Rzecz o prawie

Asystentura w Trybunale Konstytucyjnym – prestiżowy epizod prawniczy

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Patologiczny, rozwlekły, popadający w wielokrotne powtórzenia i obciążony zbędnymi informacjami styl orzeczeń TK dałoby się zlikwidować z dnia na dzień. Gdyby tylko orzeczenia pisali sędziowie, a nie ich asystenci – nie ma wątpliwości profesor.

Okoliczności zawodowe zmusiły mnie niedawno do przeczytania pewnego orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego. Zmusiły, bo wyrok z uzasadnieniem liczy – bagatela! – 170 stron tekstu. Czyli tyle mniej więcej co średnich rozmiarów monografia naukowa. Czy przy tak poważnym obciążeniu obowiązkami sędziowskimi i akademickimi sędziowie Trybunału Konstytucyjnego naprawdę mają czas na seryjne produkowanie uzasadnień idących w setki stron i bijących rozmiarami niektóre monografie prawnicze? Rzecz jasna – nie. Nadmierna i ciągle wzrastająca objętość orzeczeń sądu konstytucyjnego jest jednym z efektów ubocznych niepokojącego zjawiska: wzrastającego znaczenia roli odgrywanej w TK przez prawniczy aparat usługowy, przede wszystkim zaś asystentów sędziów. Funkcja prawnika asystenta dziś wymaga pilnych zmian.

Idę o zakład, że asystentozę (czyli patologiczne zjawisko rozwlekłego, popadającego w wielokrotne powtórzenia i obciążonego balastem zbędnych informacji prawnych stylu motywacyjnego orzeczeń TK) dałoby się zlikwidować z dnia na dzień. Średnia długość motywów judykatów spadłaby mniej więcej cztero–pięciokrotnie. Rozwiązanie jest proste. Wystarczyłoby obarczyć samych sędziów obowiązkiem pisania uzasadnień. Gdyby musiały wyjść spod pióra sędziego sprawozdawcy, to ich objętość zmalałaby natychmiast. Pewnie wprost proporcjonalnie do czasu, który sędzia musiałby poświęcić pracy nad przygotowaniem uzasadnienia.

Dziś jest inaczej. Miażdżąca większość uzasadnień jest przygotowywana przez sprofesjonalizowany aparat prawniczy, a nie przez sędziów. Wszystko to metodą Vinsona. Prezes amerykańskiego Sądu Najwyższego na przełomie lat 40. i 50. Frederick Vinson uzasadnienia pisał – jak mówiono – z dłońmi w kieszeniach (dzięki pomocy asystentów).

Próżno szukać ogłoszenia o konkursach

Nie w tym jednak rzecz, by asystentów sędziów wyrugować z Trybunału, i to wyłącznie dlatego, że przyczyniają się do niepokojącej inflacji objętości judykatów TK. Asystenci powinni zostać w sądzie konstytucyjnym. Tyle że nie w takiej formie jak dziś. Najwyższy czas na debatę nad rolą asystentów oraz sposobem ich naboru do Trybunału. Trzeba gruntownie przemyśleć cele tej funkcji i model instytucjonalny asystentury w sądzie konstytucyjnym oraz przeprowadzić jej wszechstronną reformę. Kwestia dojrzała do załatwienia w samej ustawie o TK, nad którą znowu trwają prace. Trzy sprawy powinno się poddać fundamentalnej reformie.

Po pierwsze – tryb zatrudniania asystentów w TK. Tylko pozornie jest to kwestia formalna. W rzeczywistości to zagadnienie ma wielkie znaczenie dla prawidłowego funkcjonowania instytucji sprawujących władzę sądowniczą w państwie. I świadczy o stopniu przyswojenia przez te instytucje zasad obowiązujących w demokratycznym państwie prawnym, hołdującym zasadzie równości obywateli wobec prawa. Jest sprawą doprawdy głęboko gorszącą, że to właśnie w TK, który powinien wyróżniać się na tle innych instytucji państwowych i świecić przykładem instytucjonalnej transparentności i jasnych kryteriów zatrudniania, brakuje jakiejkolwiek transparentności w naborze na stanowiska asystentów sędziów (czy, jak to się obecnie mówi w ustawie o TK: „pracowników Biura TK zatrudnionych na stanowiskach związanych bezpośrednio z działalnością orzeczniczą Trybunału i pomocą w tym zakresie w pracy sędziów"). Konia z rzędem temu, kto widział kiedykolwiek publiczne ogłoszenie o konkursie na stanowisko asystenta sędziego TK. Poszukiwanie w wyszukiwarce strony Trybunału informacji o konkursach na stanowiska w trybunalskiej służbie prawnej nie daje żadnych rezultatów. Mapa strony – to samo. Wiele tu informacji (łącznie z czymś tak istotnym, jak „polskie akcenty w orzecznictwie międzynarodowym"), ale tak przyziemnej sprawy jak ogłoszenia dotyczące naboru na stanowiska asystentów niestety się nie znajdzie. Widocznie sprawa jest zbyt prozaiczna, żeby informować o niej ogół prawnictwa. Na stanowisko asystenta nie ma jawnego i otwartego naboru dla wszystkich kandydatów posiadających odpowiednie kwalifikacje prawnicze.

Ostatnie słowo sędziego

Ustawa o TK z 2015 r. uregulowała w pewnym zakresie status prawników zajmujących się w Trybunale pomocą sędziom w związku z działalnością orzeczniczą. Miało zostać wydane zarządzenie w sprawie szczegółowych wymagań kwalifikacyjnych związanych z zajmowaniem stanowisk w tzw. służbie prawnej TK. Internetowe poszukiwanie tego aktu prawnego nie daje trafień. Może i gdzieś zarządzenie istnieje. Ale chyba nie w sieci. Tak realizowana jest zasada transparentności służby publicznej. A la polonaise. Znacznie istotniejsze są informacje, których nie znajdzie się w internecie.

Średnie miesięczne wynagrodzenie pracowników Biura TK na wejściu („angażowe") to ponad 7 tys. zł. Niemało. Szczególnie zaważywszy na – eufemistycznie rzecz ujmując – bardzo trudną sytuację na rynku pracy prawniczej. Mniej więcej tyle samo zarabia początkujący sędzia sądu rejonowego, tyle tylko, że w odróżnieniu od asystenta sędziego TK ma nienormowany czas pracy i ponosi pełną odpowiedzialność za wydane przez siebie orzeczenia. Członkiem nazwanej szumnie w nowej ustawie o TK z 2015 r. „służby prawnej TK" (w projekcie nazywało się to jeszcze „korpus prawników TK" – widać był przy tym miłośnik biurokracji na modłę rosyjską, rozsmakowany w pompatycznych określeniach urzędniczych) może jednak zostać tylko osoba mająca specjalne informacje o otwierających się stanowiskach. To trzeba zmienić. Nabór na stanowiska asystentów nie może przebiegać w sposób tajny, a minimalne kwalifikacje wymagane od kandydatów muszą być jawne. Należy jednak zastrzec, że kwestii wyboru właściwych kandydatów nie powinno się zbytnio formalizować. Tu ostatnie słowo powinno i musi należeć do sędziego, dla którego będą pracowali asystenci. Za sprawą otwartego wyboru będzie jednak można nie tylko wybrać najlepszych kandydatów, ale każdy prawnik posiadający odpowiednie kwalifikacje bazowe będzie miał szansę ubiegać się o pracę w TK. Niechby i na jedno stanowisko asystenta zgłaszało się po 250–350 osób, tak jak w Stanach Zjednoczonych na stanowiska asystentów w SN.

Po drugie: asystentura w Trybunale Konstytucyjnym stała się dziś enklawą przedstawicieli tzw. nauki prawa dobieranych wedle nieznanych nikomu kryteriów. Wedle informacji TK służba prawna w sądzie konstytucyjnym liczy 53 osoby (przypadające na 15 sędziów). W Biurze TK – zapewne bez specjalnego błędu można przyjąć, że większość pracuje właśnie w służbie prawnej – 34 osoby mają stopień naukowy doktora nauk prawnych. Niepodobna zabronić teoretykom pracy w służbie prawniczej TK. Jakaś forma udziału przedstawicieli tzw. nauki prawa w zadaniach prawniczych TK powinna być przewidziana. Ale źle się dzieje, gdy to właśnie teoretycy dominują w kadrze prawniczej sądu konstytucyjnego. Nie negując zarówno potrzeby, jak i obustronnych pożytków płynących z przenikania się świata nauki i świata praktyki prawniczej, trzeba jednak powiedzieć, że obecny profil profesjonalny aparatu prawniczego w TK jest niewłaściwy i doszło do niedobrego zakłócenia równowagi pomiędzy praktyką a teorią. W dwójnasób preferuje się bowiem prawników, którzy nie mieli nigdy nic wspólnego z praktyką: zarówno na szczeblu sędziów sądu konstytucyjnego, jak i na poziomie asystentów.

Wśród samych sędziów jest przewaga teoretyków, a asystenci najczęściej także nigdy nie wąchali zapachu rejonowej sali sądowej. To zresztą jeden z powodów tej niestrawnej logorei prawniczej przeważającej w orzecznictwie sądu konstytucyjnego. Przegadane uzasadnienia wynikają w niemałym stopniu z profilu zawodowego asystentów. Wywodząc się najczęściej ze środowiska tzw. pracowników naukowych, stosują się oni do standardów typowych dla tej grupy zawodowej. A w nauce prawa – niestety – w cenie jest przede wszystkim rozwlekłość wypowiedzi. To ilość produkcji ma świadczyć o jakości roboty prawniczej. Ile jałowego międlenia w kółko tych samych zagadnień, które często można z powodzeniem zamknąć w jednym akapicie, wie każdy, kto był zmuszony zapoznać się z bieżącą produkcją prawniczą, jakby generowaną na kilogramy. Asystenci praktycy, wiedzący, co to praca prawnicza wykonywana pod nieubłaganą presją czasu, świadomi, że non numeranda sed ponderanda sunt argumenta, wnieśliby do tej pracy wiele dobrego. I może doprowadziliby do znaczącego skomprymowania ogłaszanych dziś przez sąd konstytucyjny uzasadnień.

Zwabić praktyków

Odwrócenie powyżej opisanego zachwiania proporcji zawodowych w aparacie prawniczym TK nie będzie łatwe. Nie jest to jednak zadanie niewykonalne. Trzeba dążyć do dywersyfikacji służby prawniczej w TK. Należy starać się do niej ściągnąć praktyków, którzy z niejednego prawniczego pieca chleb jadali. Można rozważyć wprowadzenie rozwiązań ustawowych, które sprawią, że pomoc w działalności orzeczniczej TK stanie się jeszcze bardziej atrakcyjna (już samo niemałe wynagrodzenie i prestiż pracy prawniczej w sądzie konstytucyjnym to dostatecznie silne argumenty przyciągające do tej pracy). Są na to sposoby. Na przykład przyznanie sędziom czy prokuratorom urlopów na czas pełnienia służby w TK (swoistego oddelegowania do TK) czy wprowadzenie ustawowych preferencji dla osób ze stażem trybunalskim w konkursach na stanowiska sędziowskie czy prokuratorskie. Adwokatów i radców prawnych można by zwolnić z płacenia składek samorządowych i składek ZUS na czas pracy w TK.

Oczywiście takie rozwiązania nie będą atrakcyjne dla sędziów wyższych sądów odwoławczych czy adwokatów z długoletnim stażem i wyrobioną klientelą. Ale nieco młodszych prawników praktyków na pewno mogą przekonać do podjęcia prestiżowej pracy w TK.

Po trzecie: asystentura w Trybunale przerodziła się w rodzaj odrębnej minikorporacji zawodowej ze swoimi przywilejami finansowymi i zawodowymi, w coś na kształt państwa w państwie. Asystent sędziego TK (dotyczy to także pozostałych prawników pracujących w TK) zatrudniany jest z reguły na dłuższy okres, a jeżeli tylko okoliczności sprzyjają – wiadomo też o takich przypadkach – to jest nawet „dziedziczony" z sędziego na sędziego, głęboko zapuszcza korzenie w TK i może paradoksalnie pracować dłużej w sądzie konstytucyjnym, niż wynosi sama dziewięcioletnia kadencja sędziego. Asystentura potrafi być zatem w niektórych sytuacjach nawet bardziej stabilna z punktu widzenia czasu zatrudnienia niż terminowa służba sędziowska w sądzie konstytucyjnym. Praca asystenta sędziego TK w Polsce to nie epizod w karierze zawodowej, lecz odrębna ścieżka kariery zawodowej. To autonomiczny zawód prawniczy. Negatywne efekty uboczne takiego modelu asystentury są oczywiste: izolacja urzędników prawniczych pracujących w Trybunale w wieży z kości słoniowej, zamknięty obieg myśli prawniczej, spowodowany słabym odświeżaniem kadry. Z tym niedobrym systemem trzeba zerwać. Pracę asystentów sędziów należy oprzeć na sprawdzonych zasadach amerykańskich. Nie powinni stanowić odrębnej grupy zawodowej w ramach TK, ale kadrę rotującą. Z jednej strony powinni służyć tylko przejściowo swoją wiedzą ekspercką na bardzo prestiżowym i dobrze płatnym stanowisku prawniczym, z drugiej – praca ta ma im dać bezcenne doświadczenie zawodowe związane z orzekaniem w sądzie konstytucyjnym.

Tak jak w Stanach Zjednoczonych praca asystenta sędziego Sądu Najwyższego (law clerk) jest prestiżowym epizodem w karierze prawniczej, otwierającym z reguły drogę do najlepszych kancelarii, wysokich stanowisk w wymiarze sprawiedliwości czy pracy na najlepszych uniwersyteckich, tak – maksymalnie roczne albo półtoraroczne – zatrudnienie w TK na stanowisku asystenta powinno być prestiżowym epizodem w pracy zawodowej polskiego prawnika.

Podsumowując

Nadarza się okazja do uporządkowania wadliwych zasad funkcjonowania aparatu prawniczego wspomagającego sędziów TK. Dobór do tej pracy należy oprzeć na uczciwych zasadach obowiązujących w praworządnym państwie, respektujących zasadę równości wobec prawa i pozwalającej prawnikom z całej Polski posiadającym odpowiednie kwalifikacje ubiegać się o stanowiska w Trybunale. Nabór na asystentów sędziów musi się odbywać w pełnej transparentności. Sędzia powinien mieć wpływ na wybór współpracowników, z którymi będzie pracował. To nie podlega dyskusji. Konieczna jest także znacznie większa dywersyfikacja składu zawodowego grupy asystentów. Należy dążyć do tego, żeby było wśród nich więcej praktyków (sędziów, adwokatów, prokuratorów). Stanowisko asystenta nie może dalej być zawodem prawniczym, ale powinno być prestiżowym – i krótkim – epizodem w karierze prawniczej, stwarzającym okazję do transfuzji doświadczeń i otwierającym drogę do wykonywania dalszych istotnych funkcji w wymiarze sprawiedliwości.

Autor jest dr. hab., prof. UW, Katedra Kryminologii i Polityki Kryminalnej UW, adwokatem w Izbie Adwokackiej w Warszawie

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL