Rzecz o historii

Helen Duncan, ostatnia ofiara polowań na czarownice

Helen Duncan, szkocka spirytystka uważana za medium, w czasie II wojny światowej była stale inwigilowana przez brytyjski wywiad.
Wikipedia
Helen Duncan, szkocka spirytystka i medium z pierwszej połowy XX stulecia, przeszła do historii jako ostatnia ofiara polowań na wiedźmy w Europie.

Żywot Helen Duncan byłby banalną historią żony stolarza i robotnicy z fabryki chemicznej, gdyby nie jej renoma w światku szkockich i angielskich spirytystów. Dama ta bowiem przez 30 lat kontaktowała żywych z duszami zmarłych. Pewnego razu, na pokazie, który odbył się w listopadzie 1941 r. w Portsmouth, ustami medium przemówił duch marynarza z pancernika HMS „Barham", dopiero co zatopionego u wybrzeży Egiptu przez niemieckiego U-boota. Chociaż rzekoma ektoplazma, wydobywająca się z Duncan, była prymitywną mistyfikacją, wiadomość o tragedii na Morzu Śródziemnym okazała się nie tylko prawdziwa, ale stanowiła, przynajmniej w mniemaniu marynarki, ścisłą tajemnicę wojskową. Wywołało to popłoch w szeregach służb kontrwywiadu, które objęły medium dyskretną obserwacją. Choć dwa lata inwigilacji nie pozwoliły zdemaskować szpiegowskiej siatki Duncan, ostrożność władz sięgnęła zenitu, gdy przygotowania do inwazji w Normandii weszły w decydującą fazę. Aby uniemożliwić medium dalsze ujawnianie wojskowych sekretów, w styczniu 1944 r. aresztowano ją pod naciąganym zarzutem włóczęgostwa. Powód był jednak zbyt błahy, żeby na dłużej odizolować Duncan od świata, stąd powstał pomysł procesu na podstawie ustawy o czarach z 1735 r. Po skazującym wyroku i dziewięciu miesiącach spędzonych w więzieniu Helen Duncan przeszła do historii jako ostatnia ofiara polowań na czarownice w Europie.

Mimo że sprawa była paskudna, to z prawnego punktu widzenia stawianie Duncan w poczcie ofiar polowań na wiedźmy jest zwykłym nieporozumieniem. Intencją prawodawców z 1735 r. nie było bowiem stworzenie legislacyjnych podstaw do ścigania czarownic, lecz wręcz przeciwnie – prawo to na swój pokrętny sposób ostatecznie kładło kres nagonkom przez kryminalizację wiary w gusła i zabobony. Wedle ustawy, kto by twierdził, że człowiek dysponuje nadprzyrodzonymi mocami, podlegał karze do roku więzienia, co zamykało usta oskarżycielom. Jak widać, miecz okazał się obosieczny i do uchylenia aktu w 1951 r. dawał się we znaki także wróżkom i okultystom, a nawet autorom horoskopów. Choć sprawa Duncan jest najbardziej spektakularna, do lat 40. XX w. przepis nie był wcale martwy i chętnie go używano, choćby do trzymania w ryzach angielskich Cyganów. Trzeba więc uznać, że Helen Duncan nie padła ofiarą ostatnich reliktów ciemnoty, lecz dosięgło ją surowe ramię oświeceniowej żarliwości.

W średniowieczu czarownic nie palono...

Puenta anegdotki pokazuje wykroty czające się na obrzeżach tematu procesów o czary, a dalej las mitów i stereotypów jeszcze gęstnieje. Choć polowania na czarownice trwale istnieją w kulturze i języku, wiodą tam niezależne od historycznej rzeczywistości życie. Prawdziwym ukoronowaniem zjawiska jest zrośnięcie się pojęć „palenia czarownic" i „średniowiecza" w jeden zlepek, jakże użyteczny w światopoglądowych polemikach. Mniejsza, czy stało się tak wskutek zwycięstwa oświeceniowej narracji czy przez potęgę lenistwa umysłowego popkultury, wszakże mentalne przeniesienie zjawiska o całą epokę trzeba uznać za kulturowy i edukacyjny fenomen. Sukces tego procesu jest jednak wygodny dla chorążych postępu, bo im powszechniej stosy kojarzą się z dominacją Kościoła, tym bardziej rozpraszają się cienie nad mrocznym początkiem nowoczesności. W rzeczywistości średniowiecze było rzadkim, a może nawet pierwszym w dziejach okresem przerwy w instytucjonalnym nękaniu osób parających się magią. W dodatku było to interludium niezwykle długie, które dotrwało niemal końca XV w., a dzięki rozprzestrzenianiu się chrześcijaństwa objęło zasięgiem całą Europę.

Trudno orzec, jak głęboko w przeszłość sięgał proceder prześladowania magów, lecz w czasach historycznych największe rozmiary osiągnął w starożytnym Rzymie. Prawo XII Tablic surowo karało za szkody wyrządzone magią, a kodeks „Lex Cornelia de sicariis et veneficis" Sulli z 81 r. p.n.e. zrównał zabójstwa popełniane czarami ze zbrodniami trucicieli i nożowników. Za panowania Septymiusza Sewera śmierć groziła już nie tylko za morderstwa, ale za wszelkie krzywdy sprawiane ludziom przez magiczne obrzędy, a gdy powszechne poczucie zagrożenia nie ustąpiło, Wespazjan nakazał wypędzić z Rzymu wszystkich czarowników. W pierwszym okresie panowania chrześcijaństwa prawo świeckie uległo dalszemu zaostrzeniu. Cesarz Konstancjusz II całkiem zakazał praktykowania magii, a później kodeks Justyniana obłożył karą ostateczną także wróżbitów i astrologów.

Wraz z umocnieniem się nowej religii górę wzięło jednak stanowisko Kościoła, który w teologicznych rozważaniach wcale nie interesował się czarami, a w zwykłej praktyce zbywał kwestię przesądów niezbyt uciążliwymi ekspiacjami. Surowe starorzymskie prawo przestało być używane, sprowadzając wiarę w gusła z poziomu kryminalnego przestępstwa, do religijnego problemu grzechu i pokuty. Było to czysto zdroworozsądkowe podejście, w społeczeństwie tradycyjnie na wskroś zabobonnym, gdzie żadnej decyzji ani działania nie podejmowano bez wsparcia wróżb, magicznych obrzędów i talizmanów.

Wkrótce jednak obok oswojonych rzymskich przesądów wraz z Germanami pojawiły się nowe, znacznie bardziej upiorne. Wśród niektórych plemion z północy powszechny był bowiem zwyczaj palenia czarownic, często połączony z aktami kanibalizmu. Mordowania czarownic w 643 r. zakazał najpierw kodeks lombardzki, a w 789 r. biskupi na synodzie w Paderborn nałożyli karę śmierci zarówno na bezpośrednich zabójców rzekomych wiedźm, jak i na oskarżycieli. Zakaz prześladowania czarownic podtrzymał synod we Frankfurcie dziewięć lat później. Samosądy wobec osób posądzanych o sprowadzanie nieurodzaju lub pomoru bydła energicznie zwalczał też Agobard, arcybiskup Lyonu. W instrukcji dla biskupów, wydanej przez papieża Sergiusza III w 906 r., Kościół głosił, że wszelkie zjawiska przypisywane czarom są najwyżej przywidzeniem. Wedle dokumentu maksymalną karą za praktykowanie magii mogło być wyłączenie winnych ze wspólnoty. Do podobnych wniosków, przy porządkowaniu prawa kanonicznego, doszedł biskup Burchard z Wormacji, który wykluczył, by domniemane czarownice mogły posiadać nadprzyrodzone moce. W XI w. papież Grzegorz VII surowo napomniał sprawców pogromów, by prześladowaniem niewinnych kobiet nie sprowadzali na siebie gniewu bożego. Prawodawstwo węgierskie z 1010 r. zamykało zaś sprawę prostym stwierdzeniem faktu, że czarownice nie istnieją.

Mimo wysiłków Kościoła wiara w zabobony nie zanikła, a przesądy pozostały zwykłym elementem ludzkiej egzystencji. Zwłaszcza na wsi, gdzie niemal każdy aspekt życia zależał od nieobliczalnych kaprysów przyrody, ludzi zajmujących się praktykami magicznymi otaczała aura bojaźliwej atencji. I chociaż na co dzień „widzących" starano się unikać i chroniono się przed ich mocami, niemal każdy znajdował do nich drogę z okazji choroby, porodu, niechcianej ciąży albo w potrzebie odczynienia uroku. Ta dwuznaczna symbioza przetrwała niemal do końca średniowiecza, a na stosunek Kościoła do czarów długi czas nie wpływały nawet rozprawy z heretyckimi sektami mnożącymi się po całej Europie. Choć do ich zwalczania odkurzono stare rzymskie kodeksy Teodozjusza i Justyniana, utożsamiające magię z kacerstwem, w połowie XIII w. papież Aleksander IV wydał organom kościelnym zakaz zajmowania się czarami. Jeszcze przez stulecie zarzuty o czary nie wiązały się z oskarżeniami o satanizm i odrzucenie wiary w Chrystusa. Sprawy magii znalazły się w kompetencji trybunałów inkwizycyjnych dopiero od 1326 r., lecz dotyczyło to jedynie przypadków, gdy praktykowanie czarnoksięskich obrzędów wiązało się z herezją, a zwłaszcza z profanowaniem sakramentów.

...a w renesansie i owszem

Czemu ów klimat niechętnej neutralności skończył się wraz ze średniowieczem, by w XVI w. przejść w stan ostrej psychozy, nie do końca wiadomo. Powodów musiało być wiele, lecz przegląd hipotez szukających istoty zmiany nie daje jasnych odpowiedzi. Zapewne doświadczenia walki z sektami utwierdziło wielu biskupów w przekonaniu, że czary są tożsame z satanizmem. Górę wziął pogląd, że skoro szkodzące ludziom nadprzyrodzone moce nie mogły być dane czarownikom przez Boga, to muszą pochodzić od Szatana. Diabeł oddziaływał na świat przez ludzi mu całkowicie oddanych, co było równoznaczne z odrzuceniem Kościoła i Chrystusa. Tymczasem wokół przybywało objawów szalejącego zła, którego pochodzenia nie sposób było zrozumieć. Nad Europę zawitały pierwsze zwiastuny małej epoki lodowcowej, przynosząc niezrozumiałe kaprysy klimatu. Nawracające plagi nieurodzaju, głodu i epidemii w naturalny sposób łączyły się w umysłach ludzi z niepokojami płynącymi z rozrostu heretyckich sekt o tajemniczych poglądach i obrzędach. Poczucie powszechnego zagrożenia znajdowało ujście w teoriach spiskowych, do których powstania nie trzeba aury „mroków średniowiecza". Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że Szatan, przez knowania swoich ukrytych wyznawców, jest na dobrej drodze do zniszczenia porządku świata.

Na dodatek, wraz z końcem średniowiecza, ludowa wiara w magię rozszerzyła się na społeczne elity, świeżo zachłyśnięte powiewem renesansu. Dokonało się to nieoczekiwaną drogą: przez odkrycie na nowo pism starożytnych filozofów. Jednak częściej od niezrozumiałego Arystotelesa wyższe sfery wolały studiować traktaty twórców neoplatońskich idei, nurzając się w meandrach magii, alchemii i astrologii. Tak oto, porzuciwszy bez żalu sceptycyzm „wieków ciemnych", umysły kmiotka, pana i plebana po równo wypełniły się oparami zabobonu. Nałożył się na to kryzys autorytetu papiestwa, coraz częściej popadającego w koniunkturalną chwiejność sądów.

Za osobę bezpośrednio odpowiedzialną za podłożenie ognia pod stosy tradycja uznała dominikanina Heinricha Kramera. Ambitny mnich, mianowany inkwizytorem w pięciu niemieckich prowincjach, wręcz kipiał zapałem do tropienia wiedźm, jednak ręce pętała mu obstrukcja miejscowych książąt i biskupów duszących w zarodku kolejne procesy. Kramer, wraz z równie rozgoryczonym Jakobem Sprengerem z Kolonii, tak długo nękał papieża listami pełnymi żalów i wizjami szkód czynionych przez czarownice, aż w 1484 r. nakłonił Innocentego VIII do wydania bulli potwierdzającej jego uprawnienia inkwizytorskie. Upór biskupa Georga Golsera z Brixen (dzisiejsze Bressanone) był jednak silniejszy od papieskich pełnomocnictw. Świeżo wszczęty proces kobiet oskarżonych o czary został unieważniony, a samego Kramera wygnano z miasta, niedwuznacznie grożąc mu śmiercią. W ślad za uchodzącym inkwizytorem do Rzymu podążył list biskupa Brescii uznający zakonnika za pozbawionego rozumu zdziecinniałego starca. Rozgoryczony Kramer, zapędzony na powrót w ciasne mury klasztoru, napisał dzieło życia, czyli osławiony traktat „Młot na czarownice". Zawarł w nim wszystkie ludowe przesądy o czarach, dowolnie je mieszając z mitologią przedchrześcijańską i uprzedzeniami wobec Żydów, a całość uwiarygodnił treścią bulli Innocentego VIII. By wzmocnić się autorytetem sławniejszego i bardziej szanowanego kolegi, współautorem traktatu uczynił Jakoba Springera, jak się zdaje – bez jego wiedzy i chęci. Wydana drukiem w 1487 r. księga okazała się takim stekiem niedorzeczności, że w 1490 r. potępił ją papież Aleksander VI, który ponadto uchylił wydane już wyroki inkwizycji dotyczące czarów. Choć od „Młota na czarownice" zgodnie odcięły się inkwizycja papieska, hiszpańska i portugalska, książka trafiła w swój czas, odnosząc gigantyczny sukces wśród świeckich czytelników. Praca Kramera doczekała się łącznie 29 wydań, a wydawcy, niesieni falą powodzenia, zasypali rynek popularnymi sensacjami o wiedźmach, czarach i demonach. Tak oto wynalazek Gutenberga, któremu przypisuje się głównie zasługi w krzewieniu nauki i piękna, przyczynił się do rozpowszechnienia szaleństwa.

Aleksander VI de facto przywrócił stan sprzed bulli Innocentego VIII, inkwizycja więc nadal niechętnie zajmowała się oskarżeniami o czary, a w krajach, w których działała, takie procesy były rzadkością. Ci biedacy, którzy jednak trafili przed kościelne trybunały, mogli mówić o szczęściu, że nie dopadło ich świeckie ramię sprawiedliwości. Inkwizycja była bowiem rozbudowaną strukturą, której administracyjne młyny mieliły powoli, a każdy aspekt procesu obudowany był nieznanymi poza Kościołem procedurami, regulującymi wszystko, od racji żywnościowych dla więźniów po zakres stosowania tortur. Ich łamanie kończyło się często dymisją inkwizytora, jak to się zdarzyło w Barcelonie. Posiadanie obrońcy było obowiązkiem, a nie przywilejem, a wielopiętrowa hierarchia władzy zwierzchniej pozwalała odwoływać się od wyroków do wyższych instancji, aż do papieża włącznie. Jeżeli więc nawet prowincjonalni sędziowie byli nadgorliwi lub niekompetentni, ich orzeczenia weryfikowali lepiej wykształceni przełożeni. Z tego powodu Kościół, zniechęcony skalą nadużyć, już w XIII w. zrezygnował z jednoinstancyjnych inkwizycji biskupich na rzecz bardziej rozbudowanych instytucji. Ponadto przed kościelnym wymiarem sprawiedliwości łatwo było wykpić się od wyroku śmierci wyznaniem skruchy i pokutą, podczas gdy w sądach świeckich podobnej furtki nie było.

Znamienny jest tu przypadek plagi oskarżeń o czary w prowincji Nawarra z początku XVII w., gdzie posądzenia dotknęły tysięcy osób. Śledztwo specjalnego delegata inkwizycji Alonso Salazara de Friasa nie doszukało się jednak żadnych przejawów działania magii. Na skutek raportu mnicha sądom świeckim odebrano prawo do zajmowania się domniemanymi czarownicami, a dotychczasowe wyroki anulowano. Wkrótce potem, w 1620 r., hiszpańska inkwizycja oficjalnie wyłączyła ściganie czarów ze swoich kompetencji, a w jej ślady poszła papieska inkwizycja we Włoszech, podczas gdy w pozostałych częściach Europy stosy płonęły jeszcze przez prawie półtora stulecia. Domniemane czarownice były więc zazwyczaj ofiarami sądów świeckich, do których trafiały oskarżenia cywilne o szkody spowodowane czarami.

Charakterystyczne, że największą skalę prześladowania osiągnęły w Niemczech i rejonie obejmującym obszar Świętego Cesarstwa Rzymskiego, gdzie spośród 50 tys. osób sądzonych za czary na śmierć skazano ponad połowę, podczas gdy na terenie Włoch, Portugalii i Hiszpanii przez trzy wieki stracono niespełna tysiąc czarownic. Co ciekawe, i tu był wyjątek, bo plaga niemal nie dotknęła Bawarii. O tym fenomenie podczas podróży po Włoszech dumał Goethe, dociekając, czemu szaleństwo w tak znacznym stopniu ominęło kraje ultrakatolickie.

Zapewne swobodnemu rozwojowi szaleństwa sprzyjało polityczne rozdrobnienie, bo w mrowiu państewek niemieckich każde książątko i miasto dysponowało nie tylko własnym sądem, ale i odrębnym prawodawstwem, a reguł postępowania nie ustalały procedury, lecz widzimisię. Od wyroków jednoinstancyjnych świeckich trybunałów nie było odwołania, a tortur używano bez żadnej kontroli i miary, co rozmywało granicę między prawem a samosądem. Sytuację pogorszyła reformacja, której duchowi przywódcy mieli prawdziwą obsesję na punkcie czarów i demonów, a osobiste fizyczne zmagania Lutra z diabłami przeszły do legendy. Prawo do indywidualnego interpretowania Biblii także nie pozwalało protestantom przejść obojętnie obok cytatu z Księgi Wyjścia: „Nie pozwolisz żyć czarownicy", który to nakaz potraktowali całkiem dosłownie. Zadziwiające, jak protestanci, rzekomo z powodów racjonalnych odrzucający katolickie cuda, bez mrugnięcia okiem uwierzyli w kobiety latające na miotłach i przemianę ludzi w zwierzęta.

Psychoza przeszła za to niemal bez śladu przez duże kraje jednorodne religijnie, dysponujące silną władzą centralną, takie jak Hiszpania i w dużym stopniu Francja, pojawiając się tylko na ich rubieżach. Polowaniom na czarownice sprzyjały za to okresy osłabienia władzy i anarchii, głównie związane z wojnami domowymi i religijnymi. Dobrym przykładem jest Anglia, w której atmosfera nagonek eksplodowała, gdy XVII w. z powodu wojen domowych zupełnie zanikła władza sądownicza.

Trudno powiedzieć, kim była typowa czarownica, ponieważ dokładne badania na ten temat przeprowadzono dotąd tylko w Anglii. Z akt sądowych wynika, że najczęściej była to kobieta niezamożna, zwykle w starszym wieku, owdowiała lub z innego powodu niezamężna, często pozbawiona wszelkiej rodziny. Co szczególnie ciekawe, opisywano je jako kłótliwe i wybuchowe, co daje pogląd, skąd się wziął przymiotnik „wiedźmowata" w stosunku do pewnego rodzaju kobiet. Im ktoś bardziej był w swojej społeczności nielubiany, niezintegrowany społecznie lub agresywny, tym większą miał szansę paść ofiarą oskarżeń. Zagrożone mogły też czuć się młode mamki lub służące, gdy w domu jakieś nieszczęście przytrafiło się niemowlęciu. Bardzo rzadko przedmiotem nagonek bywały arystokratki lub bogate mieszczanki. Jednym z niewielu wyjątków może być matka Jana Keplera, którą uczony syn ledwo zdołał ocalić od stosu.

Jak nowoczesność, to i statystyki

Dziś różne teorie usiłują wyjaśnić fenomen polowań na czarownice zgodnie z aktualnie modnymi ideologiami. Popularny jest pogląd, że był to wytwór mizoginicznej i patriarchalnej kultury chrześcijańskiej. Rzeczywiście, ponad 80 proc. ogółu skazanych za czary stanowiły kobiety, założenie jednak nie tłumaczy, czemu na Islandii za czary skazywano wyłącznie mężczyzn, a na terenie Rosji, dzisiejszej Estonii i Normandii mężczyźni stanowili aż dwie trzecie straconych. Okazało się ponadto, że oskarżycielkami bywały najczęściej inne kobiety, a większość procesów odbywała się na skutek waśni między kobietami z sąsiedztwa, a zapalnikiem mogło być wszystko: od zadania kołtuna przez padnięcie bydła po impotencję męża.

Zjawisko zaczęło zanikać dość gwałtownie wraz z końcem XVII w., by skończyć się na dobre w połowie następnego stulecia. Ogniska nagonek wybuchały już tylko sporadycznie, głównie tam, gdzie się wszystko zaczęło, czyli w Niemczech. Powodem końca histerii był nie tylko rozwój nauki, bo zapewne nadal mało kto rozumiał równania Newtona, ale ogólne ustabilizowanie się świata i społecznego porządku po wiekach zawieruch. Nie jest pewne, czy spalenie w Poznaniu ośmiu kobiet z Doruchowa w 1783 r., wymieniane jako jedno z ostatnich takich przypadków, rzeczywiście było skutkiem procesu o czary, podobnie jak wątpliwości budzi egzekucja Anny Zdunk w Prusach w 1811 r., bo akt oskarżenia obejmował jedynie zarzut podpaleń. Nawet jeżeli chodziło tylko o prawny pretekst, z czarami w tle, to jaśnie oświecony król Fryderyk III w najwyższej instancji podtrzymał wyrok. Być może ostatnią rzeczywistą ofiarą polowań na czarownice była Krystyna Ceynowa, wdowa po rybaku, którą sąsiedzi z Chałup utopili w morzu w 1836 r.

Dokładna liczba ofiar procesów o czary zapewne nigdy nie zostanie ustalona. Potwierdzenie w dokumentach znajduje tylko 12 tys. przypadków, a o ciemną liczbę nadal toczą się spory. Na trwałe jednak do lamusa trafiły fantastyczne brednie Gottfrieda Voigta z 1791 r., który milion Woltera przebijał 9 milionami. Także liczba 120 tys. z książki Juana Antonia Llorente już w momencie publikacji w 1817 r. powszechnie traktowana była jako niepoważna próba wzbudzenia sensacji, podobnie jak nieudokumentowane rewelacje na temat inkwizycji tegoż autora. Dziś większość badaczy skłania się do uznania liczby 40 tys., a sugestie podniesienia jej do 60 tys. traktowane są jako dość radykalne. Zważywszy, że ilość ta rozkłada się aż na trzy stulecia trwania prześladowań, suma ta z trudem działa na wyobraźnię przyzwyczajoną do hekatomb postępu. Nie brak jednak argumentów, by szaleństwa procesów o czary uznać właśnie za prapoczątek nowoczesności.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL