fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Ojciec polskiej niepodległości

Woodrow Wilson, 28. prezydent USA, z drugą żoną, Edith. Biały Dom, czerwiec 1920 r.
BIBLIOTEKA KONGRESU USA
Żaden światowy przywódca nie przyczynił się do odrodzenia wolnej Polski tak bardzo jak amerykański prezydent Thomas Woodrow Wilson.

W 1913 r. nikt w Ameryce nie miał wątpliwości, że doktryna Monroe'a powoli się wypala i nie pasuje już do globalnej rzeczywistości. Powoli rodziła się epoka globalizmu i Amerykanie chcieli mieć w niej swój znaczący udział. Jednak z Europy docierały coraz bardziej niepokojące wieści. Zamach w Sarajewie na następcę austro-węgierskiego tronu, arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, stał się iskrą zapalną w europejskim składzie prochu. Ameryka tylko formalnie pozostawała neutralna wobec tego, co działo się na Starym Kontynencie. Amerykańscy historycy nazwali tę postawę „unneutrality" – czymś, co jest tylko neutralnością pozorowaną.

Tajemnicą poliszynela było, że amerykańskie elity po cichu wspierają państwa Ententy. Długo jednak trwało, zanim prezydent Wilson zdecydował się na przystąpienie USA do światowego konfliktu. Neutralność w początkowej fazie wojny gwarantowała wzmocnienie amerykańskich interesów i olbrzymie zyski z eksportu amerykańskich surowców i produktów do Europy. Zresztą pod względem militarnym jedynie marynarka wojenna Stanów Zjednoczonych mogła stanowić poważną siłę w nowym konflikcie zbrojnym. Amerykańskie siły lądowe składały się zaledwie z trzech dywizji piechoty i jednej dywizji kawalerii, nie licząc pomniejszych jednostek tych samych formacji zbrojnych. Łącznie w służbie czynnej było zaledwie 98 tys. żołnierzy. Lotnictwo wojskowe praktycznie nie istniało w 1914 r. Dopiero w 1917 r. wyposażono je w 55 samolotów.

Przystąpienie do wojny wymagało zatem wielkiego wysiłku logistycznego, powszechnej mobilizacji i organizacji wojskowego transportu transoceanicznego na akwenach nękanych przez niemiecką marynarkę wojenną. Ale przy amerykańskim potencjale gospodarczym to przedsięwzięcie nie musiało być wielkim wyzwaniem. Dość powiedzieć, że w 1918 r. amerykańskie siły zbrojne liczyły już ponad 2,5 mln żołnierzy. Amerykanie nie mieli dotychczas żadnego doświadczenia na frontach europejskich, ale ich liczne interwencje w Ameryce Południowej i na Filipinach dały im pewne doświadczenie, jak należy się przygotować do tego typu ekspedycji.

Wilson wiedział, że jeżeli konflikt w Europie się rozprzestrzeni, Ameryka będzie musiała się opowiedzieć po którejś stronie. Mimo to 7 grudnia 1914 r. prezydent ogłosił formalną neutralność Stanów Zjednoczonych i zaproponował amerykańskie mediacje między stronami konfliktu. Niemcy uznały tę deklarację za obłudną. Niemiecki wywiad w USA donosił o wielkiej sprzedaży broni państwom Ententy. Nikt w Berlinie nie miał wątpliwości, że amerykańskie konwoje handlowe przemierzające Atlantyk stanowią większe zagrożenie dla państw centralnych niż amerykański korpus ekspedycyjny.

Wojna to „dobry" interes

Wojna w Europie była intratną okazją dla amerykańskiego biznesu, tym bardziej że w miarę upływu czasu wszystko wskazywało, że będzie to długi, krwawy i wyniszczający konflikt. Mimo że Stany Zjednoczone ogłosiły oficjalną neutralność, jeden z największych amerykańskich banków prywatnych J.P. Morgan and Company udzielił łącznie ponad 3 miliardów dolarów pożyczki rządom Wielkiej Brytanii i Francji. Na tamte czasy była to kwota astronomiczna. Ale Morgan wziął zaledwie 1 procent prowizji, co wyraźnie wskazywało, że mimo neutralności Ameryka wspomaga finansowo Londyn. Oczywiste było, że za tak niską prowizją musiały stać gwarancje rządu federalnego, który obiecał wielkiemu potentatowi przychylność za kredyt udzielony Londynowi i Paryżowi.

Tragedia „Lusitanii"

Wojna w Europie silnie podzieliła amerykańską opinię publiczną. Amerykanie pochodzenia niemieckiego i irlandzkiego byli wyraźnie przychylni państwom centralnym, pozostali zachowywali głównie sympatie probrytyjskie. Najważniejsze jednak, że środowisko przemysłowców i bankierów wyraźnie wspierało państwa Ententy. W końcu byli to ich klienci i nie było tajemnicą, że amerykańskie finanse miały silne powiązania z giełdą w Londynie. Dochodziły także kwestie kulturowe i językowe. Posługujący się językiem angielskim Amerykanie uważali się za część świata anglosaskiego, chociaż w rzeczywistości osoby pochodzenia angielskiego, walijskiego czy szkockiego stanowiły ułamek amerykańskiej populacji. Ważne było to, że wielcy magnaci prasowi, tacy jak William Randolph Hearst, i właściciele nowo powstających mediów – stacji radiowych i wytwórni filmowych – stali murem za Wielką Brytanią, ukazując Niemców jako Hunów nabijających noworodki na kolce swych pikielhaub. W rzeczywistości dopiero ćwierć wieku później Niemcy zasłużą na to miano, dokonując najstraszniejszych zbrodni w historii Europy. Można więc powiedzieć, że społeczeństwo amerykańskie systematycznie dojrzewało do wojny. Szczególne oburzenie budziły coraz częstsze doniesienia o atakach niemieckich łodzi podwodnych na amerykańskie statki handlowe.

Prawdę mówiąc, Amerykanie sami prowokowali te incydenty. Amerykańscy armatorzy systematycznie łamali neutralność i dostarczali do doków brytyjskich i francuskich portów coraz większe dostawy surowców, broni i zaopatrzenia. Raporty przesyłane do sztabu generalnego armii niemieckiej nie pozostawiały złudzeń: liczba amerykańskich konwojów handlowych pokonujących Atlantyk była znacznie wyższa niż w czasach pokoju. Niemcy ustanowili zatem czarną listę 100 amerykańskich firm wspierających wysiłek wojenny Wielkiej Brytanii. Amerykańskie statki były zatrzymywane na pełnym morzu i przeszukiwane przez niemieckich marynarzy. Podobną taktykę stosowali zresztą także Brytyjczycy, którzy mieli podejrzenia, że kilku armatorów we współpracy z firmami należącymi do Amerykanów pochodzenia niemieckiego zaopatruje państwa centralne w towary objęte embargiem handlowym.

W końcu musiało dojść do katastrofy. 4 lutego 1915 r. sekretarz stanu William Bryan otrzymał od ambasadora niemieckiego w Waszyngtonie oświadczenie, że cesarska flota wojenna tworzy wokół wysp brytyjskich strefę wojenną. Kaiserliche Marine odcięła archipelag kordonem 27 łodzi podwodnych, które miały atakować wszystkie statki pod banderą państw trzecich, niebiorących udziału w wojnie. Prezydent Woodrow Wilson zareagował, wydając oświadczenie, że USA uznają niemiecką deklarację za naruszenie prawa międzynarodowego i fundamentalnych praw ludzkości. Prezydent ostrzegł przy tym, że każdy niemiecki atak na statki pod amerykańską banderą spotka się z militarną odpowiedzią Stanów Zjednoczonych.

Przystąpienie USA do wojny było już jedynie kwestią czasu. 7 maja 1915 r. niemiecka łódź podwodna zatopiła brytyjski statek pasażerski „Lusitania", na pokładzie którego płynęło 1198 osób, w tym 128 obywateli USA. Wśród nich było 37 kobiet i 21 dzieci. Amerykańska opinia publiczna eksplodowała oburzeniem. Ale prezydent Wilson, ku zaskoczeniu prasy i swojego otoczenia, wcale nie spieszył się z decyzją o przystąpieniu do wojny. „Zdarza się, że człowiek jest zbyt dumny, aby się bić" – oświadczył zdumionym dziennikarzom. Zamiast odpowiedzieć zbrojnie, wystosował apel do Niemiec o zaprzestanie ataków na amerykańskie statki. Amerykanie przyjęli to oświadczenie z niedowierzaniem. Jeszcze większe oburzenie opinii publicznej wzbudziła wypowiedź sekretarza stanu Williama Bryana, który oświadczył, że „Niemcy mają prawo nie dopuścić do tego, aby przemycane towary docierały do aliantów". Pod naciskiem prasy Bryan musiał zrezygnować, a jego miejsce zajął znacznie mniej ugodowy Robert Lansing.

Potrzeba było jeszcze wielu niemieckich ataków na statki przewożące obywateli amerykańskich, żeby 3 lutego 1917 r. USA zerwały stosunki dyplomatyczne z Niemcami, a niecałe dwa miesiące później prezydent Wilson ogłosił rezygnację jego państwa z neutralności.

14 punktów Wilsona

Historycy wskazują różne powody przystąpienia USA do I wojny światowej. Formalną przyczyną były oczywiście ataki niemieckich łodzi podwodnych na amerykańskie statki handlowe i na statki pasażerskie państw alianckich przewożące na pokładzie obywateli amerykańskich. Były też różne ukryte powody. W pierwszym rzędzie rosnąca obawa o losy Francji i wzrost potęgi Niemiec, co spowodowałoby, że amerykańskie pożyczki nie zostałyby spłacone. Ameryka przystępowała do antyniemieckiej koalicji jako „państwo stowarzyszone", a nie „sojusznicze". Ta drobna różnica semantyczna miała jednak ukryte znaczenie. Oznaczała bowiem, że Amerykanie wyruszają na wojnę bronić przede wszystkim swoich interesów, w tym także tych, które wiązały się z wymianą handlową i pożyczkami udzielonymi Niemcom.

Już we wrześniu 1917 r., kiedy jeszcze wojska niemieckie zbliżały się do Paryża i nic nie zapowiadało późniejszej listopadowej kapitulacji, amerykański prezydent powołał komisję mającą za zadanie opracować 14 słynnych punktów Wilsona. Znalazły się wśród nich postulaty odejścia od tajnej dyplomacji, tajnych układów i porozumień; zagwarantowanie wolności żeglugi na morzach; usunięcie barier w handlu międzynarodowym oraz – co wydaje się najważniejsze dla nas Polaków – w punkcie 13: niepodległość Polski z wolnym dostępem do morza.

Po raz pierwszy jeden z najważniejszych światowych przywódców wyraźnie upomniał się o wolność Polski. 8 stycznia 1918 r. powtórzył to w orędziu do Kongresu USA: „Należy stworzyć niezawisłe państwo polskie, które winno obejmować terytoria zamieszkane przez ludność niezaprzeczalnie polską, któremu należy zapewnić swobodny i bezpieczny dostęp do morza i którego niezawisłość polityczną i gospodarczą oraz integralność terytorialną należy zagwarantować paktem międzynarodowym".

Przyjaciel Polski

Prezydentura Thomasa Woodrowa Wilsona jest wielkim przełomem w amerykańskiej historii. To początek amerykańskiej mocarstwowości, która pod koniec XX w. uczyni ten kraj największą potęgą militarną, gospodarczą i cywilizacyjną na naszej planecie. Niewątpliwie tak wielki awans Stanów Zjednoczonych był znaczącą zasługą ich 28. prezydenta Thomasa Woodrowa Wilsona, wielkiego przyjaciela Polski i Polaków, bez którego nasza historia mogła potoczyć się w zupełnie innym kierunku. W 101. rocznicę odzyskania polskiej niepodległości powinniśmy pamiętać, że Thomas Woodrow Wilson był jednym z ojców założycieli naszej wolnej Rzeczypospolitej.

Ten dystyngowany amerykański profesor z Uniwersytetu w Princeton był jednym z najważniejszych uczestników konferencji wersalskiej i architektów ładu po I wojnie światowej. Wprowadził amerykańską dyplomację na światowe salony. Nie ma wątpliwości, że w pełni zasługiwał na Pokojową Nagrodę Nobla w 1919 r., którą otrzymał „za powołanie Ligi Narodów".

25 września 1919 r. prezydent Wilson doznał wylewu, który spowodował częściowy paraliż jego kończyn. Przez siedem miesięcy nie opuszczał Białego Domu i z nikim się nie spotykał. Po Waszyngtonie krążyła plotka, że władzę sprawuje w jego imieniu pierwsza dama Ameryki Edith Wilson. Ile było w tym prawdy, nie wiadomo. Po wojnie prezydent Wilson cieszył się tak wielkim poważaniem obywateli, że nikt nie ośmielał się krytykować jego postępowania.

4 marca 1921 r. Thomas Woodrow Wilson opuścił Biały Dom żegnany z honorami przez swojego następcę Warrena Hardinga. Wilson nie wrócił już do swojego ukochanego Princeton. Do końca życia mieszkał w Waszyngtonie. Zmarł 3 lutego 1924 r. i za wyjątkowe zasługi dla kraju, jako jedyny prezydent Stanów Zjednoczonych, został z najwyższymi honorami pochowany w Katedrze Narodowej w Waszyngtonie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA