fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

prof. Jerzy Młynarczyk o swojej pasji do sportu

prof. Jerzy Młynarczyk
materiały prasowe
Rozmowa | prof. Jerzy Młynarczyk, Rektor Wyższej Szkoły Administracji i Biznesu im. E. Kwiatkowskiego w Gdyni, olimpijczyk

Rz: Chyba jest pan jedynym profesorem prawa, który był też wyczynowym sportowcem, olimpijczykiem.

Prof. Jerzy Młynarczyk: Teraz rzeczywiście, ale wcześniej było nas dwóch. Także nieżyjący prof. Witalis Ludwiczak z uniwersytetu poznańskiego przed wojną był na zimowej olimpiadzie w Los Angeles. Był hokeistą.

Miałem niesamowitego pecha, jeśli chodzi o igrzyska olimpijskie. Powinienem być na czterech, a byłem tylko na jednych. W 1952 r. mieliśmy jechać do Helsinek, ale decyzją rządu na znak protestu wobec wykluczenia Chin z Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego nasza drużyna nie pojechała. Potem było Melbourne. Jakiś księgowy z PKOl obliczył jednak, że nie ma sensu wysyłać tam sportowców uprawiających dyscypliny zespołowe, bo to za drogo. Zamiast wysyłać 12 koszykarzy, którzy mają szansę zdobyć jeden medal, lepiej wysłać 12 lekkoatletów, bo mogą wrócić z 12 medalami. A byliśmy wówczas w czołówce Europy. Potem były igrzyska w Rzymie, na które pojechałem, a następnie w Tokio, z których sam zrezygnowałem. Przygotowywałem się do obrony doktoratu.

Nie żałował pan decyzji?

Żałowałem. Polska nauka by nie ucierpiała, gdybym zrobił doktorat rok później. Moi przyjaciele pukali się w głowę. Ale doktorat zrobiłem, grając wyczynowo w koszykówkę. Jeszcze jako docent grałem w pierwszej lidze.

Teraz pozostało mi już tylko oglądanie meczów. Jeszcze dwa lata temu grałem w TKF Neptun Gdańsk. W lidze okręgowej graliśmy przeciwko 18-letnim chłopakom. Nawet raz te rozgrywki wygraliśmy.

Ciężko było pogodzić obowiązki na uczelni ze sportem?

Nie. Przez 20 lat uprawiałem wyczynowo sport. W tym czasie trenowałem dwa, a czasem i trzy razy dziennie. Ludzie nie zwracają uwagi na arytmetykę. Każda doba ma 24 godziny. Powiedzmy, że osiem godzin śpimy. Sportowiec trenuje sześć godzin. Pozostaje więc jeszcze dziesięć, które można przeznaczyć na pracę.

Dlaczego wybrał pan akurat koszykówkę?

Moim 85-letnim życiem rządził przypadek. W 1950 r. zostałem wysiedlony z Wybrzeża za grzechy polityczne ojca. Trafiłem do Poznania. Na uniwersytecie zobaczyłem ogłoszenie, że AZS zaprasza na siatkówkę. Albo źle zapamiętałem godzinę, albo w ogłoszeniu był błąd, bo siatkarzy na sali nie było. Po boisku biegali koszykarze. Stanąłem z boku i przyglądałem się. Wtedy podszedł do mnie jakiś pan i zapytał, czy kiedyś grałem w koszykówkę. Wszedłem na boisko, bo brakowało im zawodnika. Najwyraźniej poszło mi dobrze. Po meczu w szatni zaproponowano mi udział w derbach Poznania. Osłupiałem. Okazało się, że trenowałem z pierwszoligową Wartą Poznań.

Moje życie zmieniło się na lepsze. Wcześniej nie miałem ani stypendium, ani akademika. Ojciec był bezrobotny. Nie mógł ze względów politycznych znaleźć pracy. Mama przepisywała prace magisterskie na maszynie. Żyłem za 2 złote dziennie. W ciągu kilku dni zatrudniono mnie w zakładzie Cegielskiego, wówczas Stalina. Nie musiałem jednak chodzić do pracy. W tamtych czasach, gdy średnia pensja wynosiła 900 zł miesięcznie, zarabiałem 5 tys. zł. Po tygodniu dostałem też trzypokojowe mieszkanie w centrum Poznania. Do śmierci zostanę dłużnikiem sportu.

Jak wspomina pan udział w olimpiadzie?

To były ostatnie igrzyska bez terroru i ochrony. Wkomponowane w Rzym. Maraton kończył się pod Łukiem Tytusa. Walki zapaśnicze odbywały się w bazylice Maksencjusza. W wiosce olimpijskiej panował świetny nastrój. Przyjeżdżali do niej najróżniejsi ludzie. Spotkałem nawet Grace Kelly, której brat był wioślarzem, oraz Gregory'ego Pecka.

Które miejsce zajęła polska drużyna?

Doszliśmy do szerokiego finału, do ósemki. Niestety, przegraliśmy mecz o brązowy medal z Brazylią, prowadząc do przerwy. Nie wytrzymaliśmy fizycznie. Zajęliśmy siódme miejsce. W tamtych latach polska koszykówka coś znaczyła. W 1963 r. byliśmy wicemistrzem Europy. Mnie prasa poznańska nazywała wówczas pierwszą strzelbą Lecha Poznań. W Pucharze Europy mój klub zajął czwarte miejsce.

Czym dla pana jest sport?

Najpiękniejszą przygodą życia. Najbardziej cenię sobie sportowe odznaczenia. Jestem jedynym sportowcem w Polsce, który otrzymał od Światowego Zrzeszenia Olimpijczyków Nagrodę im. Sieverta. W pełnej konspiracji w stanie wojennym. Dostają ją osoby, które poza karierą sportową odniosły sukces zawodowy. Bardzo cenię nagrodę Kalos Kagathos. Najważniejsza jest dla mnie jednak Nagroda im. Kusocińskiego.

Mimo że w sporcie rządzą pieniądze, reguły są dość proste. Kiedy bokser wychodzi na ring, dla drugiego nie ma znaczenia, czy tamten ma szwagra ministra czy wujka prezydenta. Musi sobie dać radę, inaczej wyniosą go nogami do przodu.

—rozmawiała Katarzyna Wójcik

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA