fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

10 najważniejszych graczy światowej polityki w 2016 roku

AFP
Subiektywny ranking ludzi, którzy w kończącym się roku najbardziej wpłynęli na globalną politykę. Polaków w nim nie ma.

Donald Trump

Sprawca największego trzęsienia ziemi w polityce globalnej. Okazało się, że wyborcy w najważniejszym państwie Zachodu mogą zagrać na nosie establishmentowi i powierzyć władzę człowiekowi-zagadce. Zanim wygrał wybory prezydenckie w USA, a nawet zanim uzyskał nominację republikanów, już wzbudzał we wpływowych środowiskach liberalnych nieporównywalne z nikim zainteresowanie graniczące z przerażeniem. Nadzieja wykluczonych nie tylko w Stanach Zjednoczonych, mimo że on sam jest wzorcowym przedstawicielem znienawidzonych przez nich celebryckich elit, na dodatek otacza się drapieżnymi kapitalistami. Nie przejął jeszcze władzy, a już zdążył naruszyć zasady amerykańskiej polityki wobec Chin, Rosji i Bliskiego Wschodu. Jego słowa w kampanii wyborczej i co gorsza nominacje do administracji wzbudziły obawy o przyszłość NATO i bezpieczeństwa w naszym regionie. Niektórzy uspokajają, że Trump się zmieni, gdy zasiądzie w Białym Domu. Inni przewidują szybki impeachment.

David Cameron

Sprawca największego trzęsienia ziemi w polityce unijnej. I to nie tylko w kończącym się roku. Od czasu wielkiego rozszerzenia Unii Europejskiej na wschód nic tak nią nie wstrząsnęło jak referendum, w którym Brytyjczycy opowiedzieli się za wyjściem ze Wspólnoty. Premier, który zatrzymał Szkocję w Zjednoczonym Królestwie w 2014 r. i nieoczekiwanie zdobył większość w wyborach parlamentarnych w 2015 r., naiwnie uwierzył, że ma dobrą rękę do plebiscytów. I zamiast, jak planował, umocnić się na czele rządzącej Partii Konserwatywnej, wypadł z polityki, zapewne na zawsze. Jeżeli Brexit doprowadzi do kłopotów gospodarczych i zmniejszenia roli Brytanii, na co wiele wskazuje, to Cameron zajmie niechlubne miejsce w historii kraju. A wydawał się sprawny, dynamiczny i nowoczesny, wytyczał nowe kierunki konserwatyzmu, otwartego na przykład na mniejszości seksualne. Wydawał się też sojusznikiem Polski, ale w referendum, do którego doprowadził, Polska odegrała rolę dostarczyciela niechcianej siły roboczej. Nie tylko premier Cameron okazał się inny, niż się wydawało – wszyscy brytyjscy liderzy nie mają pomysłu na życie po referendum. Wielka Brytania okazała się wielce przereklamowana.

Władimir Putin

W wielu rankingach na pierwszym miejscu, i to nie tylko w tym roku. Tu prezydent Rosji ustępuje wymienionym wyżej głównym bohaterom wydarzeń najistotniejszych dla przyszłości Europy i całego Zachodu. Choć w drugoplanowej roli wystąpił i w nich, zwłaszcza na scenie amerykańskiej – kremlowscy hakerzy i propagandziści próbowali wpłynąć na wynik wyborów prezydenckich. Zamieszanie w świecie liberalnej demokracji bardzo mu sprzyja. A bardzo niewiele kosztuje. Wiele zachodnich mediów, w tym te, którym wcześniej nie podobała się „rusofobia" Polski, ocenia teraz polityków według klucza: proputinowski (czyli zły) czy antyputinowski (dobry). Inaczej z zachodnimi politykami – oni raczej czekają na to, by w nieskrępowany sposób wrócić do interesów z Putinem. Przeszkadzają w tym nieco sankcje nałożone na Rosję za agresję na Ukrainie, właśnie przedłużone chyba już tylko dzięki determinacji Angeli Merkel. Te sankcje to porażka Putina, wielkim sukcesem jest natomiast Syria, gdzie pomógł dyktatorowi odbić Aleppo. Nikt nie rozliczy go za zbrodnie na cywilach, których dokonało tam rosyjskie lotnictwo.

Salah Abdeslam

Syn prostych Marokańczyków, którzy wyemigrowali przed laty do Francji. Mechanik w zajezdni tramwajowej, potem menedżer w barze w Brukseli, w którym tamtejsi muzułmanie pili alkohol i zażywali narkotyki. Najmłodszy na tej liście (ma 27 lat). Trafił na nią jako symbol europejskiego dżihadu. I przykład zagrażającej społeczeństwom zachodnim szybkiej radykalizacji młodych muzułmanów. Terrorysta z tzw. Państwa Islamskiego. Współorganizator zamachów w Paryżu w listopadzie 2015 r. Przez cztery miesiące, do połowy marca tego roku (kiedy go złapano), najbardziej poszukiwany przestępca Europy. Wyrzut sumienia służb specjalnych i policji kilku bogatych i technologicznie zaawansowanych krajów. Korzystał między innymi z tego, że belgijskie prawo nie pozwalało funkcjonariuszom na wdarcie się do domu podejrzanego między 21.00 a 5.00. Ukrywał się w brukselskiej dzielnicy Molenbeek, niedaleko siedziby Komisji Europejskiej. Pomagali mu mieszkający tam muzułmanie, ale zdradził go również muzułmanin. Po przesłuchaniach w Belgii przekazany Francji. Przebywa w pełnym islamistów podparyskim więzieniu Fleury-Merogis. We Francji nabrał wody w usta, odmawia zeznawania przed sądem.

Recep Erdogan

Niegdyś określanie obecnego prezydenta Turcji mianem „sułtana" wydawało się mocno przesadzone, teraz już nie. Ma coraz więcej władzy w swoim kraju i coraz więcej wpływu na wydarzenia międzynarodowe, z tym że bardziej na te w Europie, do której już nie chce zmierzać, ale może zalać milionami imigrantów, niż na Bliskim Wschodzie, na którym zamierza rozdawać karty. Chwilowo pogodził się też z Putinem. W całym świecie islamu ugrupowania, z którymi sympatyzował i dla których jego Turcja była inspiracją – w stylu egipskiego Bractwa Muzułmańskiego – raczej przegrywają i trafiają do głębokiego podziemia. Wpływy Erdogana w samej Turcji wzrosły po nieudanym puczu 15 lipca. Prezydenta niewiele dzieliło od śmierci, podobno puczystom-pilotom zabrakło odwagi, by odpalić rakietę w kierunku jego samolotu. Po puczu zjednoczył wokół siebie znaczną większość narodu, skłonił do współpracy część opozycji. I przede wszystkim rozliczył się z prawdziwymi i domniemanymi wrogami. Głównie z tworzącymi państwo równoległe zwolennikami tajemniczego muzułmańskiego kaznodziei Fethullaha Gülena, którego prezydent uznał za organizatora puczu.

Franciszek

Ojciec Święty od zaskoczeń. W tym roku wzburzył zarówno kościelnych konserwatystów, jak i liberałów (w dużej części zresztą pozakościelnych, ale chętnie komentujących wydarzenia w Kościele). Doprowadził do buntu czterech konserwatywnych kardynałów, którzy w adhortacji apostolskiej Amoris laetitia dopatrzyli się wielkiego odstępstwa od doktryny – dopuszczenia rozwodników żyjących w nowym (tym razem już cywilnym) związku do komunii świętej. Zapachniało schizmą. Z drugiej strony papież zaszokował liberałów swoim stanowiskiem w sprawie małżeństwa. Podczas wizyty w Gruzji na spotkaniu z tamtejszą malutką wspólnotą katolicką powiedział, że trwa wojna przeciwko tradycyjnej rodzinie, a wielkim wrogiem małżeństwa jest teoria gender, niszcząca je ideologicznie. Równie trudno liberałom pogodzić się z obroną przez papieża życia poczętego. A w Polsce z nominacją konserwatysty na metropolitę krakowskiego. Reformatorski charakter pontyfikatu Franciszka nie polega jednak na realizacji wizji liberałów, ale na otwarciu się na człowieka, biednego, słabego, wykluczonego, dotkniętego tragedią. I na niezgodzie na zamiatanie grzechów Kościoła pod dywan.

Paul Magnette

Rok temu raczej nikt poza Belgią o nim nie słyszał. Socjalistyczny szef regionalnego rządu Walonii, który nagle stał się głównym rozgrywającym w sprawie umowy o wolnym handlu między całą Unią Europejską a Kanadą (CETA). Mimo że Walończycy prawie nie handlują z Kanadyjczykami. O jego względy zabiegali najważniejsi politycy unijni. Wykorzystał błąd europejskich liderów socjalistycznych, którzy bojąc się zarzutów o podejmowanie decyzji przez Brukselę ponad głowami obywateli, wymusili, by w sprawie CETA nie obowiązywała unijna większość kwalifikowana, ale jednomyślność, co w wypadku Belgii oznacza także głos Walonii. Przez parę tygodni Magnette był gwiazdą dla różnorakich przeciwników globalizacji i ekspansji wielkich koncernów. Nadzieję pokładali w nim ci, co walczą z GMO i o standardy ochrony środowiska. On sam jako przywódca walońskich socjalistów walczył przede wszystkim o to, by po następnych wyborach nie stracić stanowiska na rzecz rosnącej w siłę jeszcze bardziej lewicowej partii.

Angela Merkel

Wciąż najbardziej wpływowa kobieta świata. Ale w tym roku pani kanclerz wyraźnie w cieniu mężczyzn (oczywiście nie tych z Niemiec). To się może zmienić, jeżeli znowu wygra wybory do Bundestagu, które odbędą się we wrześniu lub w październiku. Liczy na to unijny establishment i wielu przywódców w Europie, także w Polsce. Wydaje się bowiem, że Merkel jest już jedynym w Unii gwarantem stabilności. I obrończynią staroświeckich europejskich wartości, co widać po podtrzymywaniu sankcji wobec Rosji, kraju, który naruszył zasadę nienaruszalności granic. Ale i ona nie kieruje się takimi wartościami wobec łamiących prawa człowieka przywódców, jeżeli ich rozdrażnienie mogłoby doprowadzić do zalania Europy przez nową falę imigrantów i zwiększyć ryzyko zamachów terrorystycznych. Na wyborcze decyzje Niemców w znacznym stopniu będą wpływały emocje związane z islamskimi przybyszami. Angela Merkel już wczuła się w nastroje i skierowała swoją partię, CDU, na prawo, odżegnując się od Willkommenskultur (wielkiej otwartości na imigrantów). I przypomniała, że litera C w nazwie ugrupowania oznacza, że odwołuje się ono do chrześcijaństwa.

Norbert Hofer

Prawie prezydent Austrii. Mimo powtórki politykowi skrajnej prawicy nie udało się jednak wygrać wyborów. Ale poparcie 46 procent obywateli dla antyunijnego populisty i nacjonalisty w jednym z najbogatszych krajów Zachodu jeszcze parę lat temu wywołałoby szok. Na dodatek przeciw niemu zmobilizował się cały establishment austriacki i nie tylko. Wynik jest na tyle dobry, że Partia Wolnościowa może poważnie myśleć o wygraniu wyborów parlamentarnych w 2018 roku. Zanim dojdzie do rozgrywki w Austrii, w najbliższym roku o władzę w krajach unijnych powalczą podobne ugrupowania – w Holandii (Partia Wolności Geerta Wildersa), Francji (Front Narodowy i Marine Le Pen) i w Niemczech (Alternatywa dla Niemiec), może też we Włoszech (Ruch 5 Gwiazd). Ich podobieństwo polega na tym, że są antybrukselskie, antyamerykańskie i prorosyjskie – to miks dla Polski bardzo groźny, choć fanów tych ugrupowań u nas nie brakuje. Na razie wydają się bez szans w Niemczech. I z raczej skromnymi we Francji. Ale po Brexicie i Trumpie, po huśtawkach nastrojów wywoływanych przez imigrantów obstawianie wyników się skomplikowało.

Raszid Ghanuszi

Charyzmatyczny przywódca islamistycznej partii Nahda, współrządzącej w Tunezji – jedynym państwie arabskim, w którym po rewolucjach rozpoczętych sześć lat temu udało się zachować demokrację. To islamista wymarzony dla Zachodu. Ogłosił w tym roku to, co wydawało się niemożliwe w islamie – rozdzielenie meczetu od państwa. Jego partia przyjęła to ze spokojem, wyrzekła się terroru i radykalizmu. A jest to ugrupowanie wyrosłe z ideologii egipskiego Bractwa Muzułmańskiego. Egipscy Bracia siedzą masowo w więzieniach, niektórzy z wyrokami śmierci, a tunezyjscy krewni uczestniczą w rządzeniu i wytyczają nowe drogi islamizmowi. Ghanuszi wrócił do kraju na początku 2011 r. po upadku dyktatora Ben Alego i po dwóch dekadach emigracji na Zachodzie. Już wtedy mówił, że wiele Zachodowi zawdzięcza i nie będzie mu sprawiał kłopotu. Nie wszyscy jednak Ghanusziemu uwierzyli, dziś zresztą też nie wszyscy są pewni, czy Nahda nie mówi tego, co Zachód chce usłyszeć, a jak przejmie całkowitą władzę, pokaże inną twarz.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA