fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Stany Zjednoczone Ameryki. Narodziny imperium

Adobe Stock
Bez wątpienia największym, a może jedynym, zwycięzcą w Wielkiej Wojnie były Stany Zjednoczone Ameryki.

Prawdę mówiąc, stałoby się tak bez względu na wynik konfliktu i nawet gdyby Amerykanie nie opuszczali domu. To raczej akt europejskiej autodestrukcji, który zrujnował kontynent do fundamentów, czynił z USA globalne mocarstwo bez konkurencji. Udział w zwycięskiej koalicji dawał tylko legitymację do przestawiania pionków w Europie.

Ekonomiczna siła Ameryki wskazała nominalnych zwycięzców, choć równie dobrze mogła zakończyć wojnę jeszcze w 1916 r., gdyby Wilson wytrwał przy zakręcaniu kurka z pieniędzmi Wall Street dla walczących. Nawet Wilhelm II był gotów skorzystać z okazji, idiotycznie pogrzebanej przez Hindenburga i Ludendorffa.

Pominąwszy wątki finansowe, również militarne zaangażowanie Ameryki zdaje się decydujące. Nikt nie zaprzeczy, że przed jesienną ofensywą 1918 r. wszystkie ataki na Linię Hindenburga kończyły się bezowocną rzezią. Umocnione pozycje Niemców padły dopiero, gdy na froncie zjawiło się ponad milion amerykańskich żołnierzy. Nic dziwnego, że obecności Jankesów przypisuje się przełomowe znaczenie, choć naprawdę rola doughboysów była dość marginalna.

To prawda, że generał Pershing przebył ocean z zamiarem pokazania Europie, jak się wygrywa wojny, uznając tkwienie aliantów w wojnie pozycyjnej za brak woli walki. Na podstawie liczb i suchych statystyk zaangażowanie Ameryki wygląda imponująco. Z końcem wojny mogła rzucić do walki nawet 3 mln żołnierzy, których latem 1918 r. lądowało we Francji przeszło 10 tys. dziennie. Wielkie wrażenie robiło sprostanie logistycznym zadaniom – od transportu morskiego po budowę nabrzeży portowych i kolei.

Mimo to prysły ambicje Pershinga, by armia Stanów Zjednoczonych przejęła samodzielnie odcinek frontu, unikając walki pod cudzoziemskim dowództwem. Na przekór planom zdobycia Berlina generał musiał zaakceptować przewidzianą dla jego dywizji rolę zapchajdziury i uzupełnienia braków w brytyjskich jednostkach.

Wbrew potencjałowi i cudom organizacji Ameryka wciąż nie była gotowa do wojny. Podobnie jak Brytyjczycy w 1914 r. Stany Zjednoczone miały małą, 100-tysięczną armię, przeznaczoną do policyjnych interwencji w tropikach. Przy tym Amerykanie dość przeczytali o wojnie w Europie, by ochotniczy zaciąg zakończył się fiaskiem – do punktów rekrutacyjnych przyszło 78 tys. chętnych, choć wuj Sam potrzebował milionów. Przymusowy pobór był szybkim rozwiązaniem problemu, jednak zapędzenie mężczyzn w kamasze nie czyni armii – szczególnie gdy nie ma komu dowodzić.

Mięso armatnie można wyuczyć musztry na sześciotygodniowym szkoleniu, lecz nie wykształcić dowódców. Dywizje nieopierzonych, ledwo przebranych w mundury 20-latków pobierały pospieszną naukę od angielskich i australijskich sierżantów dopiero we Francji. Kiedy ruszali w okopy, Pershingowi brakło kilkudziesięciu tysięcy oficerów, a doświadczonych nie miał prawie wcale.

Amerykańskie uzupełnienia z ulgą przyjęli zwłaszcza Australijczycy, których w dowód uznania za waleczność stale pchano na czoło ataków, przez co byli bliscy rebelii. Jednak zaufanie do wartości bojowej Amerykanów było niewielkie, dlatego trafiali oni na najmniej zagrożone odcinki frontu. Obawy potwierdziły się latem w walkach o Cantigny i Hamel pod australijskim dowództwem. W lesie Belleau marines nie wykonali rozkazu odwrotu spod ognia niemieckich karabinów maszynowych i utrzymali pozycję, co zamiast podziwu wywołało tylko brak zaufania. Masowe ofiary były już mocno passé, a Amerykanie stracili w potyczce 2 tys. zabitych i 8 tys. rannych.

Gdy we wrześniu doughboys ruszyli na Linię Hindenburga, australijski gen. Monash opisywał wysoką cenę, jaką sojusznicy płacą za brak wyszkolenia. Niewiele pomogło, że przydzielił im 200 własnych oficerów. Dowodzący Amerykanami Australijczyk Rawlison był przerażony dezorientacją podwładnych i sugerował wycofanie ich z walki, zanim zostaną wybici. Rzeczywiście, przez złe dowodzenie na tyły musiała wrócić 35. dywizja.

Do końca października Francuzi przesunęli front o 30 km, natomiast Amerykanie z trudem pokonali połowę tego dystansu, i to za cenę ogromnych strat, wielokrotnie przewyższających straty aliantów. Bodaj Haig wyznał po wszystkim, że gdyby na Linii Hindenburga alianci zastali Niemców z 1916 r., to z Amerykanami czy bez nich nadal nie mieliby szans. Ale we wrześniu 1918 r. Niemcy nie chcieli już walczyć, idąc w niewolę dziesiątkami tysięcy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA