Rzecz o historii

Procesy czarownic w Rzeczypospolitej Obojga Narodów

Wikipedia
Wbrew legendzie Polska nie była krajem wolnym od stosów. W okresie upadku Rzeczypospolitej Obojga Narodów dość chętnie palono na nich kobiety posądzone o uprawianie czarów.

10 czerwca 1692 r. w miasteczku Salem w Nowej Anglii na szubienicy kończy życie Barbara Bishop, pierwsza ofiara słynnych purytańskich polowań na czarownice. Tego samego dnia wiele tysięcy kilometrów od amerykańskiego miasteczka, w małej wsi Falmierowo w Wielkopolsce, płoną na stosie cztery niewinne kobiety: Katarzyna Błachowa, Katarzyna Derlina, Regina ze wsi Gromadno oraz Barbara, sędziwa pracownica szpitala w tej samej miejscowości. Jeszcze dwa tygodnie wcześniej, zanim zaczął się proces, żadna z nich nie powiedziałaby o sobie, że jest wiedźmą. Niektóre załamują się jednak w trakcie tortur, zaczynają nawet wierzyć, że naprawdę zbratały się z szatanem, inne walczą o sprawiedliwość do końca. Patrzą na siebie z nietłumioną nienawiścią, mając świadomość, że męczarnie sprawiły, iż podczas śledztwa wzajemnie się oskarżały. Każda z nich umiera w cierpieniu, bo zgodnie z tradycją procesów o czary płomienie, w których giną „oblubienice diabła", podsyca się wilgotnym chrustem, aby kaźń trwała dłużej.

Upiorne przedstawienie, którego finałem są płonące stosy w Falmierowie, rozpoczyna się tuż po Zielonych Świątkach w 1692 r. we wsi Młotkowo. To wtedy zbiera się po raz pierwszy przybyły z Łobżenicy sąd i rozpoczyna przesłuchania kilku kobiet z okolicznych wsi, na które padło oskarżenie o uprawianie czarów (obok Błachowej, Derliny, Reginy i Barbary przed obliczem trybunału staje jeszcze Anna z Żelaznego). Oskarżenie wnieśli ludzie, których dobrze znały – sąsiedzi albo były pracodawca, jak w wypadku Reginy. Wszystkie kobiety utrzymują, że są niewinne. Tłumaczenia jednak nic nie dają, dlatego zgodnie proszą o próbę wody. Jak skrzętnie notują sędziowie w aktach sprawy, pławione kobiety za każdym razem niczym kaczki utrzymują się na powierzchni wody. Regina i Anna sugerują, że kat podciągał je do góry „stryczkiem", ale kto by tam wierzył ubogim dziewczynom, skoro mistrz małodobry zaprzecza. Po pławieniu sędziowie są już niemal pewni, że mają do czynienia z osobami, które parają się magią, ale prawo wymaga, aby oskarżone same przyznały się do zarzucanych im czynów. A do tego niezbędne są tortury. Pierwsza seria tormentów trwa dwa dni, lecz nie przynosi oczekiwanych efektów. Przypalane i rozciągane na kole kobiety uparcie zaprzeczają, że są czarownicami. „Ogniem przez siarkę była palona na bruszczach łokciowych, od ramion począwszy, znowu na piersiach, także i pod kolanami, pytana różnemi sposobami nic nie zeznała" – notuje pisarz sądowy podczas przesłuchania Barbary. Ból musi być jednak ogromny, skoro Anna prosi, aby „przebito ją szablą, żeby nie musiała dalej cierpieć".

Pierwsza załamuje się Barbara, która przyznaje, że przed trzema laty pewna kobieta z Młotkówka zadała jej „pokuśnika" w chlebie. Poddaje się także rybaczka Katarzyna, która „skoro na drabkę wzięta" opowiada, jak nieżyjąca już sąsiadka oddała jej kiedyś pożyczoną mąkę, a z niej najpierw zrobił się ptak „jak kur wielki", a następnie „pokuśnik", który był w szatach niemieckich, pod piórem w kapeluszu, na kurzych nogach. „Zaraz mnie namawiał, abym mu powolna była, co mu się udało, gdyż sypiam z nim" – wyznaje. Bywa też na Łysej Górze w okolicach Młotkówka. W trakcie sabatów tańczy, a na skrzypcach przygrywa jej Jan Papieżów, który dostaje za to od diabła o imieniu Jakub po 3 grosze. Katarzyna zaczyna także sypać inne „czarownice", w tym sądzone razem z nią Barbarę i Derlinę. Również Regina przyznaje się do bywania na Łysej Górze pod Młotkówkiem. Ponieważ Derlina uparcie trwa przy swoim, twierdząc, że jest niewinna, dochodzi do konfrontacji z Reginą i ta w oczy jej mówi, jak to Derlina po nią przyjechała w złocistej kolasie zaprzężonej w piękne gniade konie i zabrała ją na Łysą Górę. Katarzyna stwierdza, że jej oskarżycielka bredzi, więc ponownie trafia w ręce kata. Zanim ten sięga po narzędzia, przerażona kobieta wymyśla na poczekaniu własną historię zgodną z oczekiwaniami sądu. Ponieważ i ona oskarża Jana Papieżnika, mającego na Łysej Górze grywać jej na igle do tańca, bogu ducha winny chłop zostaje wzięty najpierw na próbę wody, podczas której oczywiście utrzymuje się na powierzchni, a następnie na tortury, na których przyznaje się do bywania na sabatach czarownic. Sędziom to nie wystarcza, ale Papieżnik „tak pociągniony, że już dalej ciągnąć kat nie mógł, nic więcej nie zeznał, tylko lada co bajał".

Z „czarownic" sądzonych w Młotkowie tylko Anna z Żelaznego wykazuje niezwykły hart ducha i mimo wielokrotnych tortur do niczego się nie przyznaje. Ratuje jej to życie, bo ostatecznie właściciel Łobżenicy uniewinnia ją, ale nakazuje wygnać ze swoich dóbr. Pozostałe kobiety płoną na stosie. Co się stało z sabatowym muzykantem Papieżnikiem, do dzisiaj nie wiadomo.

Polska specyfika

Proces w Młotkowie ma scenariusz typowy dla procesów czarownic w Polsce. Wzorzec ten ukształtował się jednak na zachodzie Europy, która ma zdecydowanie największe „zasługi" w tej dziedzinie. Panuje przekonanie, że płonące na stosach wiedźmy to charakterystyczny element historii średniowiecza. Nic bardziej mylnego. Polowania na czarownice rozpoczęły się na dobre w epoce nowożytnej. Aż do XIII w. oficjalne stanowisko Kościoła głosiło, że magia i ci, którzy się nią parają, to raczej wytwory sennych majaków. Sporo zmieniła w tym względzie dopiero słynna bulla papieża Innocentego VIII z 1484 r., nakazująca surowe karanie osób zajmujących się czarami. Wskazówki papieskie sprawiły, że machina inkwizycyjna ruszyła pełną parą, a stosy najchętniej rozpalano w czasie XVI-wiecznych wojen religijnych, przede wszystkim w Cesarstwie Niemieckim, gdzie zamordowano w ten sposób około 25 tys. ludzi. Do Polski fala prześladowań, znacznie słabsza niż na Zachodzie, dotarła dużo później, co – jak twierdzi prof. Janusz Tazbir – było wynikiem „młodszości cywilizacyjnej" naszego kraju.

Pierwszą ofiarą polskich procesów czarownic była nieznana z imienia kobieta, którą spalono na stosie w Chwaliszewie w 1511 r. Wówczas miasteczko to słynęło z warzelni piwa i gdy pewnego dnia mieszkańcy Poznania zatruli się przywiezionym stamtąd piwem, zaczęto szukać winnego. Znaleziono go w osobie miejscowej zielarki. W kolejnych latach podobne przypadki zdarzały się coraz częściej. Było to wynikiem coraz silniejszego oddziaływania na miejską praktykę sądową wzorców zaczerpniętych z Zachodu, przede wszystkim niemieckich. Najpierw więc procesy rozpowszechniły się w tych rejonach, które miały największą styczność z kulturą niemiecką, w Wielkopolsce i Prusach Królewskich, w późniejszym okresie, tj. pod koniec wieku XVII i na początku XVIII, nieszczęście to dotknęło Mazowsze. Najmniej procesów czarownic było w Małopolsce i na wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej. Bardzo trudno oszacować liczbę skazanych za czary w Polsce. Małgorzata Pilaszek w pracy „Procesy o czary w Polsce w wiekach XV–XVIII" twierdzi, że spośród 1316 oskarżonych życie straciło 558 osób (42 proc.). Częstotliwość zasądzania wyroków śmierci upodabnia więc Polskę do reszty Europy, gdzie na około 110 tys. procesów przypada około 60 tys. egzekucji. Proporcje są podobne, tyle że skala inna.

W głównej mierze praktyka polskich sądów opierała się na popularnym „Zwierciadle saskim" (1220–1235), a później na innym niemieckim kodeksie – Constitutio Criminalis Carolina z 1532 r., zwanym potocznie „Karoliną". Niemieckie ustawodawstwo uzupełniano polskim komentarzem prawniczym w postaci „Postępku sądów około karania na gardle" (1559 r.) Bartłomieja Groickiego, który dopuszczał kary za gusła i zabobony. Prawdziwą biblią łowców czarownic był jednak niesławny „Malleus maleficarum", czyli „Młot na czarownice", w którym autor Heinrich Krämer (nazwisko drugiego znanego inkwizytora, Jakuba Sprengera, pojawiło się na okładce w celach marketingowych, jakbyśmy to dzisiaj określili) zamieścił długą listę magicznych praktyk uprawianych przez czarownice i ich diabelskich kochanków, sposoby ich wykrywania, a także metody sądzenia i pozbywania się wiedźm. Polskiemu czytelnikowi dzieło to przyswoił krakowski prawnik Stanisław Ząbkowic w 1614 r. Czas był ku temu odpowiedni, gdyż Polska powoli wchodziła w okres największych prześladowań czarownic w naszej historii. Apogeum procesów przypada na lata 1670–1730. Podczas gdy na Zachodzie stosy powoli wygasały, nasi przodkowie dopiero podsycali pod nimi ogień.

Było to wynikiem pogarszającej się sytuacji społeczno-politycznej i ogólnego upadku kultury w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Toczone w tym czasie wojny nie tylko przyniosły zniszczenia, epidemie, nieurodzaje, pomór bydła i głód, ale także niekorzystnie wpłynęły na ludzkie umysły. Nieszczęścia spadające na ludzi powodowały, że zaczynano szukać kozłów ofiarnych i chętniej ulegano złudzeniu, że odpowiedzialne są za to siły nieczyste. Myślenie takie wzmacniała jeszcze kontrreformacja, która sprzyjała religijnemu fanatyzmowi. Połączenie tych czynników z silną wiarą w zabobony rozpętało nagonkę na rzekome czarownice.

Zazdrość, zemsta, plotka

W średniowieczu i epoce nowożytnej wiara w magię była powszechna. Jak pisze Zygmunt Gloger w „Encyklopedii staropolskiej", „prawie wszystko, co wrogo dotykało człowieka, np. choroby, ułomności, śmierć, niepowodzenia, susze i najróżnorodniejsze klęski, przypisywano nie przyczynom i skutkom przyrodzonym, lecz złej woli duchów, ludzi i całego stworzenia, wywartej za pomocą czarów. Czarami też starano się od tego ochronić lub czarami na innych to sprowadzić". Dopóki magia i osoby, które się nią zajmowały, były pomocne, nie tępiono ich, wręcz przeciwnie – darzono pewnego rodzaju szacunkiem. Niemal w każdej wiosce lub miasteczku można było znaleźć zielarza czy znachora, który pomagał miejscowym w zmaganiu się z chorobami i trudnościami dnia codziennego. Zawsze był to jednak szacunek podszyty strachem. Kiedy więc takiej osobie powinęła się noga – miejscowa wróżka źle zaklęła bydło, które padło, zamiast dawać więcej mleka, albo zielarz nie potrafił wyleczyć krost, których po terapii jeszcze przybyło – szybko pojawiało się oskarżenie o konszachty z siłami nieczystymi. Kiedy dodatkowo z Zachodu przywędrowało do nas przekonanie, że każdy, kto ma coś wspólnego z magią, musi spiskować z szatanem, o oskarżenie było jeszcze łatwiej.

Najczęściej jednak przyczynami powołania przed sądy były sąsiedzkie zatargi i zwykłe bezpodstawne oskarżenia rzucane ze złości, zazdrości lub zemsty. „U nas przy pomocy posądzenia o kontakty z diabłem służąca mogła pozbyć się nielubianej gospodyni, mieszczka kłótliwej sąsiadki, rodzina niewygodnej krewnej, kupcy konkurentki w interesach. Uroki tłumaczyły śmierć najbliższych czy przyczynę, dla której krowa przestała dawać mleko" – pisze Janusz Tazbir. Kiedy procesy o czary zaczęły się upowszechniać, ludzie dostrzegli, że pozwanie kogoś to dogodny sposób usunięcia go ze wspólnoty lokalnej. Na wsi dodatkowo rządziła plotka i częste w niewielkich społecznościach szufladkowanie ludzi. Jeśli podczas rozmów w karczmie czy kościele stwierdzono, że któryś chłop jest robotny, to za takiego go uważano, choćby całe dnie leżał do góry brzuchem, a jeśli jakiejś kobiecie za dobrze się wiodło albo żyła gdzieś na skraju społeczności, uznawano, że niechybnie kontaktuje się z diabłem. Niski poziom medycyny sprawiał, że prawie każdą chorobę również przypisywano diabłom lub czarownicom.

Czasami do procesów o czary dochodziło na tle niesnasek rodzinnych. W 1728 r. przed sądem Warty Kazimierz Rachwalik, obywatel miasta Koźminka, oskarżył swoją siostrę, że czarami sprawiła, iż na cały rok zaniemógł. Przyniesiona w kłodzie przed oblicze sądu ofiara oskarżenia broniła się tymi słowami: „To zeznaję, iż brat mój z tego się zawziął, iż kiedyśmy dziećmi beli, to ojca podchodził; jam go wypatrzyła i ojcu powiedziała, i tak za to ma na mnie zawziętość". Niestety zdarzało się również, że w trakcie procesów zmuszano do wzajemnych oskarżeń bliskie sobie osoby. W 1726 r. córkę jastrowskiego tkacza Michała Doerra, Katarzynę, odwiedziła sierota i ta poczęstowała ją kawałkiem chleba. Niewdzięczna sierota poskarżyła się ludziom, że Katarzyna ją zatruła. W konsekwencji córkę i żonę tkacza uznano za czarownice. Michał Doerr nie wierzył w te oskarżenia i poprosił o przeprowadzenie próby wody. Pławienie występowało niemal we wszystkich procesach o czary, jakie odbyły się w Polsce. Oskarżoną (rzadziej oskarżonego) zazwyczaj wiązano w tzw. kozła – lewą rękę z prawą nogą, a prawą rękę z lewą nogą – i na sznurze spuszczano powoli do wody. Jeśli od razu szła pod wodę, uznawano ją za niewinną, a jeśli utrzymywała się na powierzchni, znaczyło to, że jest czarownicą. Problem w tym, że tylko naga miała szansę pójść na dno, a kobiety często zanurzano w ubraniu, składającym się m.in. z kilku warstw spódnic, które potrafiły skutecznie utrzymywać ich właścicielkę na powierzchni. Tak też zdarzyło się w Jastrowie. Kiedy żona i córka Michała Doerra nie utonęły od razu, uznano, że mają konszachty z diabłem, a mężczyzna się ich wyrzekł. Katarzyna wytrzymała tortury, ale skazano ją na podstawie zeznań matki, która nie zniosła mąk zadawanych przez kata. Matkę w ostatniej chwili uniewinnił litościwy urzędnik, Katarzynę zaś wygnano.

Na zachodzie Europy ofiarami procesów o czary padali nie tylko przedstawiciele biedoty miejskiej i chłopstwa, lecz także szlachty czy duchowieństwa. Tymczasem polską specyfiką było wyłączenie z tych procesów całej warstwy uprzywilejowanej. Szlachta była bezpieczna choćby dlatego, że wedle prawa osób należących do tego stanu nie można było brać na męki, a przecież bez tortur prawie nigdy nie dawało się uzyskać „dobrowolnego" przyznania do winy. Sama szlachta potrafiła jednak od czasu do czasu oskarżyć kogoś o uprawianie magii. Można było np. pozbyć się w ten sposób niewygodnego poddanego, co według Janusza Tazbira niekiedy miało swoje podstawy, gdyż chłopi, chcąc uwolnić się od okrutnego dziedzica, nierzadko uciekali się do porad miejscowej „zaklinaczki". Polską specyfiką było także to, że procesy o czary od połowy XVI w. toczyły się przed sądami świeckimi, a nie kościelnymi.

Najwięcej czarownic trafiło jednak na stos w wyniku tzw. powołania, czyli oskarżenia przez inną czarownicę. Choć prawie zawsze było ono wynikiem brutalnego śledztwa, nie miało to znaczenia, wręcz przeciwnie – w oczach sędziów podnosiło jeszcze jego prawdziwość. Dręczone kobiety „powoływały" kogo tylko się dało, aby przerwać męki. Nic dziwnego, że czasem czarownicami okazywały się wszystkie mieszkanki danej wsi.

Bezeceństwa na Łysej Górze

Pojawienie się „Malleus maleficarum" w Polsce w 1614 r. wprowadziło spory zamęt w wierzenia naszych przodków. Wcześniej osób parających się magią nie łączono jednoznacznie ze złem, z szatanem. Tymczasem w swojej książce Krämer pisał: „O białychgłowach zaś, których szatan żądzami, rozkoszami cielesnymi do siebie pociąga, przykładów jest barzo wiele. W czym osobliwie wiedzieć to potrzeba, iż jako szatan więcej pragnie i stara się kusić dobrych aniżeli złych (...) tak też wszelkie panienki i dzieweczki świątobliwsze bardziej zwieść usiłuje". Wedle łowców czarownic pokroju Krämera związek czarta z czarownicą nie był wyłącznie duchowy, lecz jak najbardziej cielesny, a że szatan był rodzaju męskiego, mężczyźni nie musieli się zbytnio obawiać, że ktoś posądzi ich o uprawianie czarów. Akt płciowy był trzecim – po pakcie z diabłem i otrzymaniu szatańskiego stygmatu – niezbędnym warunkiem „pasowania na czarownicę". Większość oskarżonych, bo blisko 90 proc., stanowiły więc przedstawicielki słabej płci.

Akta procesów zachowane dość licznie w polskich archiwach rażą schematyzmem. Już Aleksander Brückner zauważył, że „wszystkie procesy (...) nużą jednostajnością. Imiona się odmieniają, rzecz zawsze ta sama: odbieranie mleka krowom, zdychanie świń czy drobiu, bóle w krzyżach itp. Dolegliwości to odmianki jednej i tej samej pieśni zanuconej w Niemczech, a podchwyconej u nas". Zwykle zaczynało się od donosu, a kiedy na pierwszym przesłuchaniu oskarżone zaprzeczały winie, rozpoczynano procedurę szukania dowodu. Ważne były zeznania świadków, ale przede wszystkim liczyło się dobrowolne przyznanie do uprawiania magii i konszachtów z diabłem. Dlatego prawie żaden proces o czary nie mógł się obyć bez tortur, uznawano bowiem, że ludzie pod wpływem cierpień fizycznych wyznają prawdę.

Lista tortur, jakie stosowali kaci w celu wyciągnięcia z niewinnych kobiet przyznania się do winy, jest długa i przerażająca. W Polsce i na Litwie najczęściej stosowano przypalanie ogniem, rozciąganie lub łamanie kołem. Nieszczęsne kobiety prędzej czy później załamywały się i przyznawały do wszystkiego, o co je oskarżano, „powoływały" także inne kobiety. Najwięcej miejsca w aktach sądowych zajmują niestworzone historie o kontaktach z diabłem i sabatach na Łysej Górze.

Podczas procesu we wsi Kucharki w 1613 r. oskarżone zostały Dorota Siedlikowa oraz Gierusza Klimerzyna. Dorota była winna choroby bydła niejakiego Szkulskiego, miała także „popsować piwo", obie zaś kobiety obcowały z samym Nieczystym. Torturowana Siedlikowa zeznała, że „z szatanem obcowała raz: miał członki tak jako i mąż albo mężczyzna, nie chciał jej opowiadać jako go zwano, był czarny, kosmaty. Oddała mu się z duszą i ciałem, obiecywał jej za to dać masła".

W 1686 r. w Osowie sądzono o czary Annę Piekutkę, która dość długo opierała się katu, ale w końcu zeznała, że „diabła ma za pana, siwego i starego, któremu na imię Michał, a po niemiecku chodzi. (...) Pytana, jakim sposobem do znajomości z diabłem przyszła, odpowiedziała, że pachołek mój przyszedł do mnie w postaci koźlęcia i jam go ze swemi do chlewka zagnała, a potym się obrócił w chłopa. Pytana, jeżeli z nim jako żona z mężem obcowała, odpowiedziała, że z pachołkiem swoim trzy razy w szopie leżałam i obcowałam, ale zimne miał jako lód".

Na sabaty na Łysej Górze polskie czarownice latały zwykle na kiju, miotle, widłach lub szabli. Rzadziej jeździły na sabat w wozach i karetach zaprzężonych w konie lub kozły. Najbiedniejsze chodziły piechotą. Na Łysej Górze najczęściej tańczyły i oddawały się cielesnym swawolom. Bohdan Baranowski w książce „O hultajach, wiedźmach i wszetecznicach" przytacza zeznanie kobiety torturowanej podczas procesu przed sądem kaliskim: „Tańcowała z tym Marcinkiem i piła piwo z nim złe. Całował ją, śmierdziało mu z paszczęki by psie gówno, którą miał jak u psa. (...) Gdy tańcowała, grano im na skrzypicach, a drugi na dudkach, trzeci na piszczałce. (...) Tańcowało ich trzy: ona, Dorota i młynarka. Gotowali im jeść pokuśnikowie, kapustę, jarmuz, rzepę i mięso, a wszystko było złe. Wzięła z tym Marcinkiem znajomość z Dorotą pospołu, kiedy i ona z Kasperkiem, i oddała mu się z ciałem i z duszą".

Polskie czarownice niemal bez wyjątku ginęły na stosach; czasami zdarzało się, że zamykano je w komórkach, które polewano smołą i podpalano, ale zwykle umęczone kobiety płonęły na oczach żądnego wrażeń tłumu, traktującego egzekucję jak świetną rozrywkę. Kiedy w 1640 r. w Kacicach palono żonę szewca z pobliskiej miejscowości, jeden z urzędników zanotował: „Dymy srogie buchnęły, w których niegodna (...) nad zachodem zgorzała. Lud zasię sławiąc sprawiedliwość a mądrość sądu, do domiech z ukontentowaniem szedł". Prosty lud nie lubił także, kiedy sędziowie litowali się nad oskarżonymi. Gdy w 1690 r. sąd w Gnieźnie zwolnił dwie domniemane czarownice, w mieście doszło do poważnych rozruchów, a rozwścieczony tłum chciał nawet poturbować sędziów.

Zdarzało się, że prowadzone na stos kobiety odwoływały swoje oszczercze oskarżenia, ratując innych od śmierci, ale było i tak, że wykazywały się całkowitą obojętnością. Skazana w jednym z procesów w Szczercowie Jagnieszka, kiedy zapłonął stos, a ksiądz zapytał ją, czy przez wzgląd na Pana Boga Ukrzyżowanego odpuszcza ludziom grzechy, odparła: „Jebał ich pies".

Ostatnie ofiary

W Polsce stosy zapłonęły dość późno i na szczęście nie płonęły zbyt długo. Rzeczpospolita była jednym z pierwszych europejskich krajów, które w XVIII w. oficjalnie zaprzestały prześladowań. Pod wpływem prądów oświeceniowych 23 października 1776 r. Sejm uchwalił „Konwikcyje w sprawach kryminalnych", zakazując skazywania za czary na śmierć oraz stosowania tortur. Niemal w tym samym czasie w szwedzkiej prowincji Dalarna, we wsi Mora, wyznaczona przez króla komisja w jednym dniu kazała spalić 72 stare kobiety i 15 dzieci obwinionych o czary.

Mimo sejmowego zakazu prześladowania za czary zdarzały się jeszcze przez wiele lat. W 1789 r. doszło do masowego pławienia wszystkich kobiet w Zagości, podejrzewanych o spowodowanie suszy, a kobietom ze wsi Zrecze kazano na klęczkach całować knura „w części rodzajne". W 1793 r. pod Poznaniem spalono dwie kobiety z powodu czerwonych oczu i chorób bydła, a podobną sprawę odnotowano w Żaszkowie na Ukrainie w 1799 r. Jako ciekawostkę można przytoczyć fakt, że na ziemiach, które obecnie należą do Polski, odbył się prawdopodobnie ostatni proces o czary w całej Europie. 21 sierpnia 1811 r. w Reszlu, czyli w ówczesnych Prusach, spalono na stosie Barbarę Zdunk, oskarżoną o podpalenie miasta i czary, choć ten drugi zarzut jest podważany przez część historyków. Ostatnią kobietą, która poniosła śmierć w wyniku oskarżenia o czary, ale bez procesu, była zaś Krystyna Ceynowa z Chałup, którą sąsiedzi poddali „próbie wody" w Bałtyku za to, że rzekomo rzuciła urok na rybaka Kąkola. Kobieta unosiła się na wodzie, więc uznano ją za wiedźmę i pchnięto nożem. Sprawców czynu Prusacy osądzili i wtrącili do więzienia.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL