fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Andrzej Talaga: Czy Polsce grozi atak atomowy?

123RF
Jak silne jest NATO.

Polska tkwi obecnie w rodzaju strategicznego limbo pomiędzy decyzjami szczytu NATO w Warszawie a ich realizacją, co ma nastąpić w przyszłym roku. Kiedy już na wschodniej flance paktu pojawią się bojowe grupy batalionowe i amerykańska ciężka brygada, odetchniemy z ulgą, bo wojna z nami będzie dla agresora oznaczała automatycznie starcie z głównymi państwami NATO. Niestety, rosyjska myśl strategiczna – a należy chylić przed nią czoło – znalazła sposób na ich wyłączenie z walki w postaci straszaka nuklearnego, czyli ograniczonego uderzenia taktycznego.

Według wszelkiego prawdopodobieństwa zostałoby ono przeprowadzone na terytorium Polski i nie pociągnęłoby za sobą odwetowego kontrataku jądrowego ze strony USA. Paradoksalnie, im silniejsza obecność NATO w Polsce, tym większe prawdopodobieństwo Hiroszimy nad Wisłą.

Taktyczne użycie broni jądrowej zwane jest doktryną deeskalacji lub doktryną Gierasimowa – od nazwiska szefa sztabu rosyjskiej armii Walerija Gierasimowa, który ją opracował. Rosjanie wiedzą, że nie są w stanie wygrać wojny konwencjonalnej z NATO, nie chcą też wchodzić w pełnowymiarowy konflikt nuklearny, ponieważ – pomimo redukcji arsenałów – Rosja i Ameryka nadal dysponują potencjałem wystarczającym do wzajemnego wyniszczenia się. Wyjściem z tej pułapki ma być właśnie „strzał" nuklearny na postrach. Obecnie bowiem Moskwa nie planuje szerokich operacji ofensywnych w rodzaju tych z czasów zimnej wojny. Nie ma mowy o zajmowaniu Europy, a nawet naszego kraju, tym razem chodzi wyłącznie o państwa bałtyckie oraz północno-wschodnią Polskę, ale nie jako cel właściwy, ale w ramach operacji odcinającej pomoc dla Estonii, Litwy i Łotwy. Możliwe są dwie opcje użycia taktycznej broni nuklearnej.

Pierwsza to uderzenie w siły idące z pomocą zaatakowanym państwom, czyli wojska amerykańskie, ale także brytyjskie czy niemieckie. Ta opcja ma zalety militarne, niweluje bowiem natowską przewagę konwencjonalną, jest jednak ryzykowna strategicznie, może bowiem sprowokować nuklearne uderzenia odwetowe oraz/lub wejście państw, których żołnierze zginęli w nuklearnym ataku, do długotrwałej wojny z Rosją na wyczerpanie.

Opcja druga jest mniej korzystna militarnie, ale kusząca strategicznie. To pokazowy cios wycelowany w miasto na szeroko pojętej trasie przemieszczania się sił posiłkowych. Wiemy z przeprowadzanych przez Rosjan ćwiczeń, że ofiarami mogą być Warszawa i Sztokholm. Taki atak nie doprowadzi do zagłady żołnierzy zachodnich, da jednak do myślenia państwom idącym z odsieczą, czy aby brnąć w nią dalej, czy może lepiej rozpocząć negocjacje z Moskwą, oddając jej państwa bałtyckie.

Zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku najbardziej prawdopodobnym miejscem uderzenia nuklearnego będą ziemie polskie. Konsekwencje takiej eksplozji są nieznane. W razie ataku na państwa bałtyckie Polska stanie zatem przed decyzją, czy poprzeć interwencję NATO i udostępnić swoje terytorium do działań operacyjnych, narażając się na uderzenie nuklearne, czy też niuansować reakcję, na przykład ograniczyć się do działań ściśle obronnych wyłącznie w ramach polskiego terytorium i szukać porozumienia z Rosją kosztem państw bałtyckich. Ten drugi wariant jest właśnie strategicznym celem doktryny Gierasimowa. Moskwa chce, by polskie władze, tak jak inne rządy państw NATO, stanęły przed koniecznością podjęcia decyzji, czy bronić Estonii, Łotwy i Litwy, narażając się tym samym na atak nuklearny, czy też je oddać.

Wymogi strategii, długofalowy interes państwa polskiego, każe walczyć pomimo zagrożenia ciosem atomowym, bo uległość zachęci do dalszej agresji, ale będzie to straszna decyzja wymagająca wielkiego hartu ducha naszych przyszłych przywódców. Będą mieli taką odwagę?

Autor jest dyrektorem ds. strategii Warsaw Enterprise Institute, doradcą firm zbrojeniowych

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA