fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Gdzie jest grobowiec Aleksandra Wielkiego?

?W 321 r. p.n.e. orszak pogrzebowy Aleksandra Macedońskiego wyruszył z Babilonu. Miał przewieźć ciało króla do rodzinnej Macedonii, ale nigdy tam nie dotarł.
Wikipedia
W Aleksandrii, gdzie miał zostać pochowany Aleksander Macedoński, do dziś nie odnaleziono nawet fundamentów jego grobowca. Gdzie zatem spoczął najwybitniejszy władca starożytności?

Kiedy umierał w Babilonie 10 czerwca 323 roku przed Chrystusem, był panem świata, wcielonym bogiem, wodzem, którego sukcesu nie powtórzył nikt przed nim ani po nim. Miał ledwie 33 lata i niedawno powrócił z wyprawy, która przestawiła koleje cywilizacji. W ciągu dziesięciu lat niekończących się pochodów i wojen podbił niemal wszystkie znane ówczesnej geografii państwa i narody, ale jego zamysły sięgały jeszcze dalej. Ze swojej stolicy, Babilonu, snuł plany podboju Arabii, zachodniej części basenu Morza Śródziemnego i kraju Scytów. Niestety, pierwsza przyszła śmierć. Do dziś nie wiadomo, co było jej przyczyną. Atak malarii, ostre zapalenie trzustki (Aleksander słynął z pijaństwa) czy trucizna podana przez bojących się kolejnych czystek macedońskich oficerów? Nigdy się tego nie dowiemy. Podobnie jak nie dowiemy się, jakie byłyby losy imperium, gdyby dożył wieku swojego ojca Filipa i pozostawił godnego dziedzica. Niestety, jego jedyny syn, też Aleksander, urodził się jako pogrobowiec, zaś nieszczęśliwie wypowiedziana przez umierającego króla formuła, że imperium należy się „najdzielniejszemu", spowodowała wojny macedońskich generałów i podział państwa na wiecznie wojujące z sobą hellenistyczne królestwa Ptolemeuszy, Seleucydów i Antygonidów, by wspomnieć tylko najgłośniejsze.

Kto był prawdziwym dziedzicem Aleksandra? Dziś, po dwóch tysiącach lat, wiemy, że żaden z jego wodzów nie przejął całego imperium, ale tuż po śmierci Macedończyka możliwy był każdy scenariusz. Naturalny dziedzic, syn z pierwszej żony Roksany, Aleksander IV, został zamordowany przez późniejszego macedońskiego króla Kassandra. Szybko zostali wyłączeni z gry o tron najbliżsi z żyjących współpracowników Macedończyka: wybrany na wicekróla, pochodzący z książęcego rodu Perdikkas i były sekretarz Aleksandra Grek Eumenes. Postali z diadochów, bo tak nazwano następców Macedończyka, powoli tracili nadzieję na przejęcie całości. Coraz bardziej oczywiste stawało się, że olbrzymia domena Aleksandra musi zostać podzielona. Pierwszy logikę dziejów pojął Ptolemeusz, syn Lagosa, który ogłosił się władcą Egiptu. Tuż za nim w grę o większe czy mniejsze połacie państwa włączyli się Lizymach, Antygon, zwany Cykloposem, oraz najmłodszy z nich Seleukos. To potomkowie tych ostatnich mieli na równi z potomkami Ptolemeusza ostatecznie podzielić się obrusem z uczty po Aleksandrze.

Ostatnia podróż wielkiego króla

To jednak z perspektywy chronologii wydarzeń, do których się tu odnoszę, odległa przyszłość; chwilowo jesteśmy w 321 roku przed Chrystusem. Mijają dwa lata od śmierci zdobywcy świata; większość jego wodzów żyje i marzy o przejęciu dziedzictwa przedwcześnie zmarłego władcy. Niepochowane dotąd zwłoki króla są jeszcze w Babilonie i mają rozpocząć objazd imperium. Po co? Przede wszystkim, by zbudować kult wielkiego króla, na którym ma się oprzeć siła i legitymacja dynastii. Kondukt ma trafić docelowo do Ajgaj w rodzinnej Macedonii, gdzie są już grobowce poprzedników Aleksandra z rodu Argeadów, m.in. jego ojca Filipa. Jak wyglądał ów kondukt wszech czasów? „Z Babilonu wyruszył orszak wielkiego króla" – pisze Anna Świderkówna w „Helladzie królów". – „Blisko dwa lata zajęły przygotowania, ale pogrzeb miał być godny zdobywcy świata. Na wozie zaprzężonym w sześćdziesiąt cztery muły wznosił się złoty baldachim, wsparty na jońskich kolumnach z litego złota. Pod baldachimem spoczywała również złota trumna Aleksandra przykryta purpurą haftowaną złotem. Obok złożono broń zmarłego króla. Między kolumnami na złotych sznurach wisiały cztery wielkie obrazy. Pierwszy z nich przedstawiał Aleksandra siedzącego na wozie wojennym, z berłem w dłoni, w otoczeniu żołnierzy macedońskich i perskiej straży przybocznej. Na drugim – słonie bojowe kroczyły ze strażą przyboczną, dźwigając na karkach indyjskich poganiaczy; za nimi szły oddziały macedońskie w swym zwykłym uzbrojeniu. Na trzecim obrazie konnica szykowała się do bitwy. Na czwartym – płynęły statki w szyku bojowym. Trumny królewskiej strzegły lwy rzeźbione w złocie. Na czterech rogach baldachimu stały cztery złote posągi bogini zwycięstwa Nike. Dach pokrywała złota łuska, nabijana drogimi kamieniami, a nad nim wiatr rozwiewał purpurowy sztandar z wielkim złotym wieńcem oliwnym pośrodku, w którym słońce zapalało z daleka widoczne błyskawice. Z dala także było słychać dźwięk dzwonów zawieszonych na wozie żałobnym i głos małych dzwoneczków zdobiących głowy ciągnących go mułów.

Orszakowi towarzyszył tłum rzemieślników i specjalistów, którzy mieli czuwać nad drogą, a także honorowa eskorta wojskowa. A gdy tylko zbliżali się do jakiegoś miasta, wielkie rzesze ciekawych wylegały im na spotkanie. I tak posuwał się ten niezwykły pochód pogrzebowy, wśród dźwięku dzwonów, lśniąc złotem i purpurą, otoczony tłumami pełnymi nabożnego zachwytu. Kondukt prowadził niejaki Arridajos. (...) Perdikkas powierzył mu przewiezienie ciała Aleksandra do grobu królewskiego w ojczystej Macedonii. Ale Arridajosa potajemnie pozyskał dla swoich planów Ptolemeusz, który wyszedł uroczyście z wojskiem na spotkanie orszaku pogrzebowego do Syrii".

Z historii wiemy, że zabalsamowane zwłoki (niektórzy twierdzą, że w celu zapobieżenia rozkładowi umieszczono je w beczce z miodem) nigdy do Macedonii nie dotarły. Ptolemeusz, syn Lagosa, władca Egiptu, okazał się sprytniejszy od kolegów. Kondukt pogrzebowy Aleksandra odprowadzono z fanfarami do granic egipskich i tam już pozostał. Do dziś nie wiadomo, co kierowało Ptolemeuszem, ale można się domyślać, że zawłaszczając ciało boga wojny, chciał na jego sławie zbudować chwałę własnej dynastii. Mniejsza zresztą o to, motywy są sprawą drugorzędną. Liczą się fakty, a w tej kwestii nie ma między historykami większych sporów (choć od czasu do czasu greccy archeologowie odnajdują u siebie kolejne „grobowce Aleksandra"): wielki przodek Kleopatry VII (tej od Cezara i Antoniusza) wykazał się konsekwencją i mimo protestów pozostałych towarzyszy ciała Aleksandra nigdy nie wydał. Najpierw pochowano je w dawnej stolicy faraonów Memfis, a po kilkudziesięciu latach, już za następców Ptolemeusza I Sotera, przewieziono do Aleksandrii, miasta, które Macedończyk ukochał i projektował osobiście z cyrklem w ręku.

Świadectwa i wątpliwości

I wszystko by było jasne i logiczne, gdyby nie fakt, że właśnie w tym miejscu i tym momencie dziejów, mimo licznych śladów istnienia, urywa się wszelka pewna wiedza o lokalizacji grobowca Aleksandra. Wiadomości, które pozwoliła przemycić historia, są szczątkowe i niedokładne. Paradoksalnie, dość dobrze znamy topografię antycznej Aleksandrii. Wiele wiemy o jej słynnej bibliotece, pałacu Ptolemeuszy, latarni morskiej w Faros. Znamy nazwy starożytnych dzielnic, placów, klasztorów, a po miejscu pochówku jej założyciela i największego człowieka epoki (może nawet całej starożytności) ani widu, ani słychu. Nie znaleziono nawet fundamentów, a ogłaszane co jakiś czas rewelacje o jakichś podziemnych ruinach nie mogą się doczekać potwierdzenia.

A jednak coś niecoś wiemy. Zgodę na przeniesienie ciała wielkiego króla z Memfis do Aleksandrii wyjednali – zdaniem Plutarcha – wysłani w tym celu do wyroczni w świątyni Serapisa dawni towarzysze Aleksandra, poeta Python z Katany i Seleukos. Wyrocznia nie wyraziła sprzeciwu, więc grób otwarto i złota trumna powędrowała około 280 roku przed Chrystusem do miejskiego mauzoleum nazywanego z grecka Soma lub Sema, co oznacza ni mniej, ni więcej, tylko Ciało. Odtąd miejsce wiecznego odpoczynku Aleksandra miało stać się miejscem pielgrzymek wielkich ówczesnego świata. W 48 roku przed Chrystusem grób Aleksandra miał odwiedzić Juliusz Cezar, a niedługo po samobójczej śmierci Kleopatry u stóp Macedończyka pojawił się adoptowany syn Cezara i jego następca August Oktawian. Kronikarze wspominają, że na grobie wielkiego zdobywcy złożył bukiet kwiatów, a nad jego głową kazał umieścić złoty diadem. Dziedzic obu wielkich Rzymian, Kaligula, który zazdrościł Aleksandrowi sławy, postanowił niedługo później obrabować zwłoki. Legenda mówi, że szpiedzy szalonego cesarza splądrowali grobowiec, wywożąc z niego złoto i klejnoty (sama trumna ze szczerego kruszcu ważyła ponoć 30 ton), a sam Kaligula zerwał brutalnie z piersi martwego króla bezcenny napierśnik. Wiele lat później szlachetny cesarz Septymiusz Sewer wyłożył środki na naprawienie popękanego grobowca. Natomiast w 217 roku po Chrystusie inny szaleniec, syn Septymiusza Sewera – Karakalla – zapewne inspirowany ciekawością, kazał wyjąć z grobowca tunikę Aleksandra, jego pierścień, pas i kilka jeszcze drobiazgów i dokładnie je obejrzawszy, zostawił na zewnątrz trumny.

Istnieją i późniejsze świadectwa o grobie Aleksandra. Widzieli go tam kronikarze arabscy, a jeden z nich, pochodzący z Andaluzji Leon Afrykańczyk, zostawił nawet opis budynku z grobowcem w ruinach Aleksandrii, bardzo szanowanego przez lokalnych mahometan, do którego przybywają z bardzo daleka pielgrzymi, by złożyć hołd wielkiemu Macedończykowi, a nawet przekazać donację na ratowanie zabytku. Ostatnim, który potwierdził istnienie grobu Aleksandra, był w 1611 r. brytyjski podróżnik i poeta George Sandys. Ani on jednak, ani żaden z jego poprzedników nie opisał lokalizacji grobu.

Mimo licznych współczesnych hipotez na temat miejsca jego ukrycia (antyczna Via Canopica, a dokładnie podziemia meczetu Nabi Daniel, gdzie ponoć w końcu XIX wieku robotnik przebił się przez sklepienie jakiejś dziwnej komnaty) wielu ekspertów kwestionuje pochówek macedońskiego króla w Aleksandrii. Za taką tezą ma przemawiać przede wszystkim brak materialnych dowodów istnienia mauzoleum i niejasne zapiski o jego lokalizacji. Gdyby istniał – twierdzą – z pewnością jego obecność byłaby potwierdzona licznymi dowodami archeologicznymi. Szukają więc innych miejsc na mapie i kolejnych, czasem karkołomnych, teorii. Może Ptolemeusz ukrył zwłoki w obawie przed profanacją, a skarby wykorzystał do budowy własnej potęgi? Może rację mają ci, którzy twierdzą, że Karakalla, by zatrzeć ślady dokonanego przez siebie rabunku, świadomie wymazał ze źródeł lokalizację grobowca? A może to wszystko nieprawda, trop zaś winien prowadzić gdzieś indziej, w sekretne miejsce, dalekie od ludnej i przez to niebezpiecznej Aleksandrii? Więc gdzie? Pewnie w głąb lądu, bo leżąca nad morzem stolica była narażona na napaść i rabunek ze strony obcej floty (pamiętajmy, że konkurentami Ptolemeusza byli królujący na morzu Antygon i jego syn Demetriusz Poliorketes). W górę Nilu? Do Memfis? Sakkary? Teb? Asuanu? I to mogło się wydawać ryzykowne, bo nie było w owym czasie gęściej zaludnionego kawałka lądu od doliny wielkiej egipskiej rzeki, a do tego lokalna ludność od ponad tysiąca lat zdobyła niemałą specjalizację w rabowaniu królewskich grobów. Więc gdzie, skoro wybrzeże i dolina Nilu wydawały się niedostatecznie bezpieczne? Została tylko pustynia, nieskończone przestrzenie piasku zarządzane twardą ręka przez egipskiego boga śmierci Seta, a pośrodku niej jedyne miejsce wolne od jego władzy – legendarna wyrocznia Zeusa-Amona w zielonej oazie Siwa.

Tajemnica skrywana przez pustynię

O tym, że Siwa nadaje się na miejsce ukrycia grobowca Aleksandra, wiedziano od dawna. Sam Aleksander ponoć – zdaniem historyków Kwintusa Rufusa i Justyna – zapytany na krótko przed śmiercią o miejsce pochówku, wspomniał o tej właśnie oazie. Teoria ta jest bliska elementarnej logice Macedończyka z późnych lat jego panowania, gdy miał się nawet nie za równego bogom, a za boga wcielonego. Jakże miał być pochowany w zwykłym grobowcu w Ajgaj koło człowieka, który tylko uchodził za jego ziemskiego ojca, skoro prawdziwym jego rodzicem był sam Zeus-Amon? Prawdę tę potwierdziła właśnie wyrocznia Zeusa-Amona w Siwie. Czyż można sobie wyobrazić lepsze miejsce na pochówek?

Siwa jest nie tylko schowana głęboko na pustyni, ale i w naturalny sposób mistyczna dzięki swoim nekropoliom, ruinom i słonym źródłom. Jednak przez stulecia o jej istnieniu wiedziała tylko nieliczna garstka geografów i podróżników. Głośno zrobiło się o oazie w 1995 r., kiedy kierująca grecką ekspedycją badawczą Liana Soulvatzi ogłosiła światu, że właśnie tam odkryła grób Aleksandra. Jego ruiny z dwoma sporymi budynkami i ukrytym przejściem do komory grobowej miały się znajdować w miejscu zwanym Al-Maraqi, około dziesięciu mil na zachód od miasteczka Siwa. Liana Soulvatzi, prywatnie zakochana po uszy w legendzie Aleksandra, podczas konferencji prasowej oznajmiła dziennikarzom, że udało jej się zdobyć ostateczne dowody na pochowanie Macedończyka w Siwie. To przede wszystkim przypisywana Ptolemeuszowi Soterowi inskrypcja głosząca, że to właśnie on przywiózł tu z Babilonu ciało wodza, oraz inna potwierdzająca, że grób Macedończyka odwiedził w Al-Maraqi sam cesarz Trajan. Na dodatek kolumny budynku miały mieć typowe macedońskie zdobienia, co tylko potwierdzało teorię o tak kapitalnym dla nauki odkryciu. Niestety, prace musiała przerwać ze względu na ramadan. Nigdy do nich nie wróciła po tym, gdy przedstawiciel greckiego Ministerstwa Kultury oficjalnie uznał jej rewelacje z oszustwo. – Nie mamy nawet pewności, czy to grób czy świątynia! – powiedział dziennikarzom dr Yanni Tzedakis, dyrektor służby starożytności w greckim rządzie. – Żadna inskrypcja nie wymienia ani Aleksandra, ani Ptolemeusza. Budowla pochodzi z epoki 300 lat po Aleksandrze, nie nosi cech macedońskich i wspomina nie macedońskiego wodza, a niejakiego Artemidorosa, zarządcę Egiptu z czasów Trajana. Skandal? Oszustwo. A zarazem historia, jakich wiele w annałach pseudoarcheologicznych sensacji.

A jednak nie można wykluczyć, że gdzieś w Siwie znajduje się grobowiec Aleksandra. To było dla niego wyjątkowo ważne miejsce. Miejsce zwrotu jego kariery i miejsce wielkiej, największej w jego krótkim życiu obietnicy. Do Siwy wybrał się dokładnie zimą 331 roku przed Chrystusem, niedługo po zdobyciu Egiptu. Podążał tą samą drogą, którą wędruje się do Siwy dziś: z lotniska w Aleksandrii elegancką autostradą na zachód w stronę skrzyżowania dróg w Al-Alamejn, potem nad brzegiem morza do Sidi Abd el-Rahman, przez rybackie miasteczko Daba do brudnawego Fuka i dalej, następnie już prosto do Mersa Matruh, gdzie trzeba skręcić ostro w lewo na pustynię. Po ledwie 305 kilometrach od opuszczenia rogatek Matruh ląduje się bezpiecznie u wrót oazy.

Ową dziś dziesięciogodzinną wyprawę dżipem oddział Aleksandra przebył w trzy tygodnie i nie bez problemów. Już czwartego dnia zabrakło wody i życie wędrowców uratowała zesłana przez przeznaczenie burza. Potem orszak Aleksandra zaatakował wiatr pustynny chamsin, przewodnicy zgubili drogę i wyprawa pewnie skończyłaby się tragicznie, gdyby nie klucz przypadkowych ptaków, które wskazały drogę do tysiąca źródeł Siwy. W ostatnich dniach lutego Aleksander wkroczył do oazy i od razu skierował się do siedziby wyroczni. Nikt z jego orszaku nie był świadkiem spotkania, nikomu Macedończyk nie ujawnił treści proroctwa, ale wychodząc z przybytku, obwieścił towarzyszom, że „usłyszał to, czego pragnie jego serce". Czego pragnęło? Władzy nad światem, sławy, powodzenia w planowanej wyprawie do Azji? Na pewno. Przede wszystkim chciał jednak potwierdzenia przez wyrocznię faktu swojej boskości. Co prawda, zdążono go już posadzić na tronie faraonów, nazwać „bogiem i królem, wcieleniem i synem Ra i Ozyrysa, Złotym Horusem, potężnym księciem, ukochanym przez Amona, władcą Górnego i Dolnego Egiptu", ale chciał zapytać o wartość tej ceremonialnej prawdy u źródła. Ze świątyni wyszedł zrelaksowany, spokojny, z przekonaniem, że zostały mu wyjawione ważne tajemnice (napisał o tym w liście do matki, obiecując, że wyjawi jej szczegóły w trakcie osobistego spotkania, do którego nigdy nie doszło). Czyżby ostatecznie odgonił złośliwego ducha swego ojca Filipa, o którego morderstwo posądzali go starożytni? Trudno powiedzieć.

Ale trudno też nie pokochać Siwy. Od czasów Aleksandra bardzo się zmieniła. W świątyniach nie ma już kapłanów. Pobudowano meczety. Wioska Agourmy, w której niegdyś stały dwie świątynie Amona, to już tylko nędzne przedmieście średniowiecznego miasta Shali. Monumentalna świątynia wyroczni to ruina. Opisane przez Herodota źródło Kleopatry, zwane dziś Ain Juba, po tym, gdy pławili się w nim świętokradczo żołnierze Rommla, jest obdarte ze swojej świętości. Górująca nad miastem cytadela to tylko rozmyte przez deszcze makabryczne siedlisko nietoperzy. A była niegdyś twierdzą! Jej mieszkańcy, Berberowie Amazigh, osiedlili się tu wiele wieków przed Chrystusem. Ale nie byli pierwsi. W oazie odnajdywane są ślady tajemniczych osadników sprzed 10 tysięcy lat. Do państwa faraonów Siwa należała przynajmniej od czasów XXVI dynastii (672–525 przed Chrystusem). Nazywano ją wówczas Sekht-am, czyli Kraj Palm. Po pamiętnej wizycie Aleksandra weszła w świat kultury ptolemejskiej. Obie dynastie pozostawiły po sobie obszerne nekropolie. Do dziś setki splądrowanych i pustych grobów wraz z tysiącem jeszcze niezbadanych tworzą wyjątkowe mrowisko cmentarnej góry Bilad al-Rum. Przed zmierzchem wygląda jak złoty wulkaniczny stożek. Naprzeciw gigantyczne ruiny dziurawej jak szwajcarski ser Shali. Zbudowano ją z karksheef, mieszaniny suszonej na słońcu gliny, soli i piasku z głębin jeziora. Dzięki jakości tego budulca rządzący się rzymskim prawem chrześcijańscy Amazigh opierali się najazdom Arabów i egipskich mameluków aż po XIX wiek, kiedy mury Shali zmogła artyleria rządcy Egiptu Muhammada Alego. Od tamtego czasu Siwa przestała być osobnym pustynnym państewkiem. Stała się daleką prowincją Kairu; długą na 80 kilometrów i szeroką na 20, porośniętą palmami depresją. Wokół niej pustynia. Na północy kamienna. Na zachód i południe piaskowa.

Czy jest tu gdzieś grób Aleksandra? Miejscowi Berberowie nie mają wątpliwości. Aleksander musi być pochowany w Siwie, bo jakież inne miejsce na świecie ukochał tak bardzo? Nie wyprowadzam ich z błędu. Niech sobie myślą swoje, licząc, że ktoś kiedyś tu przybędzie i w końcu znajdzie grobowiec. Wtedy ich Siwa będzie najsławniejszym miejscem na świecie. A co mam im powiedzieć? Że świat lubi legendy, że świat zwariował? Przecież padliby ze śmiechu po wysłuchaniu teorii, że ciało Aleksandra zostało wykradzione przez pomyłkę przez dwóch kupców weneckich, zawiezione do Wenecji i ze zmienioną tożsamością „robi" teraz za relikwie św. Marka Ewangelisty w katedrze pod jego wezwaniem. Przecież to kompletny Dan Brown. A może prawda? Kto wie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA