fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Uprawnienia prezydenta a oczekiwania wyborców

Prezydent Andrzej Duda
Fotorzepa/Jerzy Dudek
Rząd ma kilkanaście ministerstw, a prezydent jedną małą kancelarię.

Z wyników badań opinii publicznej komentowanych niedawno w mediach wynika, że Polacy opowiadają się za silną pozycją ustrojową głowy państwa. Chcą nadal wybierać prezydenta w wyborach powszechnych oraz gotowi są powierzyć mu dowodzenie armią w czasie pokoju. Trudno się dziwić takim wynikom. Wybory prezydenckie cieszą się zwykle największym zainteresowaniem, a przez to relatywnie dużą frekwencją. Wybory głowy państwa są dla obywateli zrozumiałe. Spośród kilku liczących się kandydatów wybieramy osobę, która w naszym mniemaniu posiada cechy pożądane u męża stanu. Preferujemy kandydata dobrze wykształconego, z dobrą prezencją, z sukcesami w życiu prywatnym i zawodowym, słowem, takiego, który godnie będzie reprezentował Rzeczpospolitą, zwłaszcza na arenie międzynarodowej.

Zupełnie inaczej jest w wyborach parlamentarnych, a tym bardziej samorządowych. Są złożone, kandydaci często mało znani, trudno też zrozumieć, jak głos wyborcy przekłada się na wynik wyborów. Zdają sobie z tego sprawę liderzy polityczni, którzy coraz częściej zawczasu wskazują nam kandydata na premiera, tak aby przynajmniej upodobnić wybory parlamentarne do prezydenckich. Wszyscy pamiętamy hasło wyborcze jednego z kandydatów do Sejmu sprzed lat: „Premier z Krakowa". Dziwili się tylko później wyborcy spoza Krakowa, że na listach do głosowania tego nazwiska nie było. Kandydat na premiera okazuje się po prostu kandydatem na posła, który może zostanie powołany później na stanowisko szefa rządu. Niewątpliwie wybory prezydenckie są znacznie bardziej transparentne.

Wskazując oczekiwania wyborców wobec kandydatów na głowę państwa, nie przez przypadek nie wskazałem programu wyborczego. Program ten ma oczywiście znaczenie, ale chyba tylko dlatego, że często zapominamy o bardzo ograniczonych kompetencjach prezydenta. Jeżeli po wygranych wyborach nowa głowa państwa nie znajdzie oparcia w parlamencie i rządzie, nie ma możliwości realizacji choćby promila swoich deklaracji wyborczych. Gdyby każdy wyborca przed wyborami zajrzał do konstytucji i zapoznał się z zakresem uprawnień głowy państwa, skwitowałby niejeden program wyborczy, mówiąc: obiecanki cacanki.

Owszem, prezydent ma inicjatywę ustawodawczą, czyli może skierować do Sejmu projekt ustawy, np. w sprawie kredytów frankowych, uprawnień emerytalnych czy jakąkolwiek inną. Parlament może jednak zrobić z ustawą prezydencką, co tylko chce. Nie tylko jej nie uchwalić, ale też tak ją zmienić, że nawet uchwalona będzie już zupełnie inną ustawą.

Ktoś powie, że prezydent dysponuje prawem weta. To prawda, ale samym wetem nikt jeszcze nie przeprowadził swojego programu wyborczego. Pamiętajmy też, że głowa państwa, choćby nie wiem jak dobrze wykształcona, sama projektów ustaw nie napisze. Do tego potrzebny jest sztab ekspertów właściwie z każdej dziedziny życia. Rząd dysponuje kilkunastoma ministerstwami, tysiącami urzędników. A prezydent? Ma jedną niedużą kancelarię. Prerogatywy prezydenta, a więc te jego kompetencje, które nie wymagają zatwierdzenia przez premiera, mają przede wszystkim charakter symboliczny lub organizacyjny.

Mamy zatem głowę państwa z silnym mandatem społecznym pochodzącym z wyborów powszechnych i z nieproporcjonalnie wąskim zakresem uprawnień. Dlaczego tak się stało? Przyczyn zapewne jest kilka, nie szukałbym jednak jakichś złożonych prawniczych czy też politologicznych wyjaśnień. Obecna konstytucja nie jest, a na pewno nie w tej części, owocem dobrze poprowadzonej refleksji ustrojowej. Trzeba wiedzieć, że rozdział o głowie państwa pisany był przeciwko Lechowi Wałęsie. Niektórzy zapewne pamiętają, jak chętnie prezydent Wałęsa rozpychał się w ramach ówczesnych uprawnień głowy państwa. Nieobce nam jest pojęcie falandyzacji prawa, pochodzące od nazwiska wybitnego prezydenckiego prawnika prof. Lecha Falandysza. Piszący ustawę zasadniczą obawiali się, że Lech Wałęsa wygra kolejne wybory, więc chcieli odpowiednio ograniczyć jego pozycję. Kiedy tylko się okazało, że wybory wygrał Aleksander Kwaśniewski, postkomunistyczny w swej większości parlament naprędce starał się z powrotem wzmocnić pozycję głowy państwa. I tak właśnie powstał ustrojowy miszmasz.

Jeżeli naprawdę, jako naród, przystąpimy do pisania nowej ustawy zasadniczej, kwestia pozycji prezydenta musi stać się jedną z najważniejszych. Dlaczego – pamiętając, że Polacy chcą silnej głowy państwa – nie sięgnąć do dobrych i sprawdzonych wzorców, jak te w Stanach Zjednoczonych czy we Francji? Prezydent mógłby stać na czele rządu czy też przynajmniej mieć decydujący głos w sprawie obsadzania stanowiska premiera. Pisząc projekty ustaw, mógłby też swobodnie korzystać z pomocy ministrów. Przecież wszystkim powinno chodzić o dobro wspólne, a nie partykularne interesy tego czy innego resortu.

Krzysztof Szczucki jest adiunktem w Katedrze Prawa Karnego Porównawczego, Wydział Prawa i Administracji UW

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA