fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Richard Kuklinski: płatny zabójca z powołania

Michael Shannon w roli Richarda Kuklinskiego w filmie „Iceman: historia mordercy”
AFP
„Byłem w stanie każdemu zrobić krzywdę, o każdej porze dnia i nocy. Nie czułem wyrzutów sumienia. Mogłem to robić bez przerwy, na okrągło" – powiedział w jednym z wywiadów Richard Kuklinski.

Nazywano go „człowiekiem z lodu". Sam o sobie twierdził z dumą: „Jestem najgorszym koszmarem, jaki może się przyśnić". Był jednym z najbrutalniejszych płatnych morderców w historii. Wykonywał swój zawód z pasją i zaangażowaniem. Wykazywał się dużą pomysłowością w poszukiwaniu nowych rodzajów śmierci, jaką zadawał ofiarom. Cenił sobie pistolety kaliber 22 z tłumikiem. Umiejętnie strzelał w głowę w taki sposób, by pocisk odbił się od wnętrza czaszki, zmieniając mózg w miazgę, nie robiąc przy tym bałaganu. Ostatecznie upodobał sobie truciznę. Była czysta i nie pozostawiała śladów.

Latami gromadził swój arsenał. Posiadał kolekcję ostrych noży, pistoletów, cyjanek i inne trucizny w przeróżnych formach. W zbiorach Kuklinskiego znajdowały się też szpikulce do rozdrabniania lodu, kusze, drut i garoty, a nawet granaty.

Trudno określić dokładną liczbę ofiar Richarda Kuklinskiego. Zmieniała się w trakcie śledztwa. Sam przyznawał, że było to od 50 do 100 osób. W miarę rozwijania się jego opowieści ta liczba rosła. Prawdopodobnie w ciągu 30 lat uśmiercił około 200 osób. Wiele zgonów wyglądało na atak serca, więc nigdy nie trafiły do kartotek policji. W szczytowym okresie kariery Iceman mordował po kilka osób miesięcznie. Dokładna liczba jego ofiar pozostaje tajemnicą, którą zabrał ze sobą do grobu.

Tyran i dewotka

Richard Kuklinski urodził się 11 kwietnia 1935 r. w Jersey City w stanie New Jersey w ubogiej irlandzko-polskiej rodzinie robotniczej. Był drugim z trójki dzieci Stanleya (Stanisława) i Anny Kuklinskich. Ojciec Richarda przybył do Stanów Zjednoczonych z Warszawy, a Anna McNally z Dublina. Matka wychowała się w sierocińcu prowadzonym przez surowe zakonnice. Była ofiarą ich brutalności, a w wieku dziesięciu lat została zgwałcona przez księdza. Miała typowy syndrom ofiary. Wyszła za porywczego mężczyznę i nigdy nie potrafiła obronić przed nim ani siebie, ani swoich dzieci. Przyszłego męża poznała na potańcówce przy kościele. Pobrali się trzy miesiące później, w lipcu 1925 r. Stan pracował na kolei, Anna zajmowała się domem.

Ojciec Richarda był alkoholikiem i często brutalnie znęcał się nad rodziną. Nie była to zwykła przemoc domowa. Stanley balansował na granicy zabójstwa, aż w końcu przekroczył tę linię. Richard był świadkiem i ofiarą wielu domowych bijatyk, atakowania nożem domowników, a gdy miał pięć lat, na jego oczach ojciec zakatował pasem na śmierć starszego brata Floriana. Stanley kazał żonie zadzwonić do szpitala z informacją, że chłopak miał nieszczęśliwy wypadek. Lekarze postanowili dać temu wiarę i oprawca uniknął kary.

To oczywiste, że Richard nienawidził ojca i panicznie się go bał. Moczył się, jak tylko słyszał, że ojciec wchodzi do domu. Gdy mąż znęcał się nad dziećmi, Anna modliła się w drugim pokoju i nigdy nie stanęła w ich obronie. Jej tarczą były pacierze. Co więcej, sama w końcu zaczęła znęcać się nad dziećmi. Wtedy Richard znienawidził również matkę.

Niedługo po śmierci Floriana ojciec porzucił rodzinę i odszedł do poznanej w barze Polki. Matka popadła w skrajną dewocję, a dzieci wychowywała ulica. Były niedożywione i zaniedbane. Richard zyskał przezwisko „Chudy Polak" i wyśmiewano się z jego odstających uszu. Na krótko trafił pod opiekę miejscowego kościoła, który zajmował się najbiedniejszymi dziećmi z patologicznych rodzin. Wtedy, jak później stwierdził, ostatecznie stracił wiarę w Boga.

Jak większość psychopatów był w pewien specyficzny sposób bardzo inteligentny, ale nie pociągała go nauka w szkole. Edukację zakończył na ośmiu klasach. Jego patologiczna osobowość ujawniła się wcześnie. Już w wieku dziesięciu lat znajdował przyjemność w maltretowaniu zwierząt. Związywał koty za ogony, wieszał na sznurze do bielizny i obserwował, jak walczą o życie, kalecząc się wzajemnie. Zwykle jednak nie czekał, aż wykrwawią się na śmierć. Zrzucał psy z dachu, przywiązywał zwierzęta do autobusów. Do pieca na śmieci wkładał żywe koty. W wywiadzie z psychiatrą Parkiem Dietzem, wyemitowanym przez HBO w 2002 r., opowiadał: „To było moje hobby". Zapytany, czy znajdował w tym przyjemność, odpowiedział: „Nie sądzę. Byłem tylko lekko podekscytowany. Czułem lekkie obrzydzenie, bo zabijałem zwierzęta, które nie mogły się przede mną bronić. Robiłem to z nudów".

Miał zaledwie 14 lat, gdy dokonał pierwszego zabójstwa. Ukradł kilka butelek wina i schował je w kotłowni. Jego kryjówkę odkrył jednak Charley Lane, szef miejscowej bandy Project Boys, i ukradł Richardowi łup. Kuklinski już wcześniej padał ofiarą młodocianego gangstera. Zaczaił się na Charleya w ciemnym zaułku i zaatakował go metalowym prętem. Zatłukł go na śmierć i ukrył zwłoki. Wcześniej odciął mu palce i wybił zęby, żeby utrudnić identyfikację. Mimo jego zabiegów następnego dnia cała dzielnica huczała już od opowieści, że ktoś zabił Lane'a. Richard przestraszył się, że policja lub kumple bandyty mogą wpaść na jego trop, więc przez cały tydzień nie wychodził z domu. Poza tym nie wiązały się z tym wydarzeniem żadne inne emocje.

Cztery lata później Kuklinski miał 190 cm wzrostu i opinię brutalnego zabijaki. Już nikt nie odważył się nazywać go „durnym Polaczkiem". Czuł władzę i zaczął mordować dla przyjemności. Pierwszymi ofiarami byli bezdomni, transwestyci, a później zwykli przechodnie. „Miałem taki okres – przyznał w rozmowie z dr. Dietzem – kiedy zabijałem bez powodu, nożem, pistoletem". Z rozmarzeniem opowiadał, jak umieszczał lufę pistoletu pod brodą i strzelał. Fascynował go sam moment umierania. Patrzył wtedy ofiarom w oczy. Chciał, by zabrały do wieczności jego obraz. Przyglądał się swojemu odbiciu w ich źrenicach. Jak twierdził, w tym okresie zabił około 100 osób.

Wykorzystywał każdy pretekst. Nawet jeśli ktoś rzucił mu złe spojrzenie, mógł za to otrzymać najwyższą karę. Rozkoszował się polowaniem. Potrafił długo śledzić ofiarę, by wybrać najdogodniejszy moment zabójstwa. Komuś wrzucił koktajl Mołotowa do samochodu, innych po prostu zastrzelił, a jeszcze innych zatłukł. „Byłem szubienicą, na której zwisał – opowiadał o mężczyźnie, którego powiesił na sznurze do bielizny. – Tak było bardziej bezpośrednio, czułem, że umiera, robi się wiotki. Zeszło ze mnie całe zdenerwowanie, jakbym wziął lekarstwo. Niesamowite!". Zapytany, czy kiedyś darował komuś życie, odparł: „Jedna z moich ofiar na przemian modliła się i błagała o litość. Zaproponowałem jej układ. Jeśli w ciągu 30 minut zjawi się jej Bóg i zmieni okoliczności, to daruję jej życie. Bóg się nie zjawił, więc musiałem zabić tego człowieka".

Zawód: morderca

Kradzieże to za mało, żeby przeżyć, a Richard pragnął dostatku. Zaciągnął dług u mafii i otworzył wytwórnię filmów pornograficznych. Zaczął być zauważany w światku przestępczym. Choć za opóźnienie w spłacie zadłużenia został dotkliwie pobity, to licząca się w Nowym Jorku rodzina Gambino zaproponowała mu współpracę. W taki sposób został cynglem mafii. Otrzymywał zdjęcia nieznajomych mężczyzn, śledził ich i zabijał na wiele różnych sposobów. Gdy jego pierwszy „klient" po strzale „rozleciał się jak dynia", jedyną jego emocją było zdziwienie. Miał jednak swoje zasady – brał zlecenia jedynie na mężczyzn. Jak zeznał, nigdy nie uśmiercił kobiety ani dziecka.

Jego kariera zawodowa kwitła. Pod koniec lat 60. stał się najsławniejszym i najskuteczniejszym płatnym mordercą mafii. Doprowadził swój fach do perfekcji. Zabijał profesjonalnie, zgodnie z zaleceniami pracodawców, a potem równie profesjonalnie pozbywał się zwłok. W zależności od potrzeb niektóre ćwiartował i karmił nimi kraby lub wrzucał do studni. Używał jedynie takich narzędzi, które gwarantowały łatwe usunięcie śladów zbrodni. Według niego piła „za bardzo brudzi", znacznie lepszy był ostry nóż rzeźnicki. Odór poćwiartowanych ciał zabijał wodą kolońską Canoe.

Później wpadł na inny pomysł. Kupił duże chłodnie i w nich trzymał zwłoki zamordowanych. Gdy minął odpowiednio długi czas, przewoził je do odległych stanów i porzucał na odludziu. Miało to służyć zmyleniu śledczych, ponieważ po rozmrożeniu ciała lekarzom trudno było określić datę śmierci. Wtedy Richard Kuklinski zyskał przydomek Iceman, ponieważ zdarzało się, że zwłoki znajdowano za szybko, częściowo rozmrożone, a w tkankach znajdowały się kryształki lodu.

Kolejnym pomysłem Kuklinskiego była jaskinia śmierci. Wpadł na nią przypadkiem. Któregoś dnia siedział na plaży i strzelał z nudów do szczurów. Wtedy odkrył grotę, w której roiło się od gryzoni. Zaczął tam przywozić swoje ofiary, zwykle te skazane przez mafię na tortury za najcięższe przewinienia. Wiązał je sznurem lub taśmą, po czym zostawiał sam na sam z kamerą i szczurami. Po kilku dniach wracał po sprzęt i na domowym projektorze oglądał nagranie powolnej śmierci w męczarniach. „Wtedy dopiero coś poczułem" – podsumował przed kamerami HBO. Za takie zlecenia otrzymywał nawet 20 tys. dolarów.

Truciciel

Przez znajomego pasera w grudniu 1977 r. Kuklinski poznał Paula Hoffmana, właściciela apteki w Union City w stanie New Jersey. Nie był to człowiek o nieposzlakowanej opinii. Handlował narkotykami i ciągle potrzebował pieniędzy. Chętnie zatem poszedł na układ z płatnym mordercą.

Dokładnie wyjaśnił mu, jak działają różne trujące substancje, z czym należy je mieszać i w jakich proporcjach, jak aplikować i jakie stosować dawki, żeby spowodować zgon niebudzący podejrzeń. Kuklinski oddał się nowej pasji. Był najlepszym studentem aptekarza. Czytał teksty medyczne, robił notatki i starannie zapamiętywał to, czego się nauczył. Hoffman nie gardził żadnym zarobkiem, więc Richard miał też niewysychające źródło zaopatrzenia. Aptekarz nie spodziewał się wtedy, że za chciwość przyjdzie mu zapłacić najwyższą cenę.

Jedną z pierwszych ofiar świeżo upieczonego truciciela stał się Billy Mana, gangster z rodziny Genovese. Kuklinski zaprosił go na drinka do baru w Union City w celu omówienia domniemanego interesu: transportu kradzionych futer. Przy barze nagle Mana zaczął się dławić, chwycił się za gardło i padł martwy na podłogę. Kulkinski odegrał scenę przerażenia, wołał o pogotowie, bo jego rozmówca ma atak serca. Nie znaleziono śladów trucizny ani w ciele, ani w drinku gangstera. Nikt jej tam nie szukał. Innemu członkowi rodziny Genovese Richard wymieszał cyjanek z kokainą. Opowiedział mu, że właśnie okradł Kolumbijczyków, po czym dał na próbę fiolkę z narkotykiem. Gangster poszedł do toalety przetestować towar i tam zmarł na „atak serca".

Nieoceniony wkład w działalność Kuklinskiego wniósł kolega po fachu, płatny zabójca i były komandos Robert Pronge. Podzielił się z Richardem recepturą na truciznę w sprayu. Udzielił też kilku cennych rad: nie należy jej używać w pomieszczeniach zamkniętych i trzeba uważać na wiatr. Skuteczność trutki była porażająca – jedno rozpylenie w kierunku twarzy kończyło się śmiercią. Kuklinski nie musiał już nosić fiolek, strzykawek i czekać na dogodny moment, by nie zwracać niczyjej uwagi. Nową metodę wypróbował na całym gangu. Zaproponował chłopakom z ferajny, że kupi im hamburgery, po czym spryskał cyjankiem wszystkie z wyjątkiem jednego, przeznaczonego dla siebie. Kuklinski miał prawdziwą ucztę. Poczuł się jak naukowiec, który „przygląda się małpom w laboratorium", na których przeprowadza doświadczenia.

Rodzina w komplecie

Rodzina Kuklinskiego o niczym nie wiedziała, była przekonana, że Richard jest zaradnym biznesmenem, od czasu do czasu oddającym się hazardowi. Przez 30 lat był przecież normalnym, zamożnym mężczyzną. Żona Barbara, dwie córki Merrick i Chris oraz najmłodszy syn Dwayn żyli spokojnie i dostatnio w zadbanym piętrowym domu w miasteczku Dumont w stanie New Jersey. Wszystko wyglądało prawie jak z obrazka: nienagannie przystrzyżony trawnik i nienaganne stosunki z sąsiedztwem. Dom krył jednak smutną tajemnicę.

Kuklinski nie należał do tych psychopatycznych morderców, którzy stawiają żonę na piedestale i uważają za jedyną nietykalną istotę. Tak traktował dzieci. Był dobrym ojcem, ale Barbara regularnie doświadczała przemocy. Gdy wpadał w furię, z sympatycznego Richiego zmieniał się – jak mówił później w wywiadzie – w „najwredniejszego skurwysyna na ziemi, którego okrucieństwo nie znało granic". Gdy ogarniała go wściekłość, demolował dom i bił żonę. Dwukrotnie z tego powodu poroniła. Nigdy jednak nie podniósł ręki na dzieci.

Miał zasady. W niedziele i święta nie „pracował", ale spędzał czas z rodziną. „Nie ma takiej rzeczy, której bym dla dzieci nie zrobił, pozabijałbym wszystkich!" – stwierdził w rozmowie z dr. Dietzem. Mimo że bił Barbarę, była jedyną osobą, której ufał i którą na swój sposób kochał. Kiedyś wręczył jej nóż i odwrócił się tyłem. Żona stała wmurowana i nie zrobiła nic. „Dobrze ją oceniłem" – podsumował z satysfakcją.

Droga do Trenton

1 lipca 1981 r. Kuklinski zastrzelił właściciela sklepu w Forty Fort w Pensylwanii Louisa Masgaya. Sklepikarz był klientem Richarda. Kupował od niego kasety z pornografią, a na boku handlował pirackimi kopiami. Żeby zatrzeć ślady i odsunąć od siebie podejrzenia, Kuklinski swoim zwyczajem najpierw zamroził ciało, a kilkanaście miesięcy później porzucił je w lesie. Rodzina Masgaya wiedziała nie tylko o jego ciemnych interesach, ale również o współpracy z Kuklinskim. Ponadto miała informacje, że ofiara w drzwiach swojego minivana trzymała 95 tys. dolarów. Na początku policja przypuszczała, że Masgay zabrał ukryte w samochodzie oszczędności i uciekł do innego stanu, by rozpocząć nowe życie. Jednak ciało zostało odnalezione. Autopsja wykazała również, że było wcześniej poddane zamrożeniu. Co jednak najważniejsze, denat miał to samo ubranie, w którym wyszedł z domu 1 lipca 1981 r.

Wtedy po raz pierwszy policja zaczęła się uważniej przyglądać Kuklinskiemu, już nie jako właścicielowi podejrzanego interesu z powiązaniami ze światkiem przestępczym. Teraz patrzono na niego jako na Icemana. Śledztwo trwało jednak jeszcze sześć lat i było trudne, tym bardziej że zabójca zaczął zacierać ślady. Wymordował wszystkich dawnych współpracowników, włącznie z aptekarzem Hoffmanem. Jego ciała nigdy nie znaleziono. Richard zeznał później, że zabrał mu wtedy nie tylko życie, ale i 22 tys. dolarów.

Największego seryjnego zabójcy nie schwytano przez 30 lat. W końcu zrobił to dopiero stanowy detektyw z New Jersey. Przez kilka lat wręcz obsesyjnie podążał tropem Icemana. Wniknął w struktury mafii i zaprzyjaźnił się z Richardem. Zebrał pokaźny materiał dowodowy, włącznie z nagraniami, w których Kuklinski chwalił się swoimi „dokonaniami". Człowiek, który przez tyle lat umiał doskonale zacierać ślady, wpadł przez własną chełpliwość.

Policja działała na wielu frontach. Zastosowała również prowokację dopuszczalną w amerykańskim prawie. Podstawiony agent miał sprzedać Kuklinskiemu cyjanek. Morderca został aresztowany 17 grudnia 1986 r. przed swoim domem w Dumont. Znaleziono przy nim fiolkę fałszywej trucizny, paszport, rezerwację na lot zagraniczny oraz znaczne sumy ukryte w bankach szwajcarskich. Miał wtedy 55 lat.

Dwa lata później skazano go na dwa dożywocia, co oznaczałoby ewentualne wyjście na wolność za dobre sprawowanie w 2046 r. W 2003 r. przyznał się do zamordowania policjanta Petera Calabro w 1980 r. Wtedy sąd dołożył mu kolejne 30 lat. Zmarł jednak znacznie wcześniej – w wieku 61 lat, w tajemniczych okolicznościach 5 marca 2006 r. w więzieniu w Trenton. Żona Kuklinskiego twierdzi, że został otruty, ponieważ naraził się współosadzonym. Jak sam tłumaczył, wymierzał tam sprawiedliwość. Zabił jeszcze dwóch więźniów skazanych za przestępstwa seksualne na nieletnich.

Siedząc w Trenton, zaczął rozmawiać z dziennikarzami i bardzo starał się zostać gwiazdą. Po części mu się to udało. Dziennikarz Philip Carlo nagrał z nim ponad 240 godzin wywiadów, w których Kuklinski z dumą opowiadał o swoim życiu i działalności. Owocem jego zwierzeń stały się co najmniej dwie książki i dwa filmy dokumentalne. Chętnie rozmawiał z psychiatrami i kryminologami, a w miarę upływu lat i wzrostu popularności liczba jego ofiar zwiększyła się ze 100 do blisko 250. Nie dożył jednak premiery filmu nakręconego na podstawie jego biografii.

„Jak tylko było to możliwe, starałem się sprawdzać informacje o przestępstwach i morderstwach, o których opowiedział mi Kuklinski – podsumował Carlo. – Potwierdzałem je u źródeł związanych z mafią, na policji, w dokumentach, informacjach prasowych, na fotografiach. (...) Richard nigdy się nie chwalił, przeciwnie, do opowiedzenia większości historii opisanych potem w książce trzeba go było zachęcać i nakłaniać. Moim zdaniem był uczciwy, bezpośredni, prawdomówny i szczery do bólu".

Na koniec wywiadu dla HBO Kuklinski powiedział: „Jestem prawdopodobnie najbardziej samotnym człowiekiem na świecie. Ponieważ w moim życiu nie ma miłości, zastąpiłem ją nienawiścią".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA