Rzecz o polityce

Kołodko: Nowy pragmatyzm z chińską charakterystyką

Czy Chiny pomogą znaleźć rozwiązanie konfliktu wokół nuklearnego programu Korei Północnej? Na zdjęciu ubiegłotygodniowe spotkanie chińskiego prezydenta Xi Jinpinga (z prawej) z północnokoreańskim przywódcą Kim Dzong Unem.
AFP
W świecie toczy się wielka gra o racjonalizację globalizacji.

Tak jak ćwierć wieku temu w obliczu zakończenia zimnej wojny po rozpadzie Związku Radzieckiego naiwnością było oczekiwanie, że to Stany Zjednoczone, korzystając ze swej potęgi gospodarczej, w tym finansowej oraz politycznej i militarnej, „zbawią świat" i zostaną jego postępowym przywódcą, tak naiwnością obecnie byłoby spodziewanie się czegoś podobnego po Chinach. Nie mają one na to ani środków, ani – w odróżnieniu od USA – chęci, o co niektórzy je podejrzewają, a inni nawet oskarżają.

Chiny bynajmniej nie pragną świata zdominować, tylko wykorzystać globalizację z pożytkiem dla siebie i niekoniecznie kosztem innych, ale czasami wręcz im pomagając.

Druga zimna wojna

W tym między innymi celu Ogólnochińskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych na tegorocznej, właśnie zakończonej sesji powołało nowe ciało, które ma się zajmować koordynowaniem pomocy gospodarczej Chin dla krajów uboższych. Stało się to niedługo potem, jak Stany Zjednoczone ostro obcięły swe środki na ten cel (Overseas Development Assistance, ODA) po to, aby móc zwiększyć wydatki zbrojeniowe. Rozkręcają one w ten sposób nowy wyścig zbrojny, w którym Chiny niestety też uczestniczą, bo zwiększają w tym roku swój budżet wojskowy o 8,9 proc., a więc ich udział w dochodzie narodowym rośnie, ponieważ zakłada się zwiększenie PKB o 6,5 proc.

Co gorsza, Stany Zjednoczone rozpoczęły wojnę handlową – zarówno z adwersarzami, jak i z politycznymi oraz militarnymi sojusznikami – której wygrać nie są w stanie. Koniec końców wojny handlowe sprowadzają się do tego, kto mniej straci, a nie kto więcej zyska. Prezydent Donald Trump po nałożeniu protekcjonistycznych ceł na import stali i aluminium ogłosił swą kolejną decyzję o importowych cłach w wysokości co najmniej 60 miliardów dolarów na różnorodne chińskie towary poszukiwane przez amerykańskich konsumentów i producentów. Decyzje te zaszkodzą, a nie pomogą Stanom Zjednoczonym, choć odczuwalne to będzie dopiero po listopadowych wyborach, które mogą odebrać republikanom większość w amerykańskim Senacie.

Takie błędy w polityce gospodarczej nie tylko osłabiają współpracę międzynarodową i utrudniają właściwe ukierunkowanie nieodwracalnej globalizacji poprzez nadawanie jej bardziej inkluzyjnego charakteru, lecz pogarszają i tak już złą sytuacją na światowej scenie. Jeszcze kilka lat temu, podczas prezydentury Baracka Obamy, niektórzy pokładali nadzieję na sprostanie piętrzącym się globalnym wyzwaniom w swoistym, kierowanym pragmatyzmem sojuszu USA i Chin, jednak tzw. Chimeryka nie rozwinęła skrzydeł.

Bez twardego lądowania

Zamiast tego zbieganie się militaryzmu z nacjonalizmem i protekcjonizmu z krótkowzroczną zaściankowością spycha świat coraz bardziej na manowce drugiej zimnej wojny. Tę pierwszą wygrał Zachód, ale tej drugiej nie wygra; to już nie jest możliwe. Jaki będzie rezultat tego starcia, zasadniczo zależy od tego, jak sobie ze współczesnymi wyzwaniami radzić będą z jednej strony Stany Zjednoczone i Unia Europejska, a z drugiej Rosja i Chiny. Niebagatelną rolę odegrają także Indie, a i mniejsze kraje mogą tak sprawie pomóc, jak i jej zaszkodzić. Decydujące wszak obok USA są i będą Chiny.

Jedni wiele – obawiać się można, że zbyt wiele – obiecują sobie po zakreślonym przez Chiny z ogromnym rozmachem, ale wciąż jeszcze bez konkretów programie infrastrukturalnym pod nazwą Inicjatywa Pasa i Dogi, BRI w skrócie od angielskiej nazwy Belt and Road Initiative, popularnie określanym jako Nowy Jedwabny Szlak, i jego regionalnymi odsłonami, jak zaadresowana do Europy Środkowo-Wschodniej, do Polski także, Inicjatywa 16+1.

Inni obawiają się uzależniania od Chin, podkreślając utrzymujące się w wielu przypadkach duże deficyty handlowe oraz ryzyko nadmiernej penetracji rodzimych przedsiębiorstw i sektorów gospodarczych przez chiński kapitał. Jedni – zwłaszcza naiwni politycy, których niestety w żadnym kraju nie brakuje – nierealistycznie zakładają, że Chiny pomogą im w rozwiązywaniu krajowych problemów, z którymi sami sobie nie radzą, jeszcze inni przestrzegają, aby tym razem nie wpaść w pułapkę zaciągania nadmiernych zobowiązań wobec Chin. Są też i tacy – łącznie z USA pod administracją Donalda Trumpa – którzy najzwyczajniej Chin się boją, bo nie potrafią sobie poradzić z ich rosnącą konkurencyjnością.

Tak czy inaczej, spodziewać się można coraz większej obecności Państwa Środka w procesach gospodarczych – inwestycyjnych i produkcyjnych, finansowych i handlowych – biegnących w innych częściach świata. Choć twierdzenie o globalizacji z chińską charakterystyką byłoby przesadne, to lekceważenie roli Chin we wpływie na przyszłość światowej gospodarki byłoby naiwne. Rola Chin zwiększa się z roku na rok i tak też będzie w dającej się przewidzieć przyszłości.

Od kilkunastu już lat słychać o nadchodzącym tuż-tuż „twardym lądowaniu" chińskiej gospodarki, co miałoby polegać na radykalnym spadku wciąż bardzo wysokiego tempa wzrostu. Jak dotychczas wszak rzeczywistość zaskakuje i zadaje kłam czarnym prognozom. Przez dziesięć lat po kolei – od roku 2001 do 2010 – każdorazowo wzrost PKB przewyższał prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Podobnie jest w tej dekadzie. Także w ubiegłym roku wzrost PKB wyniósł więcej, niż prognozowano, bo aż 6,9 proc., ponaddwukrotnie przewyższając średnią światową. Gdyby Chinom udało się utrzymać taką dynamikę przez kolejne lata, to już w 2026 roku osiągnęłyby taki dochód na głowę (PKB według parytetu siły nabywczej), jakim Polacy cieszą się w tym roku, a więc około 30 tysięcy dolarów. Tyle że tych chińskich głów wtedy będzie już ponad miliard 400 milionów...

Trwa zatem okres szybkiego tempa wzrostu chińskiej gospodarki, aczkolwiek już nie tak żwawo jak wcześniej, i kraj ten jakoś nie zamierza twardo lądować. Wznosi się nadal w tempie, przy którym dochód prawie podwaja się co dziesięć lat. Jednakże na dłuższą metę Chiny zwolnią, a skalę tego zwolnienia chcą niwelować z jednej strony przesuwaniem się wewnątrz gospodarki od wielkiej ekspansji inwestycyjnej do wzrostu w większym stopniu ciągnionym przez konsumpcję, na zewnątrz zaś zwiększając eksport kapitału i realizując rozmaite bezpośrednie inwestycje zagraniczne. Jednych to raduje, bo potrzebują kapitału i technologii, które Chiny posiadają, innych martwi, bo relatywnie słabnie ich pozycja w światowej gospodarce.

„Chinizm" globalny?

Inaczej niż w przyrodzie, w polityce i gospodarce żaden system nie jest czysty, zawsze bowiem mamy do czynienia z jakąś ich mieszanką. Tak jest w przypadku Chin, gdzie sprzęgają się ze sobą jeszcze nie do końca zlikwidowane elementy socjalistycznej gospodarki centralnie planowanej z elementami otwartej gospodarki rynkowej, gdzie przenikają się wciąż znaczące symptomy państwowego etatyzmu ze zliberalizowaną kapitalistyczną przedsiębiorczością.

To bardzo ważne, że akurat w Chinach – tym tak wiele znaczącym dla przyszłości świata kraju – coraz wyraźniej do głosu dochodzi nowy pragmatyzm. Opowiadając się za globalizacją przy wskazywaniu zarazem na imperatyw jej większej inkluzyjności, dostrzegając nieodzowność zmniejszania skali nierównowagi handlowej i finansowej w światowej gospodarce, troszcząc się nawet bardziej niż niektóre kraje wysoko rozwinięte o równowagę ekologiczną (skądinąd do zakłócenia której wcześniej sporo się przyczyniając), Chiny wchodzą powoli na ścieżkę polityki gospodarczej sugerowaną przez nowy pragmatyzm. Neoliberalizmu tam prawie nie ma, skorumpowanego kapitalizmu państwowego coraz mniej (choć cały czas za dużo), natomiast wątków związanych z nowym pragmatyzmem coraz więcej.

Nikt bowiem na taką skalę i z takimi globalnymi konsekwencjami nie potrafi równie skutecznie zgrywać potęgi niewidzialnej ręki rynku z widzialną ręką państwa. Lepiej robią to tylko państwa nordyckie, także Kanada, ale ich wpływ na procesy biegnące w światowej gospodarce jest znikomy.

Toczy się wielka gra o racjonalizację globalizacji. To – obok kwestii bezpieczeństwa i troski o stan środowiska naturalnego – być albo nie być naszej cywilizacji. Chiny istotnie pomóc mogą we współkształtowaniu pożądanego oblicza przyszłości, limitując piętrzące się globalne zagrożenia i ryzyko wielkiej katastrofy daleko wykraczającej poza obszar ekonomiczny. A to światu grozi, jeśli udałoby się ponownie skierować gospodarkę z jednej strony na neoliberalne tory business as usual, z drugiej natomiast, jeśli nie uda się opanować eskalacji nowego nacjonalizmu, także – a może zwłaszcza – tego gospodarczego Made in USA. Można wszakże mieć nadzieję, że nie stanie się ani jedno, ani drugie, a to w dużej mierze właśnie za sprawą Chin.

Jeśli obronią one wolny handel przed zakusami ekonomicznych nacjonalistów, jeśli wraz z Unią Europejską i innymi krajami uratują paryskie porozumienie w sprawie przeciwdziałania ocieplaniu klimatu i wyperswadują Stanom Zjednoczonym karygodny zamiar wycofania się z tego projektu, jeśli inwestując w następnych dekadach biliony dolarów w Afryce i na Bliskim Wschodzie, stymulować będą tam wysokie tempo wzrostu, co poprzez poprawę warunków życia i przyhamowanie eksplozji demograficznej uratuje Europę przed dopływem dziesiątków milionów imigrantów, jeśli pomogą znaleźć rozwiązanie konfliktu jątrzącego się wokół nuklearnego programu Korei Północnej, podobnie jak pomogły w przypadku Iranu, to wszyscy na tym skorzystamy.

Cztery wielkie „jeśli..."

Tych „jeśli" jest więcej. Największe z nich to ostrzeżenie, że jeśli Chiny nie uporają się z syndromem demograficznym – jeśli rozumnie go nie pokonają, posługując się trójczłonowymi działaniami w sferze polityki ludnościowej, sterowanej imigracji i technologii substytuujących pracę – to wyzwania wynikające z nieuniknionego starzenia się społeczeństwa zahamują ich brawurowe kroczenie ścieżką dynamicznego rozwoju gospodarczego. Jeśli to im się nie uda, to utkną gdzieś po drodze realizacji śmiałego i optymistycznego planu zbudowania do połowy XXI wieku „wielkiego nowoczesnego kraju socjalistycznego, który będzie prosperujący, silny, demokratyczny, kulturowo zaawansowany, harmonijny i piękny", co optymistycznie zapowiedział Xi Jinping, chiński przywódca.

Ten plan planem pozostanie, jeśli – i to jest drugie wielkie „jeśli" – nie potrafią trójczłonowymi działaniami w sferze edukacji, rozwoju regionalnego i transferów budżetowych odczuwalnie zmniejszyć skali zróżnicowania majątkowego i dochodowego, które jest większe niż nawet w wielu krajach tradycyjnie kapitalistycznych, łącznie ze Stanami Zjednoczonymi. Obecne nierówności dochodowe w chińskim społeczeństwie są nie do utrzymania.

Piękny to może być kraj, który jest czysty i cieszy swych mieszkańców pięknem nieskażonej przyrody, więc jeśli – to trzecie wielkie „jeśli" – Chiny chcą być piękne, cały czas będąc ogromnie zatłoczone, to muszą chronić środowisko naturalne i troszczyć się o równowagę ekologiczną. Sporo już czynią w tej kwestii, ale jeśli nie zrobią dużo więcej, to udowodnią, że nie sposób być brudnym i pięknym.

Wreszcie nie będzie żadnej harmonii i piękna, jeśli – i to jest czwarte wielkie „jeśli" – na fali swych olbrzymich osiągnięć gospodarczych i wzmacniania pozycji w świecie dałyby się ponieść pokusie agresywnej polityki zewnętrznej i nieproszone usiłowały swój model narzucać innym bądź dały się wciągnąć w konflikty zagraniczne.

W długotrwałych procesach gospodarczych zawsze jest tak, że rozwiązywanie jednych problemów łączy się z wyłanianiem się innych. Nie inaczej jest we współczesnym świecie. To dla wielu zaskoczenie i paradoks, ale dziś w radzeniu sobie z piętrzącymi się trudnościami bardziej niż na Stanach Zjednoczonych polegać można na Chinach. Nie trzeba się ich bać i zwalczać. Trzeba na nie liczyć i z nimi pragmatycznie współdziałać.

Autor jest profesorem ekonomii, wykładowcą Akademii Leona Koźmińskiego. Autor m.in. czterech książek i ponad 50 artykułów naukowych opublikowanych w języku chińskim. Międzynarodowy doradca Center for China and Globalization, gościnnie wykłada na Uniwersytecie Normal w Pekinie

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL