fbTrack

Rzecz o prawie

Antoni Bojańczyk o odwróceniu reformy procedury karnej

123RF
Reforma k.p.k. miała szansę przejść chrzest bojowy, wejść do krwiobiegu praktyki i dostarczyć bezcennych danych pozwalających zweryfikować jej założenia – żałuje prawnik.

A więc stało się. Stare wraca. Będzie odwrót od reformy procedury karnej. W ubiegłym tygodniu Ministerstwo Sprawiedliwości ogłosiło rządowy projekt zmiany k.p.k. Kwiat kontradyktoryjności nie zdążył jeszcze nawet wzejść ponad trawę, a już zbliża się do niego kosa legislacyjna.

Nie jest to mały projekt. Jego globalna ocena w krótkim tekście nie będzie więc możliwa. Wiele w nim rozwiązań szczegółowych, które wymagają pogłębionej analizy. Ważny jest jednak rdzeń projektu. I to właśnie do tego fundamentalnego założenia trzeba się odnieść. Tym rdzeniem jest pełny powrót do inicjatywy dowodowej sądu pierwszej instancji. Jak wiadomo, przewodnią ideą reformy procedury karnej przygotowywanej przez bez mała pięć lat i wprowadzonej latem ubiegłego roku po rekordowo długim, dwuletnim vacatio legis była próba ustawowego stłumienia bardzo silnego pierwiastka oficjalności w postępowaniu sądowym. Celem reformy było nadanie postępowaniu sądowemu zdecydowanie bardziej kontradyktoryjnego oblicza. Sąd miał się stać organem pasywnym, obserwującym tylko i bezstronnie oceniającym dowody przedstawiane i przeprowadzane przez strony.

Projekt zakłada powrót starego. Rezygnuje się w nim z nowego brzmienia art. 167 k.p.k. Dziś jest to przepis misternie rozwinięty, którego ważnym elementem jest wyjątek oparty na kryterium dość trudnym do strawienia dla umysłu prawniczego: ?„wyjątkowych wypadków, uzasadnionych szczególnymi okolicznościami". Projekt rządowy eliminuje ? podstawowe dla całej reformy ? obecne brzmienie art. 167 k.p.k. i przywraca jego dawną postać. Sąd znowu będzie miał obowiązek prowadzenia postępowania dowodowego z urzędu, a strony będą mogły rozwijać samodzielną inicjatywę dowodową wedle własnej woli obok inicjatywy dowodowej prowadzonej przez sąd.

Lekarstwa jak na lekarstwo

Przyznaję, że nie byłem specjalnym entuzjastą reformy procedury karnej z 2013 r. Nazywanie jej przez niektórych wielką reformą procesu karnego uważałem za przejaw bombastyki najczystszej próby. Bo o „wielkich reformach" powinni raczej mówić historycy prawa po wiekach od ich przeprowadzenia i dekadach (ustabilizowanej) praktyki sądowej. A nie sami ich twórcy, i to jeszcze zanim wyschnie atrament na podpisie prezydenta pod ustawą. Jak się okazało, jeden projekt legislacyjny może przekreślić największą nawet reformę procedury karnej.

Mniejsza o to. Nie byłem jednak entuzjastą tej reformy z powodów dokładnie przeciwnych niż te, którymi kieruje się rząd, zmierzając do przywrócenia status quo ante prowadzenia postępowania dowodowego w postępowaniu karnym. Uważam bowiem, że zamysł zerwania z dotychczasową praktyką daleko posuniętej oficjalności postępowania jurysdykcyjnego był sam w sobie bardzo sensowny i stanowił krok we właściwym kierunku. Fatalne strony praktyki postępowania jurysdykcyjnego w sprawach karnych (dominująca inicjatywa dowodowa sądu, bardzo słaba aktywność lub wręcz pasywność dowodowa stron), które prawie niepodzielnie panowały w naszych salach sądowych, trudno było wyrugować bez zdecydowanych zmian kodeksu. Korekty postępowania karnego były zatem niezbędne, a diagnoza problemów trapiących system mniej więcej trafiona. A jednak lekarstwo zostało zaaplikowane wadliwie, w zdecydowanie zbyt małej dawce. Mam na myśli cytowany „gumowy" wyjątek w przepisie art. 167 § 1 k.p.k., zobowiązujący sąd do prowadzenia dowodów tak jak w starym (tj. tym sprzed 1 lipca 2015 r.) postępowaniu. Jeżeli więc można było coś zarzucić reformie procedury karnej z 2013 r. (potem jeszcze znacząco zmodyfikowanej w lutym 2015 r., niestety ze zdecydowanie zbyt krótkim vacatio legis), to była to raczej jej zbytnia zachowawczość. Projektodawcy od samego początku prac nad nowelizacją dbali bowiem o to, by zachować (niemałe) elementy oficjalności postępowania dowodowego, co znacząco ograniczało możliwości wyrugowania z postępowania karnego zbyt dużej aktywności sądów, zostawiając jednocześnie zdecydowanie za szeroki margines na „własną" aktywność dowodową sądu. Zachowawczość zmian miała jednak także inny, nie mniej istotny efekt: ani zwolennicy starego systemu, ani wyznawcy kontradyktoryjności nie byli usatysfakcjonowani zmianami, uważając je – nie bez racji – za półśrodek.

Prokurator znów może spać spokojnie

Teraz jednak przestaje to mieć jakiekolwiek znaczenie wobec zmian proponowanych przez rządowy projekt. Ten zakłada całkowitą rezygnację z modelu kontradyktoryjnego postępowania dowodowego przed sądem. Powrót do dawnego systemu doprowadzi do petryfikacji fatalnej patologii nękającej od lat polski wymiar sprawiedliwości: pasywnego oskarżyciela publicznego, niezainteresowanego wynikiem sprawy i mogącego (dosłownie!) spać spokojnie na sali. Wszak ma on pewność, że sąd i tak będzie zmuszony do przejęcia i przeprowadzenia postępowania dowodowego za niego. Reforma z 2015 r. stwarzała przynajmniej możliwość przywrócenia jakiejś normalności w rozłożeniu aktywności dowodowej. Projekt rządowy ten szczytny cel reformy niestety w zupełności niweczy.

Zarzuty, że kontradyktoryjność narażała na niebezpieczeństwo prawdę materialną, można między bajki włożyć. Przecież sąd ma dziś (mowa o stanie prawnym po reformie z 2015 r.) obowiązek prowadzenia postępowania dowodowego w razie znaczącej pasywności oskarżyciela publicznego (niewątpliwie jest to bowiem właśnie „wyjątkowy wypadek, uzasadniony szczególnymi okolicznościami", który zobowiązuje sąd do przejęcia inicjatywy dowodowej). Trzeba sobie więc jasno powiedzieć, że głównym beneficjentem odwrócenia nowelizacji kodeksu postępowania karnego wcale nie będzie prawda materialna (o nią, jak powiedziałem, nie trzeba się było zbytnio martwić), lecz prokuratura. To prokuratura i prokuratorzy najwięcej zyskają na proponowanych zmianach, bo znowu sąd będzie obowiązany do prowadzenia bardzo szeroko zakrojonego postępowania dowodowego, mającego często na celu uzupełnianie ewidentnych braków dowodowych postępowania przygotowawczego (na marginesie należy zresztą powiedzieć, że rządowy projekt przywraca uchylone instytucje zwrotu sprawy do postępowania przygotowawczego i usunięcia istotnych braków tego postępowania). Odwrót od reformy z 2015 r. doprowadzi więc niechybnie do petryfikacji patologii w funkcjonowaniu prokuratury w postępowaniu sądowym.

Argumenty tylko papierowe

Największe zastrzeżenia budzi jednak to, że rządowy projekt odkręca kontradyktoryjność, nim praktyka zdążyła ją zweryfikować. Zaledwie pół roku obowiązywania zmienionego kodeksu postępowania karnego to, zważywszy na średni czas trwania postępowania przed sądem, zdecydowanie zbyt krótko, żeby powiedzieć cokolwiek o nowej procedurze. Na razie nie ma przecież żadnych empirycznych dowodów świadczących o tym, że 1 lipca 2015 r. wymiar sprawiedliwości w sprawach karnych uległ nieodwracalnej i całkowitej zapaści spowodowanej wprowadzeniem (bardzo przecież kompromisowej i bardzo umiarkowanej) formy kontradyktoryjności w postępowaniu dowodowym.

Na stronie internetowej Ministerstwa Sprawiedliwości projekt rządowy anonsowany jest jako zmierzający do „przywrócenia priorytetu prawdy materialnej". Szkopuł w tym jednak, że prawda materialna nawet na sekundę nie przestała być priorytetem postępowania karnego. Zmiany wprowadzone do treści przepisów art. 2 i 5 k.p.k. były tak subtelne i tak wyrafinowane, że mogły mieć najwyżej znaczenie w dysputach pomiędzy wytrawnymi procesualistami (dlatego je cenimy jako środowisko naukowe), ale byłoby czystą naiwnością sądzić, że mogły mieć realne znaczenie dla praktyki procesowej i wpłynąć na jej zmianę. Trudno zatem przywracać coś, co nigdy nie zostało odrzucone.

Jedna sprawa jest jednak w tym wszystkim znacznie ważniejsza. A może nawet najważniejsza. Odwracając reformę kodeksu postępowania karnego, nim miała ona szansę na dobre wejść do krwiobiegu praktyki i przejść chrzest bojowy, ustawodawca rezygnuje z niepowtarzalnej szansy uzyskania bezcennych danych pozwalających na empiryczną weryfikację założeń nowelizacji. Czy nie byłoby lepiej dać się sprawdzić (albo też nie sprawdzić) rozwiązaniom zaproponowanym przez ustawodawcę w 2013 r. (i 2015 r.) przez rok (albo nawet dwa lata?) i dopiero po tym czasie dokonać audytu legislacyjnego i podjąć decyzję co do modelu postępowania karnego? Dziś dysponujemy jedynie papierowymi argumentami bazującymi na takiej bądź innej wykładni przepisów i ocenach regulacji kodeksowej. Ale za dwa lata mielibyśmy do dyspozycji obszerny i wartościowy zestaw danych statystycznych pozwalających na dokonanie oceny funkcjonowania obu modeli procesu karnego (tj. modelu opartego na kontradyktoryjności i modelu opartego na oficjalności). Na miejscu ustawodawcy poczekałbym teraz dwa lata, dał szansę nowelizacji złapać oddech, a potem zebrał i ocenił dane statystyczne. I sprawdził, czy rzeczywiście np. liczba uniewinnień z powodu zastosowania zasady in dubio pro reo znacząco wzrosła w systemie kontradyktoryjnym, czy nowe przepisy rzeczywiście wymuszają na stronach większą aktywność dowodową etc. Miałaby więc reforma szansę stać się poligonem doświadczalnym i udowodnić to, czego na papierze, posługując się tylko suchą wykładnią, po prostu nie da się zrobić.

Decyduje silniejszy

Projekt rządowy niestety szansę tę zaprzepaszcza. A szkoda, bo moglibyśmy po raz pierwszy od niepamiętnych czasów oprzeć zasadnicze zmiany w procedurze karnej na systemie EBL (evidence-based legislation). Na razie mamy jednak raczej LBL (lobby-based legislation), w którym o kierunku zmian decyduje silniejsza pozycja przetargowa czy polityczna określonej grupy interesów.

Autor jest dr. hab., profesorem UW w Katedrze Kryminologii i Polityki Karnej, adwokatem w Izbie Adwokackiej w Warszawie

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL