fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Czas zamknąć trudny rozdział w historii - o reprywatycji i stosunkach polsko-żydowskich

Adobe Stock
Polska powinna pokazać, że jest państwem prawa.

Jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że wejście w życie tzw. dużej ustawy reprywatyzacyjnej jest nieuniknione. Po głośnym wystąpieniu ambasador Izraela w Polsce znaleźliśmy się w zupełnie nowej rzeczywistości, w której dla wielu dyskusyjne zapisy proponowanej ustawy mogłyby przelać kielich goryczy i wzajemnego niezrozumienia, już i tak sztucznie napełniony. Reprywatyzacja pozostanie więc na kolejne lata trupem w szafie. Ostatnia decyzja rządu o odłożenie ustawy do tzw. zamrażarki sejmowej jest więc błędem o bardzo dalekich skutkach.

Lata nadużywania prawa i niesprawiedliwości społecznej, szczególnie tzw. dzikiej reprywatyzacji w Warszawie, sprawiły, iż dyskusja o powojennych zaszłościach prawnych dawno już przestała być domeną prawników czy historyków, a stała się istotnym elementem dyskursu politycznego.

Niestety projekt ustawy wyłącza z katalogu osób uprawnionych do rekompensaty następców prawnych większości przedwojennych ziemian, przemysłowców, a także Polaków wyznania mojżeszowego, którzy podobnie jak setki tysięcy rodaków zdecydowali się na emigrację i przyjęcie obcych obywatelstw. Takie rozwiązanie narusza art. 64 Konstytucji RP, zgodnie z którym każdy ma prawo do własności oraz dziedziczenia, a prawo to podlega równej dla wszystkich ochronie prawnej. Ustawodawca zdaje się zapominać, iż dekrety, które propozycja ustawy niejako legitymizuje, były nie tylko elementem polityki gospodarczej ówczesnego państwa, ale przede wszystkim inżynierii społecznej mającej stworzyć nowe społeczeństwo na miarę Homo sovieticus.

Projekt z jednej strony wygasza wszelkie prawa lub roszczenia pierwotnych właścicieli wynikające z reprywatyzacji, z drugiej zaś przewiduje umorzenie postępowań sądowych, administracyjnych i sądowoadministracyjnych. Uniemożliwi to pierwotnym właścicielom dochodzenie odszkodowania bądź zwrotu nieruchomości przejętych przez Skarb Państwa na podstawie aktów nacjonalizacyjnych określonych w ustawie, bez względu na to, czy do przejęcia doszło z naruszeniem obowiązujących wtedy przepisów czy bez podstawy prawnej.

Umorzenie dotychczasowych postępowań uderzy w osoby, które przed dniem wejścia w życie ustawy dochodziły swoich roszczeń. Długotrwałe postępowania administracyjne czy spory sądowe wymagały od tych osób zebrania dokumentów oraz poniesienia bieżących kosztów związanych z wynagrodzeniem za prowadzenie spraw. Tymczasem projekt ustawy przewiduje wyłącznie zwrot opłaty sądowej albo wpisu sądowego, poniesionych przez stronę w wyniku prowadzonego postępowania. W niektórych przypadkach umorzenie dotychczasowych postępowań definitywnie pozbawi uprawnione osoby jakiejkolwiek możliwości dochodzenia rekompensaty. Taki zapis może budzić wątpliwości konstytucyjne, a potem doprowadzić do zakwestionowania w przyszłości zapisów ustawy i/lub narazić Polskę na odpowiedzialność przed trybunałami.

Trudno także uznać za dające się obronić zapisy wygaszające dochodzenie zwrotu ruchomości. W tym zakresie ustawa działałaby wprost jako nacjonalizująca, bo nawet dekret o reformie rolnej nie przewidywał przepadku na rzecz Skarbu Państwa ruchomości, w tym kolekcji prywatnych. W rzeczywistości powojennych represji wiele cennych zbiorów zostało bezprawnie przejętych i obecnie jest w posiadaniu licznych muzeów.

Ustawa reprywatyzacyjna powinna stanowić zamknięcie trudnego rozdziału historii, a zarazem pokazywać, iż Polska jest państwem prawa, w którym własność prywatna jest bezwzględnie chroniona nawet po dziesięcioleciach. Wyłączenie szerokich grup poszkodowanych i zrównanie ich z kolaborantami jawnie przeczy zasadzie państwa prawa a, co istotniejsze, nie zamyka spraw sprzed kilkudziesięciu lat. Tworzy za to kolejne pokolenie wykluczonych. Niewątpliwie projekt ustawy mógłby rozwiązać problemy reprywatyzacji w Warszawie i w tym zakresie wydaje się dobrze doprecyzowany. W pozostałym wymaga szerokich konsultacji publicznych i sprawiedliwych rozwiązań.

Szkoda, że nikt z rządzących nie postarał się wykorzystać projektu do poprawienia stosunków polsko-żydowskich poprzez uwzględnienie części dość oczywistych zastrzeżeń, jakie zgłaszano. Nie przekonuje także argument finansowy. Nie stać nas bowiem, nie tylko w sensie ekonomicznym, na dalszą dziką reprywatyzację. O kosztach społecznych nie wspominając.

Łukasz Kossacki-Lytwyn jest adwokatem w JGBS Biernat & Partners. Współautorem tekstu jest aplikant radcowski Patryk Ryszewski.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA