przede wszystkim analizuję, co się działo na rozprawie. Sędziowie nie mają superwizorów odciążających ich od pracy. Dzięki rysunkom nabieram dystansu do tego, co obserwuję na co dzień.

—rozmawiała Katarzyna Wójcik

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL