Rzecz o polityce

Debata publiczna w Polsce: Brak reakcji na argumenty

fot. Adrian Grycuk
Wikimedia Commons
W dyskusji publicznej w Polsce w ostatnich kilku latach pojawiło się dużo tematów, w których uczestnicy, głównie politycy i sympatycy PiS, praktycznie nie reagują na poparte faktami argumenty osób inaczej myślących.

Niektórzy z tych niereagujących to ludzie z doktoratami i akademickim doświadczeniem w krytycznych analizach. Dla mnie jako akademika jest to sytuacja nowa i trudna do zrozumienia. Podaję kilka tematów, gdzie podziały w poglądach są niezwykle duże, chociaż w świetle faktów być nie powinny.

Katastrofa smoleńska

W tej sprawie jest co prawda kilku ważnych sympatyków PiS (poseł Kornel Morawiecki, prezydent Andrzej Duda, minister Jarosław Gowin), którzy nie podzielają całkowicie lub w dużym stopniu stanowiska ministra Macierewicza. Ale sympatyzowanie z tym stanowiskiem przez kilka kluczowych osób w PiS i tzw. twardy elektorat partii jest jednym z najważniejszych powodów głębokiego podziału społeczeństwa.

Tymczasem fakty zebrane przez Komisję Millera i wojskową prokuraturę są raczej rozstrzygające. Interpretacja naturalna jest taka, że tu chodzi tylko o politykę, o wykorzystywanie tej katastrofy w walce o władzę. W historii narodów, także tej najnowszej, było szereg podobnie spektakularnych i niszczących zachowań przywódców.

W latach 30. XX w. Stalin zorganizował zabójstwo Kirowa, popularnego polityka Leningradu i potencjalnego politycznego konkurenta, a następnie oskarżył o tę zbrodnię i wymordował setki tysięcy osób podejrzewanych o wewnątrzpartyjną opozycję.

W Polsce nikt na razie nie zginął, ani nawet nie jest w więzieniu, za „spowodowanie" katastrofy smoleńskiej. Ale koszty społeczne podtrzymywanych niszczących podziałów, utrzymujących stan zapalny na scenie politycznej, są duże i być może nawet rosnące. Apele o przerwanie tej wojny polsko-polskiej zostały, jak na razie, odrzucone.

Przyczyny Brexitu

Politycy PiS w większości twierdzą, że Brytyjczycy zagłosowali za wyjściem z Unii pod wpływem jej otwarcia się na dużą ostatnio imigrację spoza krajów Wspólnoty oraz w odpowiedzi na nadmierną w ich ocenie unijną biurokrację. Głównymi autorami Brexitu mają być KE oraz kanclerz Merkel. Takie stanowisko podtrzymuje w kraju oraz na forum międzynarodowym pani premier Szydło.

Tymczasem głównym powodem niepokoju dla Brytyjczyków była fala imigracyjna z Europy Centralnej, głównie z Polski, po roku 2004. Rząd Blaira otworzył rynek pracy zaraz po rozszerzeniu UE. Do Wielkiej Brytanii napłynęło około 2,5 mln osób. W odróżnieniu od Hindusów czy Pakistańczyków nowi imigranci nie mówili po angielsku, albo mówili bardzo słabo, więc ich odrębność była mocno zauważalna.

Problemem dla Brytyjczyków, może nawet problemem głównym, był fakt, że tego napływu nie można zastopować inaczej niż tylko przez opuszczenie UE. W świetle tego faktu stanowisko polskiego rządu musi być odbierane w całej Unii, także w Polsce, jako agresywnie antyeuropejskie. Ta irracjonalna wojna Polski jest również ewidentnie szkodliwa zarówno dla Polski, jak i dla Wspólnoty.

Reforma UE

Stanowisko zajęte przez rząd Polski jest następujące: umocnienie UE jest wskazane, ale wiedzie przez osłabienie Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego na rzecz narodowych parlamentów i rządów, przez odrzucenie idei jej fundamentu w postaci wspólnych zasad państwa prawa w oparciu o wspólne wartości.

W kwestii „reform" i umocnienia UE rząd Polski chce być „bardziej ambitny" niż reszta krajów Unii, ale UE dwóch czy kilku prędkości jest „nie do zaakceptowania". Rząd pani Szydło i prezes Kaczyński mówią tak, pomimo iż wiedzą, że UE już w tej chwili jest podzielona na strefę euro i kraje poza tą strefą. Zapewne też przypuszczają, że proces konsolidacji i „jednoczenia" w strefie euro będzie nadal postępował. Tymczasem Polska, reprezentowana przez obecny rząd, nie chce wejść do tej strefy, więc faktycznie opowiada się za UE dwóch różnych prędkości.

Stanowisko rządu jest w oczywisty sposób wewnętrznie niespójne. Można je racjonalnie zrozumieć, jeśli się je zinterpretuje jako żądanie rozwiązania strefy euro. Trudno mi zaakceptować, żeby polityczni przywódcy PiS tego nie rozumieli. Czy tu zatem chodzi wyłącznie o politykę i ideologię, gdzie liczą się głównie bieżące wewnątrzkrajowe wpływy i emocje, a nie prawda, długofalowe narodowe interesy i argumenty?

Autor jest głównym ekonomistą BCC, członkiem Narodowej Rady Rozwoju

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL