fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Marek Migalski o tym kto dziś wygrywa wybory

Fanatycy, jak Beppe Grillo, „zrozumieli, że świat postliberalnej demokracji należy bardziej do nich niż do nudnych centrystów”.
AFP
Dziś w polityce opłaca się działać skrajnie.

W dobie postliberalnej demokracji o sukcesie politycznym decydują wyborcy skrajni. Czasy, gdy to elektorat centrowy rozstrzygał o zwycięstwach poszczególnych partii, odeszły do lamusa. I nigdy już nie wrócą.

Dziś możemy to powiedzieć z dużą dozą pewności – gdyby przeciwnikiem Donalda Trumpa był Bernie Sanders, to Ameryką rządziłby ten drugi. Na nieszczęście dla siebie demokraci postawili na bardziej centrową Hillary Clinton. I przegrali. Przegrali z najbardziej skrajnym kandydatem republikanów.

W Austrii drugą turę wyborów rozstrzygnęli między sobą skrajnie lewicowy Alexander Van der Bellen i skrajnie prawicowy Norbert Hofer. Kandydaci centrowych chadeków i centrowych socjaldemokratów odpadli już w pierwszej turze.

We Włoszech najbardziej prawdopodobnym zwycięzcą nadchodzących wyborów jest populistyczny Ruch 5 Gwiazd, a skrajnie prawicowa Marine Le Pen ma szansę na objęcie urzędu prezydenta Francji. Ostatnią elekcję do europarlamentu w Wielkiej Brytanii wygrał UKiP pod przywództwem Nigela Farage'a, a w Grecji zwycięstwa świętują radykalni lewicowcy.

Krzyk w modzie

To wszystko nie jest wypadkiem przy pracy, aberracją, dziwactwem politycznym. Ten katalog sukcesów polityków skrajnych świadczy o jednym – nadeszły czasy sukcesów formacji i programów radykalnych. A okres, gdy o losach politycznych swoich krajów decydował elektorat centrowy, odszedł do historii.

Dziś opłaca się mówić i działać skrajnie. Łamać zasady politycznej poprawności i marketingowych dekalogów. Obecnie w modzie jest krzyk, fanatyzm i brutalność. Wszelkie reguły politycznego PR wzięły w łeb. Nic po nich nie zostało.

To, co przez ostatnie dekady macherzy od politycznej technologii wpychali do głów politykom, niewarte jest dziś funta kłaków. Te wszystkie rady, jak nikogo nie zrazić do siebie, jak mówić obło i nie na temat, jak zadowalać każdy segment elektoratu, formułując frazy niezawierające żadnej treści – cały ten marketingowy chłam wart jest obecnie tyle, co szkolenia Piotra Tymochowicza z układania dłoni w wieżyczkę czy Eryka Mistewicza z budowania narracji.

W czasach nowoczesnej, postliberalnej demokracji opłaca się stawiać na kontrowersyjność, na skrajność, na radykalizm. Bo tylko w ten sposób można przebić się przez ocean bitów i newsów zalewających co godzina umysły widzów i słuchaczy. Tylko tak da się zwrócić na siebie uwagę elektoratu. Jedynie taka metoda zapewni oderwanie oczu konsumentów od swojej codziennej egzystencji i obdarzenie nas chwilą refleksji. Politycy umiarkowani, centrowi czy racjonalni nie mają na to żadnych szans. Giną w informatycznym oceanie. Ich głos nie dochodzi do uszu wyborców.

Wartość fanatyka

Rozwój nowoczesnych mediów, takich jak Facebook, Twitter, Snapchat i inne, spowodował, że docieranie do umysłów swoich zwolenników musiało oprzeć się na innej zupełnie zasadzie niż w czasach, gdy o tym, co będzie ważne i istotne, decydowano w newsroomach BBC, CNN czy TVN. Dziś, by być obecnym w świadomości elektoratu, trzeba nieustannie atakować go z ekranu komórki i laptopa. A żeby się tam znaleźć, trzeba wzbudzać emocje i kontrowersje. Bo inaczej nie będziemy mogli skorzystać z marketingu viralowego, nikt nas nie zauważy, nie będzie chciał przekazać znajomym w podesłanym linku.

Dlatego politykom opłaca się obecnie iść w radykalizm, popadać w skrajność, łamać dotychczasowe zasady i reguły. Tak tylko bowiem można utrzymać przy sobie uwagę wyborców i ich sympatię. Oraz zmobilizować fanatyków.

Ci bowiem są o wiele atrakcyjniejszymi wyborcami, niż zawsze marudzący centryści. Gdy raz już posiądzie się miłość radykała, pozostanie on z nami na długo. Nie będzie od nas wymagał niczego poza tym, by w miarę regularnie karmić go kolejnymi idiotyzmami. Idiotyzmami, które chętnie, za darmo i natrętnie będzie przesyłał wszystkim, których zna, z kim komunikuje się w sieci lub w życiu realnym. Jeden fanatyk wart jest dziesięciu wolontariuszy lub setki opłacanych działaczy.

Kto wpływa na niezdecydowanych

Ale żeby zaskarbić sobie jego miłość i wierność, trzeba nieustannie posuwać się do granicy absurdu, insynuacji i radykalizmu. Za nic mając wyborców środka – jest ich zresztą coraz mniej. Bo kurczy się klasa średnia; bo bycie centrystą jest coraz cięższe; bo życie w takim stanie wymaga o wiele większych poświęceń. Tak, tak – poświęceń. Ciągle zadawanie sobie pytań o sprawy zasadnicze, rezonerski stosunek do rzeczywistości, dzielenie włosa na czworo, mnożenie wątpliwości – taki stan wywołuje dysonans poznawczy i dyskomfort psychiczny. O wiele przyjemniej jest być fanatykiem jakiejś ideologii czy partii. O wiele prościej.

W sytuacji konfuzji informatycznej, kłopotów z jasnym określeniem się, zdecydowanie ciężej jest pójść do lokalu wyborczego i z czystym sercem zagłosować na jakąś partię. Dlatego czasami taki elektorat wybiera absencję wyborczą.

Fanatycy ze wszystkich stron nie mają tego problemu – nie mogą się doczekać dnia, gdy wreszcie dane im będzie oddać głos na ich ulubionego polityka. W oczekiwaniu na ten moment będą atakować wszystkich spotykanych w świecie realnym oraz wirtualnym i głosić im „radosną nowinę".

Co ważne – to oni właśnie mają wpływ na wahających się, którzy do ostatniej chwili nie wiedzą, na kogą mają zagłosować. W tych ostatnich dniach, a czasami nawet godzinach, każdej kampanii to przecież komunikaty i przekazy radykałów i „skrajniaków" najpewniej i najskuteczniej docierają do wahających się. Są o wiele głośniejsze i bardziej wyraziste, niż argumenty mainstreamowców i umiarkowanych. O wiele trafniej i głębiej zapadają ostatecznie w serca i umysły tych, którzy do ostatniej chwili nie wiedzą, kogo obdarzyć swym zaufaniem.

W świecie radykałów

I dziś to właśnie oni – radykałowie ze wszystkich stron – stali się najbardziej atrakcyjną częścią elektoratu. Kiedyś pogardzani, wyśmiewani w mediach głównego nurtu, odsądzani od czci i wiary przez prawnicze, politologiczne czy publicystyczne autorytety, biorą na nich srogą pomstę. Stworzyli własne kanały komunikacji, sami narzucają agendę publiczną, zmuszają do reakcji świat polityki.

Fanatycy zrozumieli, że przy pomocy nowych mediów są w stanie zepchnąć do narożnika umiarkowanych wyborców i umiarkowane partie. Że w ich mocy jest wyznaczenie ram wyborczej konfrontacji. A potem systematyczne łamanie owych ram. Że świat postliberalnej demokracji należy do nich. Bardziej niż do tych nudnych i banalnych centrystów z ich równie banalnymi centrystycznymi politykami.

Dlatego właśnie coraz częściej popularność, a potem władzę, zdobywają programy i postaci radykalne, skrajne i fanatyczne. I dlatego także świat, w którym ostatecznym decydentem był elektorat umiarkowany, jest już rzeczywistością minioną. Witajcie w nowym, wspaniałym świecie radykałów i fanatyków.

Autor jest politologiem, był europosłem PiS, PJN i Polski Razem

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA