fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

"Dziennik konspiracyjny" Małgorzaty Niezabitowskiej i Tomasza Tomaszewskiego

Małgorzata Niezabitowska (ur. 1948 r. w Warszawie) – prawniczka, dziennikarka i pisarka, w latach 1980–1981 i od 1989 reporterka „Tygodnika Solidarność”. W latach 1989–1991 rzeczniczka prasowa rządu Tadeusza Mazowieckiego. Autorka książek, w tym nagradzanej sagi rodzinnej „Składana wanna”.
Rzeczpospolita
Grudzień 1981 r., stan wojenny. Dzięki Małgorzacie Niezabitowskiej i jej mężowi, fotografowi Tomaszowi Tomaszewskiemu, powstawał „dziennik konspiracyjny" dokumentujący rzeczywisty obraz tamtych dni. Zdjęcia oraz tekst przemycono do zachodniej prasy.

16 grudnia. Obudził mnie dziwny dźwięk, monotonny i tak silny, że dom wydawał się drżeć. Co to jest? Wokół ciemności. Namacałam budzik, wyświetlał czwartą. Dudnienie nie ustawało. Półprzytomna dotarłam do dużego pokoju, spojrzałam na ulicę i wydało mi się, że śnię nadal. Przed domem stał czołg. Lufa, gąsienice... Potężny korpus nieomal przysłaniał znajdujący się naprzeciwko dom pani Ani.

Pobiegłam na górę, do ojca. Łóżko było puste, a on na balkonie wpatrywał się w maszyny, które przez bezlistne gałęzie drzew widać było wzdłuż ulicy. Co najmniej kilkanaście transporterów opancerzonych, jak objaśnił. Wszystkie miały włączone silniki, zamknięte włazy. Przypominały czołgi i tak nazywaliśmy je przez następne godziny.

Pierwsze, nocne, spędziliśmy na spekulacjach, ponurych rozważaniach. Czołgi na przedmieściu. Cóż to znaczy? Czy miały iść na Warszawę, czy pacyfikować pobliski Ursus? I kto siedzi w środku? Nasi czy obcy? Sowieci? Bratnia pomoc? To by znaczyło najgorszy, czarny scenariusz, a właściwie krwawy. Miotaliśmy się od okna do radioodbiornika, z podobnym rezultatem. Na zewnątrz mroźną pustkę ulicy wypełniał warkot motorów, kuchnię, gdzie znajdował się tranzystorowy philips, skrzek zagłuszarek. Żadnych informacji, żadnych wskazówek. Kiedy na dworze zrobiło się jasno, przystąpiłam do pracy. Dokumentowanie stanu wojennego uważałam za swoją powinność i od pierwszego dnia spisywałam wydarzenia, reakcje, odczucia, moje i innych. Czołgi na naszej ulicy – to była mocna rzecz, bezwzględnie należało je sfotografować. [...]

Do akcji wybrałam poddasze. Stąd widać było doskonale, z tym że również mnie. Duże okno nie posiadało zasłon ani firanek, za które mogłabym się schować. Stanęłam z boku, niemal przykleiłam się do ściany, czołg znajdował się naprzeciwko, za tło służył dom pani Ani. Kręciłam przysłoną, wielokrotnie naciskałam migawkę, żeby mieć pewność, że obraz będzie technicznie dobry. Potem, aby sfotografować drugą maszynę, wychyliłam się zza framugi. Skupiona ustawiałam kadr. Nagle w obiektywie pojawił się żołnierz. Przechodził koło transportera, twarz miał zwróconą w moją stronę. Jeśli uniesie głowę, zobaczy mnie, pomyślałam. Lecz to była, jakby powiedział Tomek, klatka, właściwe ujęcie. Więc jeszcze jedno, ostatnie. Nie podniósł wzroku. Udało się!

Co za chrzest, naprawdę bojowy, rozpierała mnie duma. Krótko. Na dole, pijąc przygotowaną przez ojca kawę, zrozumiałam, że cała praca na nic. Jeśli zdjęcia miały zostać opublikowane, a taki był cel – nie ryzykowałam przecież długoletniego więzienia, aby włożyć je do szuflady – łatwo będzie można ustalić, skąd zostały zrobione. Precyzyjnie wskazać miejsce i dojść sprawcy. Trzeba było wszystko wykonać od nowa. [...]

Przypomniałam sobie, że Tomek dostał kiedyś miniaturowego minoxa, którego nie używał, uważając, że to gadżet dla amatorów. Prymitywna konstrukcja w nowych warunkach z wady zmieniła się w zaletę. Pełna automatyka pozwalała na fotografowanie bez przykładania aparatu do oka, ale z bliska. I o to chodziło. Znów znalazłam się na ulicy. Minox mieścił się w dłoni, którą schowałam, jakbym ją chciała ogrzać, pod kożuch. Odgrywałam jedną z wielu ciekawskich. Spacerowałam, przystawałam, podchodziłam do maszyn, gapiłam się i trzymając rękę z aparatem pomiędzy rozchylonymi połami kożucha, z wysokości pępka robiłam zdjęcie.

Mróz trzymał, było minus piętnaście, ja natomiast czułam się jak w saunie. Wokół ludzie, cywile i wojskowi, także ci pilnujący, to było przeżycie. Nadmierna brawura, jak skomentował po powrocie Tomek, karcąc mnie zamiast chwalić. Na szczęście nad nowicjuszami, którzy z nadmiaru entuzjazmu wyczyniają głupstwa, czuwa Opatrzność. Nade mną też. A zdjęcia wyszły. Tomek po kilku dniach, gdy je wywołał, już udobruchany stwierdził, że niezły reportaż. Jego zrobienie zajęło mi cały dzień.

Transportery odjechały po zmroku, a ich zdjęcia zapoczątkowały naszą „wojenną" dokumentację.

Zakazane zdjęcia

Tomek kupił w Niemczech trzy olympusy, małe aparaty wysokiej klasy, doskonałe do fotografii ulicznej. Przewiózł je przez granicę przemyślnie ukryte. Niepotrzebnie. Celnicy nie pytali, czy coś wiezie, tylko dlaczego znalazł się w tym pociągu, i głośno wyrażali zdumienie. O, gdyby lokomotywa poruszała się w odwrotnym kierunku, mówili, pasażerowie jechaliby i na buforach, bo każdy marzy, aby dać stąd nogę.

On wrócił. W to samo miejsce, lecz tak odmienione, że zmienić musieliśmy zasadniczo sposób życia. Robić mieliśmy to, co zawsze, przedstawiać prawdę, tyle że innymi niż dotychczas metodami i też zachowywać się wedle nowych reguł. Jak – ustaliliśmy tej nocy. Pomógł ojciec, który zasady konspiracji przećwiczył czterdzieści lat wcześniej w Armii Krajowej. [...]

Pracować postanowiliśmy sami, z pomocy innych korzystać, gdy okaże się zupełnie niezbędna. Działać profesjonalnie, co i wcześniej było obsesją mego męża perfekcjonisty. Żadnej improwizacji, podkreślał obecnie, najmniejszej amatorszczyzny, przygotowujemy się precyzyjnie, planujemy do detalu, jeśli trzeba, z awaryjnymi wariantami. Zasada ostatnia, czwarta, stanowiła, że dom, zagrożony rewizją, musiał pozostawać „czysty". Negatywy, zdjęcia i teksty, gdy tylko gotowe, trzeba było wynieść w bezpieczne miejsce. [...]

W mojej futrzanej, jednopalczastej rękawiczce Tomek wyciął dziurkę na obiektyw olympusa, który mieścił się w środku wraz z trzymającą go dłonią. Po krótkich ćwiczeniach na sucho, bez filmu w aparacie, nauczyliśmy się manewrować kciukiem – tak, aby sprawnie naciskał migawkę.

Do Warszawy wyruszyliśmy rano. Nasze miasto, niepiękne i zaniedbane, wyglądało bardziej niż zwykle brudno i ponuro. Na jezdniach grubą warstwą zalegała błotna breja, na chodnikach piętrzyły się szarobure kopce śniegu, z murów i słupów zwisały strzępy plakatów, a świeżo nalepione obwieszczenia o stanie wojennym, także poszarpane, zaczerniały swastyki wymalowane szerokim pociągnięciem pędzla. Przy głównych skrzyżowaniach stały czołgi i transportery, na mniejszych, a zwykle ruchliwych, czuwali żołnierze z karabinami. Tam też, aby stróżujący nie zamarzli, ustawiono żelazne piecyki, wokół których snuł się dym, a obok na trotuarze leżał koks i pryzmy popiołu rozdmuchiwane przez wiatr. Po ulicach jeździły wojskowe łaziki i milicyjne „suki", patrole zatrzymywały nieliczne, prywatne samochody, legitymowały pieszych. [...]

Należało poruszać się powoli, spokojnie, a przede wszystkim na luzie. Napięcie ciała, nienaturalność gestów, to były czytelne sygnały, tym łatwiejsze do wychwycenia, że żołnierze na swych posterunkach nie mieli innego zajęcia, jak obserwować, a już szczególnie tych, którzy się do nich zbliżali. A zbliżyć się musieliśmy. Inaczej nie byłoby fotografii, przynajmniej dobrej. Przekaz – podkreślał Tomek – miał być klarowny, obraz dramatyczny, atrakcyjny wizualnie. I w normalnych warunkach program byłby ambitny, cóż dopiero w zmilitaryzowanym mieście w pierwszym tygodniu stanu wojennego, ale uznaliśmy, że okoliczności nie dają nam taryfy ulgowej, przeciwnie – podwyższają standardy. Jeśli zdecydowaliśmy się działać, rezultat powinien odpowiadać niebezpieczeństwu, na jakie się narażamy. Inaczej nie warto ryzykować. [...]

Aby się udało, pokonać musieliśmy kilka barier – techniki, przyzwyczajenia i strachu. Tomek zablokował aparat na przysłonie osiem, zakleił na stałe pierścień plastrem, co dawało ostrość już od trzech metrów aż po nieskończoność – pod warunkiem długiego czasu naświetlania. My jednak musieliśmy nastawiać czas krótki, żeby zdjęcia wykonywane bez zatrzymywania się nie zostały poruszone, rozmyte. Stąd wynikała konieczność spowalniania ruchów, pilnowania, by były delikatne, płynne. Każdy niewielki wstrząs odbijał się na kliszy, zamazywał obraz. [...]

Trzeba było wycelować obiektyw z wysokości brzucha, manewrując wyłącznie ręką, a patrzeć przed siebie. I jedynie na wyczucie utrzymywać olympusa w płaszczyźnie pionowej, gdyż wystarczyło małe odchylenie, aby filmową klatkę wypełniły wierzchołki drzew na tle nieba albo pusta jezdnia czy też chodnik z nogami pozbawionymi tułowia.

No i moment najważniejszy – odsłonięcia obiektywu, który sterczał z dziury, wcale nie malutki, tak że milicjant lub żołnierz, gdyby trafił wzrokiem na rękawicę, dostrzegłby w jej środku okrągłe, połyskliwe szkło. Toteż decyzja, że właśnie teraz, że nadeszła odpowiednia chwila, aby odkryć szkiełko, wymagała, zwłaszcza na początku, przełamania wewnętrznego oporu, lęku.

Każdego dnia przez wiele godzin, dopóki było jasno, krążyliśmy po mieście, szukając miejsc i sytuacji. Wracaliśmy do domu przemarznięci, wypompowani z sił. Napięcie, stałe zagrożenie wpadką, męczyło na równi z kilometrami, jakie przemierzaliśmy. [...]

Przez pierwsze dni nie mieliśmy satysfakcji, że rezultat odpowiadał wysiłkowi. Kiedy wieczorem Tomek przynosił z pracowni świeżo wywołany film, okazywało się, że na trzydzieści sześć klatek zaledwie jedna, dwie, czasem kilka, są zadowalające. Za blisko, za daleko, aparat się chybnął, zły kadr, o, całkiem dobre, groźne, tylko kontury rozjechane – analizowaliśmy ujęcie za ujęciem, siedząc nad stykówkami do późnej nocy. I rano znów na miasto. [...]

Około świąt mieliśmy pierwszy materiał. Ukazywał wojenny krajobraz stolicy, na której ulicach więcej było wojska i milicji niż cywili, ciężki sprzęt bojowy parkował na rondach i trawnikach, przy koksownikach grzali się bojowcy w waciakach i uszankach, podczas gdy ich koledzy pilnie kontrolowali ludzi, pojazdy, nawet furmanki, a ściany domów i autobusowe przystanki stroiła kotwica, znak Polski Walczącej. Teraz należało przesłać negatywy za granicę. Od pierwszego dnia nasz cel był jasny: przedstawić światu, co naprawdę dzieje się w kraju. Pragnęliśmy zadawać kłam reżimowej propagandzie, pokazać, że mimo terroru Polacy nie poddają się, nie tracą ducha. [...]

Francuski łącznik

I wtedy pojawił się Olivier de La Baume. Telefony nadal nie działały, odwiedziny odbywały się bez zapowiedzi, każdy dzwonek do furtki, szczególnie po zmierzchu, elektryzował nas. Czyżby bezpieka? Tym razem, przyskoczywszy do okna, zobaczyliśmy u furtki wysoką sylwetkę w długim płaszczu i jasne loki pobłyskujące w świetle latarni. Pierwszy sekretarz ambasady francuskiej stał samotnie przed naszym domem. [...]

Przy winie zwierzyliśmy się Olivierowi z naszego problemu, a on [...] od razu zgodził się pomóc nam przerzucać zdjęcia na Zachód. Co od nas dostanie, oświadczył, umieści w poczcie dyplomatycznej, którą w walizeczce przymocowanej kajdankami do nadgarstka – dla pewności, że nikt jej nie wyrwie, nie ukradnie – kurier woził regularnie z Warszawy na Quai d'Orsay, gdzie w pobliżu Sekwany znajdowało się ministerstwo spraw zagranicznych Republiki Francuskiej. Stamtąd kopertę, której oficjalnym nadawcą będzie de La Baume, może odbierać wskazana przez nas osoba.

Pomysł był znakomity, dawał pewną gwarancję sukcesu, tyle że od momentu, gdy przesyłka znalazła się na terytorium ambasady. Tutaj milicja i bezpieka nie miały wstępu, za to z podwójną gorliwością obstawiały teren na zewnątrz, podobnie jak mieszkania dyplomatów oraz ich samych, gdy wychodzili na miasto. Tak działo się i wcześniej, jednak od 13 grudnia izolacja miała być pełna, kordon się zacieśnił, a esbecy, odwrotnie niż wcześniej, nie kryli się, tylko z wyraźną ostentacją demonstrowali śledzonym, że – choć chronieni immunitetem – są kontrolowani. Cała sztuka polegała więc na tym, aby dostarczyć negatywy Olivierowi, zwłaszcza że nie chodziło nam o jednorazowy wyczyn, lecz powtarzające się spotkania. Przez następne godziny radziliśmy, jak je zorganizować, omawialiśmy w najdrobniejszych szczegółach. Od tej pory nie miało być między nami żadnych kontaktów poza przekazywaniem materiałów, staraliśmy się zatem przewidzieć wszelkie możliwe komplikacje. Gra była ostra, w razie schwytania kwalifikacja czynu jednoznaczna – szpiegostwo. Dla Oliviera oznaczała niezwłoczne wydalenie z Polski, ekspulsję i międzynarodowy skandal, dla mnie, bo ja miałam być naszym listonoszem, surowy wyrok. Nie pochlebiałam sobie, że zostanę potraktowana niczym Mata Hari i jako superagentka skazana na najsurowszą przewidzianą w kodeksie karę śmierci, ale i najniższa, dziesięć lat więzienia, dostatecznie podnosiła poziom adrenaliny.

Na spotkania wybraliśmy „Frascati", małą kawiarenkę na ulicy Wiejskiej w pobliżu ambasady. Scenariusz od pierwszego razu, gdy się sprawdził, powtarzaliśmy dokładnie. Olivier w połowie dnia, po lunchu, opuszczał biuro i udawał się tam spacerkiem, z grubym tomem pod pachą, na popołudniową kawę. Ja przychodziłam pół godziny wcześniej i swoją zapłaconą przy barze małą czarną sączyłam, siedząc przy oknie. Obok na krześle leżała torebka, w niej wyglądająca na zwykły list koperta przygotowana przez Tomka. Na czarnym papierze, żeby nie można było zobaczyć pod światło, co jest w środku, naklejone ciasno negatywy oraz przebitki z Dziennikiem, w późniejszym etapie mikrofilmy.

Od mojego stolika widziałam z daleka nadchodzącą trójkę, Oliviera i – zaledwie parę metrów za nim – tajniaków. Miałam czas, aby bez pośpiechu wstać, ubrać się i udać do wyjścia. Musiałam wycelować nieomal co do sekundy. Pomiędzy salką a ulicą znajdował się ciemny korytarzyk, wiatrołap, który chronił przed zimnem wpadającym z dworu. Tam się spotykaliśmy. Olivier wchodził, ja wychodziłam. Przez jedną chwilę byliśmy sami, niewidoczni dla nikogo. Działaliśmy błyskawicznie. Podawałam wyjętą z torebki kopertę, Olivier wsuwał ją między kartki książki, wyszeptując potwierdzenie następnego spotkania: „Same place, same time, in two weeks" [w tym samym miejscu za dwa tygodnie], ja przytakiwałam i rozchodziliśmy się. [...]

Ja byłam „czysta", gdyż moich stróżów, jeśli mi towarzyszyli, zostawiałam w „przechowalni". Mieliśmy ich z Tomkiem kilka, w różnych punktach miasta, gdzie znajdowały się kamienice z przelotowym podwórzem albo budynki z dwoma bramami, każda na inną ulicę, idealne, by wymknąć się obstawie. Podczas gdy szpicle czekali cierpliwie, przekonani, że w domu, do którego weszłam, odwiedzam kogoś, mogłam spokojnie wyjść od tyłu, pojechać, załatwić sprawę i po godzinie pojawić się znowu, niby po zakończonej wizycie. [...]

Pamiętałam wskazówki ojca. Najważniejsza, powtarzał, jest zimna krew oraz oczy patrzące przed siebie spokojnie, obojętnie. I udawało się. Z Olivierem spotykaliśmy się co dwa tygodnie przez ponad pół roku. [...]

Kontakty z Zachodem zostały przecięte, izolacja była nieomal pełna. My, dzięki Olivierowi, mieliśmy sytuację wyjątkową i jakże przez to zobowiązującą. Ta świadomość działała niczym doping. Pracowaliśmy z maniacką niemal intensywnością. Do zdjęć doszło przecież pisanie.

Publikacje w zachodniej prasie

Pierwsze tygodnie były ciężkie. Ogrom pracy, a jednocześnie niepewność. Nie wiedzieliśmy nic o losie materiałów przesyłanych dzięki Olivierowi, działaliśmy na oślep. Pomagało, że byliśmy zbyt zajęci, aby zamartwiać się, iż nasze dzieła lądują nie na kolumnach gazet, tylko w redaktorskiej szufladzie. Ale zdarzały się chwile zwątpienia, czy aby nie harujemy na marne, gdyż podobne albo i lepsze zdjęcia oraz teksty zostały już na Zachodzie opublikowane i potrzebne jest coś innego. Wątpliwości osłabiają, przywoływaliśmy się zaraz do porządku i robiliśmy dalej swoje, nie mając od drugiej strony żadnego potwierdzenia, żadnych wskazówek.

Aż do dnia, gdy w ciemnym wiatrołapie „Frascati" nastąpiła po raz pierwszy podwójna wymiana. Koperta na kopertę. Właśnie otrzymaną wrzuciłam do torebki i wyszłam na dwór prosto na esbeka, którego wcześniej przez okno widziałam za plecami Oliviera. Żołądek mi się ścisnął, puls przyspieszył. Co jest w tej kopercie, myślałam gorączkowo, lecz – co by nie było – jeśli mnie zatrzymają, stanowiła niewątpliwy dowód na związek z dyplomatą. Idź spokojnie, na luzie, upominałam siebie, bo nogi podrywało do biegu, żeby szybko, najszybciej zniknąć tajniakom z oczu, uskoczyć za róg, zajrzeć do listu. Z Wiejskiej skręciłam w Prusa, wpadłam w pierwszą bramę, z niej na klatkę schodową i na półpiętrze, ostatnim, przy strychu, czytałam wiadomości z Paryża.

Wszystko, co wysyłaliśmy, oni tam otrzymali, puścili dalej. Media publikowały chętnie, bo z Polski wydostawało się bardzo niewiele zdjęć pokazujących stan wojenny, a „Dziennik" okazał się zupełnie unikatowy i został przetłumaczony na kilka języków. Czytałam i czytałam, długo nie potrafiłam się oderwać od dwóch gęsto zapisanych kartek. Kiedy wreszcie wyszłam na ulicę, znowu musiałam się powstrzymywać, tym razem, aby nie skakać jak dzieciak ze szczęścia, którym podzielić się pragnęłam z prawie każdym, a nie mogłam z nikim. [...]

Miesiąc później przeżyliśmy jeszcze większą radość, tyle że poprzedzoną krótką chwilą grozy. Do „Frascati" chodziłam z małą torebką. Większe, podobnie jak plecaki używane często do przenoszenia „bibuły", wzbudzały podejrzenia ulicznych patroli i czających się po bramach szpicli, prowokowały rewizje, a ja starałam się wyglądać możliwie niewinnie. W eleganckiej, płaskiej torebce koperta, także ta średnia, dziesięć na dwanaście, w której umieszczaliśmy materiały, mieściła się bez trudu, podobnie jak listy przychodzące z Francji. Przynajmniej do tej pory.

Tego dnia jednak Olivier zamiast z książki wyjął przesyłkę z gazety, którą trzymał pod pachą. Zdrętwiałam. Był to rozmiar A4. Gdzie ja schowam tego olbrzyma?! Decydować musiałam natychmiast, zaraz w drzwiach ukaże się esbek. Gdzie, na Boga? Nic nie przychodziło do głowy. Sekundy uciekały. „Under the fur" [pod kożuch] – syknął Olivier, co wykonałam automatycznie i w ostatnim momencie. Kiedy zsuwałam poły kożucha, przyciskając jednocześnie łokciem ukrytą na brzuchu, pod futrem, kopertę, poruszyła się naciśnięta z zewnątrz klamka. Chwilę później funkcjonariusz przepuścił mnie, aby wejść samemu do pustego już korytarzyka. Mój francuski łącznik zdążył zniknąć w kawiarni.

W domu dowiedziałam się, że niosłam skarb. I to jaki! Kolorowe pisma, w nich na wielu stronach nasze prace. Obszerny fotoreportaż z Warszawy wypełniał środek niedzielnego magazynu „Corriere della Sera", jednej z głównych gazet we Włoszech. Największy katolicki tygodnik „La Vie" uczynił z „Dziennika" wiodący artykuł numeru. Na jego okładce kula ziemska wyłaniała się z ciemnego tła, świetlista, oznakowana tylko jedną flagą, biało-czerwoną, a obok tytuł wypisany solidarnościową czcionką: „Le journal d'un insoumis de Varsovie" – „Dziennik buntownika z Warszawy".

Wewnątrz mój tekst poprzedzał wstęp taki, jaki mi się marzył, gdy pisałam. Nie wolno zapomnieć Polski, nie wolno opuścić naszych przyjaciół – głosili redaktorzy i nawoływali do solidarności z bohaterskim polskim narodem. Dalej tłumaczyli, że „bulwersująca opowieść" jest anonimowa i zakamuflowana, aby „tam żaden milicjant nie mógł znaleźć śladów autora". „Dziennik", pierwsza część, od 13 do 19 grudnia, wydrukowany został bez żadnych skrótów i kończył się, zgodnie z oryginałem, sceną nocnego malowania na murze napisu: „Jeszcze Polska nie zginęła!".

Ta noc w naszym domu na Cietrzewia minęła bezsennie. Nasze materiały wydrukowane, w masowych nakładach, doskonale wyeksponowane... Kipieliśmy z radości. Bo co innego wiedzieć, a zobaczyć, dotknąć, trzymać w ręku. Przez wiele godzin, ze słownikiem, tłumaczyliśmy redakcyjne komentarze, podpisy pod zdjęciami, aby zrozumieć, dlaczego spośród wielu wybrano akurat te. Czas mieliśmy do rana. Potem dom znów musiał być „czysty". Publikacje, jakże dla nas cenne, miały też sporą wartość dla esbeków. A ich obecność wyczuwaliśmy stale.

Fragment książki Małgorzaty Niezabitowskiej „W twoim kraju wojna!", która ukazała się nakładem Ośrodka Karta.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA