fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Urok flecisty z Hameln

Getty Images
Gdyby ktoś mnie zapytał, jaki najpewniejszy wniosek wynoszę ze studiowania historii gatunku ludzkiego, to odpowiedziałbym – narażając się na grad wyzwisk – że najgroźniejszym wytworem ludzkości jest demokracja.

Przez dziesięciolecia z uporem charakterystycznym dla osła powtarzamy sobie za Churchillem, że demokracja być może ma swoje wady, ale nikt jeszcze nie wymyślił lepszego ustroju. Wady? Przecież to najczystszy przepis na katastrofę! Demokracja w różnych jej odmianach wcześniej czy później prowadzi do oddania władzy oszustom, demagogom i radykałom.

Utrzymuje ona bowiem wyborców w próżnym przekonaniu, że mają rzeczywisty wpływ na losy otaczającego ich świata i że w ten sposób zrównują swoje szanse z tymi, którzy – posiadając odpowiednie środki – sprawują rzeczywistą władzę nad światem. Skąd to naiwne przekonanie? Przecież nigdy w historii demokracja nie była równoznaczna z egalitaryzmem społecznym. Nawet w swojej najbardziej pierwotnej i czystej postaci demokracja ateńska w V wieku p.n.e. nadawała przywilej podejmowania ważnych dla miasta-państwa decyzji tylko określonej grupie jego mieszkańców. I to tylko oni – pełnoprawni obywatele płci męskiej – brali udział w głosowaniu. Ta forma władzy nie uwzględniała poziomu ich wykształcenia, wiedzy, znajomości zagadnień wojskowych czy gospodarczych. Demokracja ateńska była zjawiskiem niezwykłym, ale też i iluzorycznym. Paradoksalnie została zbudowana przez Peryklesa, a więc wojskowego dyktatora, który swoimi decyzjami regulował każdy aspekt życia Ateńczyków. Autokrata znalazł w demokratycznej iluzji klucz do kontroli absolutnej. Wystarczyło tylko odpowiednio przekonać wyborców do swoich racji, a byliby gotowi zagłosować nawet na własną samozagładę. Jeżeli więc ktoś dzisiaj doszukuje się w narodzinach tego ustroju wolnościowych tęsknot starożytnych Ateńczyków, jest w głębokim błędzie. Kto zaś wierzy, że demokracja to rządy „mniejszości", ten już jest jedynie nieukiem.

Wszystkie rewolucje, które stawiały sobie za przewodni postulat kreację egalitarnego i demokratycznego społeczeństwa, kończyły się krwawą rzezią różnej maści mniejszości. Wielka Rewolucja Francuska, która rozpoczęła się od zdobycia Bastylii, uważanej za symbol bezprawia ancien régime'u, skończyła się niebywałym terrorem i ludobójstwem. Nikt w historii nie wymordował tylu ludzi, co ideologiczni spadkobiercy lewicowego Stowarzyszenia Przyjaciół Konstytucji (Société des amis de la Constitution), bardziej znanego w historii jako jakobini. Im częściej na kartach historii pojawiali się różnej maści populiści obiecujący równość między ludźmi, demagodzy podtykający rozwiązania socjalne, radykałowie nawołujący do odebrania własności innym, tym straszniejszy los spotykał tych, którzy im zaufali.

Takie przemyślenia przyszły mi do głowy, kiedy oglądałem ostatnią debatę wyborczą między Donaldem Trumpem a Joe Bidenem. W uszach huczały mi słowa Ronalda Reagana, który ostrzegał, że wolny świat od zbrodniczego totalitaryzmu dzielić może tylko jedno pokolenie – przekonane, że dobrobyt tworzy się regulacjami, a nie pracą.

W przeddzień amerykańskich wyborów, które w mojej opinii nigdy nie spełniały kryterium „demokratycznych", warto przypomnieć sobie jeszcze jedną wypowiedź 40. prezydenta Stanów Zjednoczonych: „Jest dziś wielu ludzi, którzy mają szlachetne intencje zapewnienia nam ekonomicznych podstaw egzystencji. Dążą oni do tego, by nikt z nas nie żył poniżej pewnego standardu. Nie sprzeciwiamy się temu. Przyjrzyjcie się jednak uważnie temu pomysłowi, a stwierdzicie, że często ludzie ci wyznaczają również górny poziom, którego nie pozwalają nikomu przekroczyć. Chcą, abyśmy wszyscy znaleźli się między tymi dwoma poziomami i stali się standardowo przeciętni".

Fałszywi mesjasze obiecują socjalny Syjon – utopię populistyczną, w której wszyscy żyją równie, sprawiedliwie i są syci niczym robotnicy w fabryce czekolady Willy'ego Wonki. Ale taki świat to fikcja.

Od czasu wojny secesyjnej Ameryka nie była tak podzielona, jak jest dzisiaj. Następuje fatalna w skutkach zmiana pokoleniowa i koniec pewnego stylu bycia, który do historii przeszedł pod nazwą „American Dream". Do wychowanych w dostatku młodych ludzi o wiele łatwiej trafiają dzisiaj hasła w stylu kubańskim niż konserwatywno-patriotyczne rodem z czasów zimnej wojny. Połowa obywateli nie chce słyszeć o ciężkiej pracy dziadków imigrantów i rodziców z pokolenia „baby boomers" budujących amerykańskie „prosperity". Połowa Amerykanów chce prostego przepisu na dobrobyt. Połowa Amerykanów uległa czarowi flecisty z Hameln.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA