fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Muzea nie dla pruderyjnych

Adobe Stock
Co ma wspólnego archeologia z historią medycyny? Pokazuje, że człowiek dbał o swoje ciało od zawsze, w dodatku bez fałszywego wstydu i skrępowania.

W XVI stuleciu comtessa Anne d'Alegre optowała za ortodoncją, aby naprawić swój uśmiech, któremu brakowało wyrazistości. Takie i wiele innych intymnych rzeczy prezentuje wystawa pod tytułem „Dbajcie i siebie. Archeologia leczenia i zdrowia" w muzeum Chronographe w Rezé niedaleko Nantes, we Francji. To jest ekspozycja zupełnie nowej generacji, praktycznie bezwstydna, ale wcale nie ograniczona limitem wieku.

– Istnieje prawdziwa przepaść między tym, co szeroka publiczność pasjonująca się Indianą Jonesem wie o archeologii, a tym, co wiedzą prawdziwi archeolodzy. Chcieliśmy pokazać związek „suchych" zabytków z „soczystymi" historiami ludzi, człowieka w jego osobistym doświadczeniu – podkreśla Valerie Delattrre, komisarz wystawy.

Widz przekonuje się podczas zwiedzania, że leczyć to przede wszystkim oddalać chorobę. Najbardziej podstawowym do tego środkiem w przeszłości było karmienie piersią. W czasach, gdy przeżywał co czwarty noworodek, aż do pojawienia się szczepionek w XVIII w., karmienie piersią najlepiej uodporniało i chroniło dziecko, a jednocześnie umożliwiało odsunięcie do maksimum przyjścia na świat następnego dziecka (wierzono, że laktacja wstrzymuje owulację). Stosowano też mechaniczne sposoby zapobiegania ciąży – na wystawie są bardzo dobrze wyeksponowane.

W 1847 r. w Fontenay-le-Comte odkopano średniowieczny grób zawierający 80 szklanych naczyń i mały szkielet kobiety (153 cm), uznano ją wtedy za „malarkę". Z czasem okazało się, że chodzi o „okulistkę" i jej naczynia zawierające rozmaite remedia (wykazała to analiza biochemiczna). W grobie znaleziono żelazną szkatułkę z przegródkami zawierającymi pastylki do rozpuszczania w wodzie i przemywania oczu, a także długą łyżeczkę do aplikowania lekarstwa.

Zawód lekarza w dzisiejszym rozumieniu wyodrębnił się około V wieku przed Chrystusem. Ale zanim zaczęli ordynować Hipokrates et consortes, od niepamiętnych czasów działali już szamani oraz inni uzdrowiciele. Najstarsza znana operacja miała miejsce 50 tys. lat temu: poddano jej neandertalczyka na terenie obecnego Iranu (amputowano mu ramię powyżej łokcia w następstwie postępującej gangreny). Wystawa pokazuje krzemienny skalpel z tego okresu.

Trepanacja, czyli wycinanie otworu w czaszce, była – co dziś wydaje się dziwne – operacją często wykonywaną pod koniec epoki kamienia, 2000–4000 lat przed Chrystusem. Otwór wycinany krzemieniem nie był zatykany implantem, po prostu zarastał kością i skórą; co zdumiewające, 70 proc. operowanych przeżywało, o czym świadczą odkopywane, starożytne zabliźnione czaszki. Można je oglądać na wystawie w Chronographe. A także trepanowaną czaszkę krowy, która posłużyła chirurgowi do nauki.

Bezpruderyjne wystawy nowej generacji tworzą także polscy muzealnicy. Ekspozycja „Co robimy w ukryciu", przygotowana przez Muzeum Archeologiczno-Historyczne w Elblągu, ukazywała, jak zmieniał się i formował znany nam dziś model czystości. Zaprezentowana na wystawie historia higieny to dzieje powolnie przesuwającej się granicy prywatności. Od wspólnych kąpieli i towarzyskich wypróżnień popularnych w starożytności i średniowieczu do miejsc sekretnych i osobistej toalety, często bez użycia wody. Podejście do czystości zmieniało się wraz z postępującą wiedzą medyczną, podlegało wpływom wydarzeń, panującej mody i przekonań, nierzadko błędnych. Częściową rekonstrukcję kształtującego się pojęcia higieny umożliwiają odkryte podczas wykopalisk przedmioty należące do elblążan zamieszkujących miasto na przestrzeni wieków. Prezentowane na ekspozycji zabytki zostały wydobyte przez archeologów z miejskich latryn.

Podobnie zresztą jak wykonana w XVIII w. skórzana zabawka erotyczna, którą można było oglądać tego lata w Muzeum Archeologicznym w Gdańsku. Unikatowy przedmiot znaleziono przed czterema laty podczas badań archeologicznych prowadzonych w historycznym centrum Gdańska, przy ul. Podwale Przedmiejskie. Natrafiono na niego w jednej z latryn. Erotyczna zabawka została wykonana z jednego kawałka skóry uformowanego w prącie oraz dwa jądra. „Wypchany jest w całości włosiem zwierzęcym. Żołądź uformowano z tkaniny – aksamitu, który zapewne miał potęgować doznania erotyczne" – poinformowało muzeum w oficjalnym komunikacie. Podczas prac archeologicznych odkopano także liczne drewniane szpady i groty włóczni, stąd wniosek, że w XVIII w. mieściła się tam szkoła fechtunku. Jedno jest pewne: archeologia nabiera życia.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA