fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Do poszukiwań powinna wystarczyć zgoda właściciela terenu

123RF
Do prowadzenia poszukiwań powinna wystarczyć zgoda właściciela terenu. Znaleziska trzeba zgłaszać archeologowi – proponuje Igor Murawski.

Sprawa  złotego pociągu  nie tylko ukazała bezmiar ludzkiej naiwności, ale i uświadomiła wielu Polakom, że w kwestii skarbów nasz kraj bynajmniej nie jest kopciuszkiem. Może daleko nam do Peru z ich inkaskimi bogactwami czy Anglii z klejnotami Sasów i wikingów, ale swoje złote pociągi i bursztynowe komnaty też mamy. Dlaczego więc nasze muzea nie są zapełnione fantastycznymi skarbami, które przyciągałyby tłumy zwiedzających, jak choćby w Wielkiej Brytanii? Dlaczego odkryć, o których czasem słyszymy, dokonują  spacerowicze, wędkarze, grzybiarze, jednym słowem: wszyscy, tylko nie polscy poszukiwacze skarbów, o których ostatnio tak głośno.

Pozornie proste poszukiwania

Poszukiwanie ukrytych w Polsce skarbów jest pozornie sprawą prostą – mamy przepisy, które pozwalają Janowi Kowalskiemu przeistoczyć się chwilowo w Indianę Jonesa. Pozornie, bo pierwszą poważną przeszkodą jest brak precyzyjnej definicji zabytku.

Nie mamy ustaleń czasowych ani finansowych, choć wydawałyby się najsensowniejsze. Zamiast tego ustawa o ochronie i opiece nad zabytkami opisuje, że zabytkiem może być „nieruchomość lub rzecz ruchoma, ich części lub zespoły będące dziełem człowieka lub związane z jego działalnością i stanowiące świadectwo minionej epoki bądź zdarzenia, których zachowanie leży w interesie społecznym ze względu na posiadaną wartość historyczną, artystyczną lub naukową". Czyli wszystko i nic, w zależności od interpretacji.

Pozwolenia na poszukiwania wydaje wojewódzki konserwator zabytków. W niektórych województwach uzyskanie takiego pozwolenia jest prawie bezbolesne, w innych wręcz niemożliwe. Choć miło nam się czyta o złotych pociągach i skrzyniach skarbów w tajemniczych tunelach, musimy sobie zdać sprawę, że na nieco mityczne kilkadziesiąt tysięcy tylko kilkadziesiąt osób możemy nazwać poszukiwaczami  konkretnych (choć może nieistniejących) skarbów. Pozostali to raczej tzw. detektoryści. Używają wykrywaczy metali hobbystycznie, owszem, czasem trafiają na skarby i różnego rodzaju depozyty, ale najczęściej przypadkowo, podczas poszukiwań monet, drobnej biżuterii i innych metalowych przedmiotów  gubionych przez wieki. Wystąpienie o zgodę konserwatora wojewódzkiego poszukiwacza skarbów ma jakiś sens – w grę wchodzi zwykle konkretny obszar poszukiwań, przewidywane mogą być długotrwałe prace ziemne itd. – ale jeśli chodzi o detektorystów, przepisy nijak się mają do rzeczywistości.

Detektorysta działa intuicyjnie i szybko, a więc zwykle nie wie, na jakim kawałku pola zakończy swój dzienny rekonesans i siłą rzeczy zwykle niemożliwe jest określenie terenu takiej eksploracji. Nawet gdyby uzyskał pozwolenie na dany obszar, to za dwa dni może chcieć się przenieść w zupełnie inny rejon, słysząc np. o starej karczmie na rozstaju dróg w drugim powiecie czy zapomnianym targowisku, na których kiedyś gromadzili się ludzie, a więc z pewnością będzie można coś znaleźć. Pozwolenie, którego bynajmniej nie da się uzyskać od ręki i nie jest darmowe, w tej sytuacji nie ma  sensu.

Bez pozwolenia, bez nagrody

Nie jest też tajemnicą, że teoretycznie gwarantowane w ustawie nagrody wypłacane są uznaniowo i rzadko, a zgłoszenie się ze znaleziskiem może mieć niemiłe konsekwencje. Nie wszyscy wiedzą, że o odkrywcach  złotego pociągu  wojewódzki konserwator zawiadomił prokuraturę właśnie dlatego, że nie wystąpili do niego o zgodę na prowadzenie poszukiwań. Co ciekawe, konserwator wcale nie czekał na potwierdzenie tych odkryć, które na razie były najwyżej bardzo medialną plotką.

Kluczowy   jest tu zapis mówiący, że ewentualna nagroda zostanie wypłacona po spełnieniu przez odkrywcę odpowiednich warunków. Dla poszukiwań konkretnego skarbu jest to właśnie właściwa zgoda na prowadzenie takich poszukiwań, a dla znaleziska przypadkowego natychmiastowe powiadomienie konserwatora o odkryciu. Panowie odkrywcy nie skorzystali z fortelu grzybiarza czy wędkarza, więc automatycznie podpadają pod punkt pierwszy – nie było zgody, to nie ma nagrody. Z tą prokuraturą to zresztą dość sprytny manewr, ot tak, na wszelki wypadek, gdyby się okazało, że skarb jest znaczny i coś tam trzeba by wypłacić. Oczywiście do tego dochodzi potężny przekaz medialny, że niech tam sobie nikt nie myśli, że w Polsce na skarby można chodzić bez błogosławieństwa urzędnika państwowego.

Nauczka z Nowej Cerekwi

Kilkanaście lat temu, zafascynowany śladami kultury celtyckiej w Polsce, postanowiłem przyjrzeć się teoriom niemieckich naukowców, którzy sądzili, że celtycka osada w Nowej Cerekwi na Wyżynie Głubczyckiej, zbadana przez polskich archeologów i zaklasyfikowana jako dość typowa osada o charakterze rolniczym, była w rzeczywistości obwarowanym celtyckim miastem. Od ostatnich badań archeologicznych w latach 70., które zamknęły temat, osada była całkowicie zapomniana. Jak się później okazało, w tym czasie nie była nawet wpisana do rejestru stanowisk archeologicznych.

Choć mój rekonesans nie wykazał istnienia w tym rejonie żadnych umocnień, to w 2005 r. na zepchniętych na skraj pola i nieczynnego kamieniołomu powykopaliskowych hałdach ziemi znalazłem prawdziwy skarb – zespół unikalnych, przepięknych i tajemniczych celtyckich figurek z brązu oraz monety srebrne i złote. Jeśli takie przedmioty można znaleźć bez większych problemów w zepchniętej przez archeologów na bok górnej warstwie ziemi, to co dopiero musi się kryć na terenie właściwej osady?

Oczami wyobraźni widziałem kryjące się pod ziemią celtyckie skarby. Zdałem sobie sprawę, że polscy archeolodzy w latach 70. ominęli niezwykle ważne zabytki, zmieniające całkowicie charakter tego miejsca. W tym momencie popełniłem poważny błąd. Mieszkałem w Wielkiej Brytanii i zachowałem się tak, jak bym się zachował, dokonując takiego odkrycia na Wyspach: odszukałem najwybitniejszego archeologa – specjalistę od kultury celtyckiej w Polsce – i zgłosiłem mu odkrycie oraz przekazałem znalezione zabytki. (Złośliwcy mówią dziś, że moim największym błędem było w ogóle zgłoszenie tego znaleziska, ale to już inna historia). Gdy archeolog zobaczył moje znaleziska, nie musiałem go długo przekonywać, że Nowa Cerekwia wymaga zupełnie innego podejścia i nowych badań, w których oprócz archeologów jako wolontariusze mogliby wziąć udział wybrani poszukiwacze amatorzy z wykrywaczami metali. Tak właśnie zrobiono by w Anglii w miejscu, w którym można się było spodziewać dużych ilości monet i innych metalowych przedmiotów.

W trakcie przygotowań do projektu otrzymałem z powrotem znalezione przedmioty po ich wstępnej konserwacji i przeprowadzeniu dokumentacji fotograficznej, która miała służyć przy pisaniu pracy doktorskiej archeologa.

Przyzwyczajony do realiów brytyjskich, nie zastanowiłem się wówczas, że w Polsce przedmioty te powinny być przekazane konserwatorowi wojewódzkiemu. Pomyślałem, że archeolog wie, co robi, ma kontakt z konserwatorem i o wszystkim musiał go powiadomić. Zabytki miały być u mnie w depozycie, do czasu zakończenia badań, kiedy dołączą do innych figurek i monet, które spodziewaliśmy się znaleźć. Planowana ekspedycja archeologiczno-poszukiwawcza odbyła się dwa lata później, ale choć byłem inicjatorem tej akcji, nie zostałem na nią zaproszony ani nawet powiadomiony o efektach. A żniwo tych badań było prawdziwie spektakularne – archeolodzy oraz poszukiwacze znaleźli setki srebrnych i złotych monet, figurki z brązu, biżuterię i inne niezwykłe zabytki. Dowód, że w Polsce można znaleźć skarby porównywalne z tymi z Wysp Brytyjskich. O swoim odkryciu pisałem na forach internetowych, publikując zdjęcia itd. Wkrótce, na wniosek wojewódzkiego konserwatora zabytków, usłyszałem zarzuty prowadzenia nielegalnych poszukiwań, niezgłoszenia odkrycia oraz wywozu znalezisk za granicę. Z tym ostatnim zarzutem uporałem się błyskawicznie, gdy przedstawiłem dowody na to, że zabytki spoczywały doskonale zabezpieczone w depozycie w kraju. Konserwator był zaskoczony, że po latach wszystkie moje znaleziska są na miejscu, bo uwierzył już trochę we własną narrację o groźnym poszukiwaczu przemytniku, który natychmiast spieniężył w Anglii bezcenne celtyckie skarby. Również zarzut prowadzenia nielegalnych poszukiwań został wyrzucony przez sąd przez okno, bo do odkrycia doszło jak najbardziej przypadkowo, a miejsce nie było w tym czasie stanowiskiem archeologicznym. Pozostał więc zarzut niezgłoszenia odkrycia do konserwatora i tu już nie może być mowy o żadnych wymówkach – jestem winny, wysoki sądzie. To nie Anglia, ale Polska i według naszej ulubionej ustawy znalezienie skarbu zgłasza się wojewódzkiemu konserwatorowi zabytków lub wójtowi, staroście itd., a nie archeologom czy muzealnikom. Ponieważ wykroczenie było, sąd jakąś karę musiał orzec, ale od jej wykonania odstąpił, twierdząc w uzasadnieniu, że przecież gdyby nie moje badania i zgłoszenie znalezisk specjaliście, nie doszłoby do poszukiwań w kolejnych latach i spektakularnych odkryć, rozsławiających polską archeologię i pokazujących nieznane dotychczas oblicze „polskich" Celtów.  Marna satysfakcja po latach, ale zawsze.

Amator: szkodnik czy dobroczyńca

Czy ciąganie pasjonatów i odkrywców po sądach ma sens? Czy nie tracimy na tym więcej, niż zyskujemy? Do tego dochodzi niechęć wielu polskich archeologów do poszukiwaczy, którzy ich zdaniem nagminnie niszczą stanowiska archeologiczne, a nawet jeśli już przekażą swoje znaleziska specjaliście, to wyrwane z kontekstu i nieopisane w momencie odkrycia są dla archeologa czy muzealnika niemal bezwartościowe w sensie historycznym i badawczym. Poszukiwacze odpierają ten ostatni zarzut, słusznie wskazując, że nawet najlepszy wykrywacz metali jest skuteczny tylko do kilkudziesięciu centymetrów i poszukiwania prowadzone są zazwyczaj w górnej warstwie ziemi ornej, w której ciężko o precyzyjny kontekst. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że są też poszukiwacze, dla których nie ma świętości i którzy licząc na łatwy łup, świadomie rozkopią nie tylko stanowisko archeologiczne, ale i żołnierskie mogiły. Tacy ludzie są jednak w środowisku natychmiast piętnowani.

Archeolodzy próbują wykorzystać te odosobnione przypadki, by udowodnić tezę o szkodliwości amatorskich poszukiwań skarbów. Zapominają o pasjonatach, którzy nie chcą łamać prawa i z przyjemnością współpracują z archeologami. Wbrew powszechnej opinii dla większości poszukiwaczy widoki na zysk nie pociągają ich najbardziej. Prawdziwą magią jest możliwość dotknięcia przedmiotu, który był w czyjejś dłoni kilkadziesiąt, kilkaset czy kilka tysięcy lat temu. Dotknięcia nie na suchej muzealnej ekspozycji, ale w realnym miejscu, gdzie działa się historia.

Co ciekawe, wielu detektorystów przyznaje, że uczona czasem bez wyobraźni i pasji historia nie była ich ulubionym przedmiotem w szkole. Gdy jednak biorą do ręki wykrywacz metali, staje się prawdziwie żywa i pociągająca. Detektorysta chodzi w skupieniu po wybranym terenie, nasłuchując sygnału, który może przynieść mu wyjątkowe znalezisko. Szukamy przecież bardzo różnych rzeczy – na plażach będzie to biżuteria, na polach monety, w lasach militaria itd.

Z przyjemnością pomagamy też archeologom. Stowarzyszenie polskich poszukiwaczy w Wielkiej Brytanii PHEC Thesaurus od dwóch lat bierze udział w badaniach pola bitwy pod Grunwaldem, gdzie ramię przy ramieniu z archeologami, detektorystami i poszukiwaczami z innych państw próbuje rozwikłać część tajemnic słynnego starcia. Nie są to bynajmniej wyjątki i współpracujących z archeologami polskich poszukiwaczy jest z roku na rok więcej.

Znalazł się kompromis

Albo więc poszukiwania całkowicie zdelegalizujemy (takiego rozwiązania próbowano w kilku krajach bez powodzenia), albo znajdziemy jakiś rodzaj kompromisu pozwalający wykorzystać potencjał tysięcy pasjonatów, zamiast traktować wszystkich jak potencjalnych przestępców. W Wielkiej Brytanii od kilkunastu lat mamy prawdziwą eksplozję skarbów i znalezisk zgłaszanych przez poszukiwaczy, które często trafiają na muzealne wystawy, przyciągając zwiedzających i inspirując młode pokolenia do zainteresowania się historią i archeologią. Ci polscy archeolodzy, którzy najgłośniej krytykują rodzimych poszukiwaczy, wiedzą o rozwiązaniach brytyjskich, ale albo je ignorują, albo twierdzą, że nie przyjęłyby się nigdy na polskim gruncie, albo zwyczajnie nie mówią o nich prawdy.

Tymczasem w modelu brytyjskim nie ma żadnej magicznej recepty czy uwarunkowań  ze względu na inną mentalność czy większą obywatelską świadomość. W latach 70. i 80. XX w., gdy wykrywacze metali stały się dostępne dla każdego, rozpoczął się wielki boom na poszukiwania skarbów i Brytyjczycy borykali się z tymi samymi problemami co my teraz. Znajdowane skarby sprzedawane były na czarnym rynku, liczba zgłaszanych znalezisk znikoma, a część w ogóle wywożono po cichu z kraju. Sposoby walki z tym zjawiskiem – licencjonowanie wykrywaczy, przymusowe szkolenia itd. – nie zdały egzaminu. Po konsultacjach zarówno z archeologami, jak i poszukiwaczami, pod koniec lat 90. znaleziono złoty środek, stwarzając, pod auspicjami Ministerstwa Kultury, organizację Portable Antiquities Scheme (PAS), która prowadzi bazę danych znalezisk i utrzymuje w każdym rejonie archeologa odpowiedzialnego za kontakty z poszukiwaczami. Sprawa jest banalnie prosta – detektorysta znajdujący przedmiot zabytkowy, lub taki, co do którego nie ma pewności, czy jest skarbem czy zabytkiem, może (w Anglii i Walii nie musi, w Szkocji i północnej Irlandii   obowiązkowo), zgłosić znalezisko do archeologa PAS w swoim rejonie. Ten dokumentuje/kataloguje je w ogólnokrajowej bazie danych znalezisk ruchomych, podając precyzyjne współrzędne miejsca znalezienia, opis itd. Jeśli przedmiot/przedmioty zostają uznane za skarb (złoto, srebro, powyżej 300 lat itd.) lub jest nim zainteresowane któreś z muzeów, zostaje uruchomiona odpowiednia procedura i znalazca otrzymuję nagrodę w postaci równowartości rynkowej znaleziska, której ma prawo się zrzec, a zwyczajowo dzieli się po połowie z właścicielem terenu. Nawiasem mówiąc, polscy poszukiwacze w Wielkiej Brytanii zrzeszeni w PHEC Thesaurus ściśle współpracują z brytyjskimi archeologami, są przez nich bardzo chwaleni i mają na swoim koncie już kilka oficjalnie odnotowanych skarbów.

System ten nie karze więc poszukiwaczy, ale nagradza pasję i trud. To liberalne i korzystne dla poszukiwaczy prawo, ale też przynosi wymierne korzyści państwu. Oprócz przyciągania tłumów do muzeów znaleziska pozwalają archeologom i historykom na dokładniejsze badanie przeszłości, nierzadko naprowadzając ich na nieznane wcześniej stanowiska archeologiczne. Według oficjalnych danych co roku w Wielkiej Brytanii znajduje się co najmniej tysiąc skarbów. I co najmniej 10 proc. znalazców rezygnuje z przysługującej im nagrody, przekazując skarb dobrowolnie do wybranego muzeum. Baza danych PAS powiększa się rocznie o ponad 100 tys. „nowych" zabytków, o których istnieniu nikt by się zapewne nigdy nie dowiedział, gdyby nie niestrudzona armia poszukiwaczy i zdroworozsądkowe podejście brytyjskiego rządu.

Co by było, gdyby podobny schemat działał w Polsce? Polscy archeolodzy twierdzą czasem, że ten brytyjski jest ewenementem i że w Europie odchodzi się od takich rozwiązań, ale nie jest to prawda. Przez takie zamiatanie problemu pod dywan co roku tracimy wiedzę o nie mniej spektakularnych odkryciach niż te z Nowej Cerekwi i niezliczonej ilości przypadkowo odkrywanych nowych stanowisk archeologicznych.

To prawda, że brytyjskie muzea są bogatsze od naszych, ale    to  nie one pokrywają koszty nagród dla poszukiwaczy. To robią prywatni sponsorzy danych wystaw czy jednostek muzealnych oraz instytucje w rodzaju Totalizatora Sportowego. Czy ktoś wątpi, że i w Polsce znaleźliby się sponsorzy spektakularnych skarbów, które wzbogaciłyby naszą wiedzę i oczarowały kolejne pokolenia? Z rozmów w środowisku wiem, że sami poszukiwacze bardzo chętnie przekazywaliby 1 proc. swoich podatków na taki fundusz, gdyby tylko został utworzony. Zresztą mowa tu tylko o większych nagrodach za prawdziwe skarby, bo z pewnością większość zabytków poszukiwacze przekazywaliby dobrowolnie. Tę opinię również opieram na rozmowach z innymi eksploratorami, którzy, wychowani na książkach o przygodach „Pana Samochodzika", z  dezaprobatą patrzą na pojawiające się czasem na internetowych forach pytania o wartość znaleziska.

Z drugiej jednak strony dlaczego przedmiot, który znajduje się już w muzealnych zbiorach w wielu egzemplarzach, nie miałby wrócić do znalazcy? Trochę to dziwne, że żyjąc w państwie kapitalistycznym, trzymamy się kurczowo marksistowskiej zasady, że jedynie państwo może być właściwym strażnikiem dóbr kultury. Może warto przywrócić poszanowanie własności prywatnej przy jednoczesnym nacisku na edukację w kwestii dziedzictwa archeologicznego? Dlaczego nie wprowadzić, na razie pilotażowo w wybranym rejonie naszego kraju, projektu, w którym do prowadzenia poszukiwań wystarczyłaby zgoda właściciela terenu, a znaleziska można by zgłaszać specjalnie w tym celu wyznaczonemu archeologowi, który wprowadzałby je do bazy danych, podobnej do tej brytyjskiej czy norweskiej? Oczywiście w takim pilotażowym rejonie poszukiwacze musieliby omijać szerokim łukiem znane stanowiska archeologiczne, a lokalizacja odkryć musiałaby być precyzyjnie zaznaczana. Po pół roku lub po roku działania takiego projektu moglibyśmy, archeolodzy, konserwatorzy zabytków, muzealnicy i poszukiwacze, usiąść przy jednym stole i zastanowić się wspólnie nad następnym krokiem. Nie mamy nic do stracenia, a do zyskania jest możliwość znacznego poszerzenia wiedzy o naszej wspólnej przeszłości i nowe odkrycia, ukazujące skomplikowane piękno historii tych ziem.

Autor jest poszukiwaczem, tłumaczem, publicystą, założycielem i prezesem stowarzyszenia polskich poszukiwaczy w Wielkiej Brytanii PHEC Thesaurus, redaktorem naczelnym portalu www.poszukiwacze.org

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA