fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Marek Migalski: Hołownia, czyli problem partii

Szymon Hołownia może przekonać wyborców brakiem partyjnego szyldu
Reporter, Beata Zawrzel
Kandydaci PSL i PO mogą zacząć tracić najszybciej.

Wejście do prezydenckiej rozgrywki Szymona Hołowni może znacząco zmienić jej dynamikę. Dziennikarz ma bowiem zdolność do odbierania głosów zarówno Andrzejowi Dudzie, jak i kandydatom opozycji – ze szczególnym uwzględnieniem Władysława Kosiniaka-Kamysza, jak i reprezentanta/reprezentantki Koalicji Obywatelskiej. Jego ewentualne zwycięstwo zrewolucjonizowałoby zaś całą polską politykę.

Hołowni nie da się nie lubić. To jego największy atut polityczny. Po prostu, facet jest cholernie sympatycznym człowiekiem. Drugim atutem jest to, że swoimi poglądami idealnie odpowiada przeciętnemu Polakowi – jest współczującym katolikiem, umiarkowanym konserwatystą, zwolennikiem członkostwa w UE. Zarówno więc osobowościowo, jak i ideologicznie idealnie nadaje się na kogoś, kto może powalczyć o najwyższy urząd w państwie. Ponadto nie jest, jak to się często mówi, tylko celebrytą – owszem, jest znany, ale nie z tego, że jest znany, ale ze swojej działalności dziennikarskiej, medialnej, charytatywnej, a nawet pisarskiej (jego ostatnia książka o zwierzętach pokazuje, że można być katolikiem i nie przejawiać tzw. gatunkizmu wobec naszych braci mniejszych).

Jest zatem Hołownia idealnie sprofilowany, by spodobać się jak największej liczbie wyborców. Czy tak się stanie i rzeczywiście zagrozi on nominatom partyjnym? Wiele zależy od tego, kto za nim stoi, jakie środowisko zgromadził wokół siebie, na jakich fachowców może liczyć, wreszcie – ile zdoła zgromadzić pieniędzy na półroczną kampanię. Wszystkie te pytania pozostają na dzisiaj bez odpowiedzi. Ale można próbować sobie zadać pytania o to, komu może on odbierać głosy i jakie ma na to szanse.

Prowadzący „Mam talent" ma być rywalem obecnego prezydenta i jego profil ideowy może mu na to pozwalać. Jest umiarkowanym prawicowcem, zatem pewien fragment elektoratu Dudy może ujrzeć w nim reprezentanta swoich poglądów, ale bez łatki pisowskości i konieczności tłumaczenia się za działania partii Jarosława Kaczyńskiego. To dla jakiejś części wyborców obecnego lokatora Belwederu może okazać się wystarczające, by oddać głos na Hołownię. Efektem tego byłoby zmniejszenie szans Dudy na dobry wynik w pierwszej i drugiej turze.

Ale nowy uczestnik prezydenckiego boju jest jednak reprezentantem obozu, który nie ukrywa się z krytyką obecnie rządzących i jego głównym celem jest, jak można rozumieć, zatrzymanie pisowskiej rewolucji. Dlatego możliwość pozyskiwania elektoratu Dudy będzie mieć swoje granice. I tu zaczyna się problem innych kandydatów opozycji, bowiem jeśli wyborcy niechętni rządzącej partii rozpoznają w Hołowni nie tylko swojego reprezentanta, ale także osobę, która może pokonać Dudę, to mogą zacząć na niego właśnie przerzucać swoje głosy. Dotyczy to przede wszystkim elektoratu PSL i KO. Ich reprezentanci mogą najszybciej zacząć tracić na rzecz nowego gracza.

Kto zatem powinien czuć się zagrożony – Duda czy może jednak Kosiniak-Kamysz i Małgorzata Kidawa-Błońska (lub Jacek Jaśkowiak)? Odpowiedź brzmi – wszyscy, ale w różnych turach. W pierwszej turze Hołownia stanowi największe zagrożenie dla innych kandydatów opozycji. Będzie jednym z nich, bo wszak jasno spozycjonuje się jako ten, który kwestionuje obecne rządy, zatem pewna część wyborców antypisowskich może na niego przerzucić swoje sympatie, upatrując w nim tego, który jest zdolny pokonać znienawidzonego przez nich Dudę.

I nawet jeśli ostatecznie Hołowni nie udałoby się wyprzedzić kandydatki (kandydata) KO, to i tak poczyniłby poważne szkody w obozie opozycji, zaniżając jej/jego wyniki oraz wynik prezesa PSL. W takim przypadku ostatecznie zadziałałby na korzyść reprezentanta PiS, bowiem pewna część elektoratu, która poparłaby go w pierwszej turze, mogłaby nie chcieć w drugiej oddać głos na partyjnego kandydata PO/KO. Jasne jest bowiem, że Hołownia musiałby zniechęcać od początku swej kampanii do oddania głosu na partyjnych nominatów opozycji i mogłoby potem, po pierwszej turze, zabraknąć czasu do przekonywania, dlaczego obecnie są dobrzy i należy ich poprzeć, jeśli przez pół roku przekonywało się swoich zwolenników, że nie są dobrzy i nie należy na nich głosować.

Ale jeśli Hołowni udałoby się pokonać wszystkich reprezentantów opozycji i wejść do drugiej tury, wówczas miałby o wiele większe niż oni szanse na pokonanie Dudy. Dlaczego? Bo wyborcy opozycyjni o wiele łacniej oddaliby na niego głosy niż na reprezentanta partii konkurencyjnej. Mówiąc konkretnie – Hołownia jest bardziej akceptowalny dla elektoratu ludowców czy lewicy niż członkini lub członek PO (nawet jeśli w przypadku lewicowców jego osobiste poglądy mogą im się mniej podobać niż poglądy Kidawy-Błońskiej czy Jaśkowiaka). Brak afiliacji partyjnej ułatwiłby mu zyskiwanie sympatii wyborców wszystkich formacji opozycyjnych. Nie bez znaczenia byłoby także i to, że jako bezpartyjny prawicowiec, katolik i konserwatysta miałby większe szanse na zyskanie sympatii pewnej części wyborców Dudy i kandydata Konfederacji niż reprezentant PO.

Mówiąc krótko, jeśli nasilające się pogłoski o starcie Hołowni potwierdzą się, to znaczy, że problem w pierwszej turze będą z nim mieli reprezentanci KO i PSL, bo im przede wszystkim będzie odbierał głosy, ale w drugiej turze (gdyby do niej wszedł) byłby najgroźniejszym ze wszystkich konkurentem obecnego prezydenta. Jego wejście do gry jest zarówno wyzwaniem dla istniejących partii opozycji (jak Andrzeja Olechowskiego w 2000 r.), jak i dla urzędującej głowy państwa (jak Pawła Kukiza w 2015 r.). Od talentów samego Hołowni, umiejętności jego zaplecza, ale także od skuteczności polityków PO, PSL, lewicy oraz – co niebagatelne – PiS zależy, jaki będzie wynik tego zaskakującego „gamechangera".

Choć ostatecznie najważniejszym arbitrem i decydentem będzie polskie społeczeństwo – nadarzy się doskonała okazja do sprawdzenia, czy jego ciągłe pohukiwania, że jest zmęczone i znudzone dotychczasową klasą polityczną i chce zmiany, są jedynie mitem, czy też naprawdę będzie chciało sobie zafundować poważną rewolucję i przewietrzenie salonów.

Autor jest dr hab. politologii na Uniwersytecie Śląskim

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA