fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Jak Polacy i UPA razem walczyli z komunistami

Spalony budynek Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Hrubieszowie.
IPN
W obliczu śmiertelnego zagrożenia Polacy i Ukraińcy zaprzestali walki i wspólnie zaatakowali komunistów. Najbardziej spektakularną akcję przeprowadzono w nocy z 27 na 28 maja 1946 r. w Hrubieszowie.

Henryk Lewczuk „Młot", dowódca jednego z największych oddziałów polskiego podziemia niepodległościowego działających na terenie Lubelszczyzny, czekał na sygnał do ataku, którym miała być salwa upowskiej „torpedy". Ukraińcy się spóźniali, upływający czas postanowił więc wykorzystać na sprawdzenie, czy podległe mu plutony są gotowe do walki. Mimo swojej postury sportowca „Młot" bezszelestnie przemykał między drzewami ogrodu parafii św. Mikołaja. Chciało mu się palić, ale było to zbyt ryzykowne. Cel – Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Hrubieszowie – znajdował się bardzo blisko i papieros mógł zdradzić ich pozycje ubekom.

Atmosfera wśród partyzantów była nieco nerwowa, i to nie tylko ze względu na samą akcję, lecz także z powodu nietypowego sojusznika. W kilku innych punktach miasta na sygnał do ataku czekali żołnierze Ukraińskiej Powstańczej Armii. Jeszcze niedawno walczono z nimi w obronie polskich wsi, teraz działali razem przeciwko wspólnemu wrogowi. Mimo wszystko „Młot" nie zabrał na akcję części swoich żołnierzy. Zostali ci, którzy w starciach z Ukraińcami stracili bliskich. Każda z grup miała w Hrubieszowie inne zadania. Polacy zamierzali rozbić PUBP oraz komendę MO i uwolnić więźniów, upowcy zaś zasadzili się na silnie obsadzoną siedzibę NKWD i Urząd Przesiedleńczy. Polacy założyli na rękawy mundurów biało-czerwone opaski, Ukraińcy jednolicie białe.

Sojusz z ograniczonym zaufaniem

Koncentrację oddziałów zarządzono dzień wcześniej w lesie między wsiami Trzeszczany i Podhorce, oddalonym od Hrubieszowa o 6 km. Odbyła się tam narada dowódców – po stronie ukraińskiej funkcję tę pełnił Jewhen Sztendera „Prirwa", po polskiej najprawdopodobniej por. Wacław Dąbrowski „Azja", komendant hrubieszowskiego obwodu WiN. Omówiono zadania i ustalono hasła. Niedawni wrogowie, a dziś sojusznicy z rozsądku, niezbyt sobie ufali. Do oddziałów UPA dołączyło czterech winowców obeznanych z terenem. Byli przewodnikami i zakładnikami jednocześnie. Polacy zabezpieczyli się, wcielając na czas akcji do jednego z pododdziałów dwóch upowców. Zakładnicy mieli gwarantować, że żadna ze stron nie zdradzi.

Tuż przed północą 27 maja partyzanci opuścili leśne obozowisko. Ponad połowę oddziałów polskich – m.in. 25 partyzantów por. „Kalifa", 20-osobową grupę Józefa Jasińskiego „Groma", 25 partyzantów Edwarda Sekulskiego „Nożyce", oddział ppor. „Kota" – wydzielono do zabezpieczenia głównych traktów biegnących w stronę miasta. Siły ukraińskie liczące około 200 ludzi (m.in. cztery sotnie UPA Semena Prystupa „Dawyda", Eugeniusza Jaszczuka „Dudy", Wasyla Krala „Czausa", Wasyla Jarmoła „Jara") oraz pozostałych kilkudziesięciu żołnierzy polskich (w tym oddział chełmski „Młota", któremu wyznaczono najtrudniejsze zadanie – atak na PUBP) ruszyło w stronę uśpionego i tonącego w ciemnościach Hrubieszowa.

Dlaczego akurat to prowincjonalne, liczące ok. 8 tys. mieszkańców miasteczko na Lubelszczyźnie obrano za cel wspólnego ataku? Jego znaczenie polegało na tym, że ulokowały się w nim powiatowe władze komunistyczne. Na południe od rzeki, w centrum miasta swoje siedziby miały PUBP, komenda MO, komitet powiatowy PPR oraz Ukraińska Komisja Przesiedleńcza. Reprezentacyjny dworek Du Chateau zajęło NKWD. Dodatkowo na północnym brzegu rzeki znajdowały się koszary 5. pułku LWP i komenda 32. odcinka WOP.

Mniejsze zło

Skąd się jednak wzięli upowcy walczący u boku polskich partyzantów, skoro jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej ci sami żołnierze niejednokrotnie stawali na polu walki przeciwko sobie? Od lata 1943 r. na zapleczu przesuwającego się frontu wojny niemiecko-sowieckiej toczyła się inna wojna, o której na arenie międzynarodowej mało kto słyszał, choć była równie zacięta i krwawa jak konflikt obu totalitaryzmów. Jak piszą historycy IPN Grzegorz Motyka i Rafał Wnuk, już w okresie krwawych rzezi z lat 1943–1944 niektóre środowiska polskie i ukraińskie podejmowały próby zażegnania konfliktu. Porozumienia, które udawało się osiągnąć, pozostawały jednak na papierze. Sytuacja radykalnie się zmieniła, kiedy na tereny dawnej Rzeczypospolitej wkroczyła zwycięska Armia Czerwona, a władzę przejęli komuniści. Dla polskich i ukraińskich patriotów szybko stało się jasne, że walka na dwa fronty nie ma sensu.

Gorącym orędownikiem porozumienia polsko-ukraińskiego był inspektor Inspektoratu Zamość AK Delegatury Sił Zbrojnych kpt. Marian Gołębiewski „Ster". „We wrześniu 1944 r. zwołałem odprawę 23 dowódców AK z Chełmszczyzny, Zamojszczyzny i Hrubieszowa. (...) Zażądałem, by w miejsce walk z Ukraińcami szukać możliwości porozumienia i współpracy. Wśród zgromadzonych zapanowało poruszenie, było tam przecież wielu takich, którzy w walkach z Ukraińcami potracili całe rodziny. (...) Nikt się nie sprzeciwił" – wspominał po latach Marian Gołębiewski na łamach „Tygodnika Powszechnego". Do porozumienia coraz aktywniej dążyli także Ukraińcy. Na początku 1945 r. granicę polsko-sowiecką przekroczył Jewhen Sztendera „Prirwa", który od płk. Woronyja, komendanta lwowskiego okręgu wojskowego UPA, otrzymał zadanie nawiązania kontaktu z AK.

21 maja 1945 r. w Rudzie Różanieckiej przedstawiciele zamojskiej AK i UPA podpisali porozumienie, które kończyło w tym rejonie trwające od dwóch lat zacięte walki między polskimi i ukraińskimi oddziałami niepodległościowymi. Rozgraniczono strefy wzajemnych wpływów, ustalono sposoby utrzymywania kontaktu, hasła, postanowiono wymieniać się informacjami wywiadowczymi i wspólnie zwalczać agentów komunistycznych. Już 27 maja przeprowadzono pierwszą wspólną akcję AK-DSZ i UPA przeciwko posterunkom milicji w Warężu i Chorobrowie. Dużym echem odbiła się także akcja z 6 kwietnia 1946 r. w Werbkowicach. „Podziemie polskie dostarczyło nam przewodników, przekazało hasła itd. Dzięki temu nasz oddział rozbroił wtedy wszystkie placówki Wojska Polskiego i aresztował jego komisarza" – wspominał po latach Jewhen Sztendera.

Spotkań podobnych do tego w Rudzie było jeszcze kilka. Na jednym z nich – 19 maja 1946 r. w folwarku Miętkie – Polacy zaproponowali wspólne uderzenie na Hrubieszów, przedstawiając dane wywiadu o siłach NKWD i UB oraz plany miasta. Polską propozycję przekazano dowódcy UPA w Polsce płk. Mirosławowi Onyszkiewiczowi „Orestowi" (notabene to jego sotnia dokonała w 1944 r. mordu na mieszkańcach polskiej wsi Tarnoszyn), który skontaktował się z krajowym prowidnykiem (przewodniczącym) OUN Jarosławem Staruchem „Stiahem". Ten po dłuższym zastanowieniu wyraził zgodę.

Łuna nad miastem

Około 1.30 Hrubieszowem wstrząsa potężny wybuch. To Ukraińcy uporali się w końcu ze swoją „torpedą" (według wspomnień ukraińskiego dowódcy były to zdobyczne niemieckie pociski Wurfgranate). Pocisk co prawda nie uderza w cel, ale wywołuje zamieszanie, które wykorzystuje „Młot" ze swoimi żołnierzami i wdziera się do budynku. Ubecy kręcą korbami aparatów, próbują wezwać pomoc, telefony jednak milczą, bo partyzanci zapobiegliwie przecięli kable. Ukraińcy wystrzeliwują drugą rakietę, tym razem celnie – trafia wprost w gabinet szefa PUBP. Wybucha pożar. Obrońcy budynku wpadają w panikę, stawiają słaby opór żołnierzom „Młota". Partyzanci spodziewają się, że więźniowie przebywają jedynie na parterze budynku. Tymczasem część z nich jest ulokowana także na piętrze. W zamieszaniu dochodzi do tragicznej pomyłki. Od kul winowców ginie dwóch więźniów. Współpracujący z hrubieszowskim podziemiem klucznik PUBP Władysław Wasylczuk otwiera cele. Uwolnieni (według różnych szacunków od 22 do 50 osób) są sprawnie ewakuowani z miasta.

Pozostałe oddziały walczą ze zmiennym szczęściem. Pododdział plut. Witolda Poteruchy „Szczerbatego" po krótkiej walce zdobywa budynek miejscowej PPR i zabiera ze sobą wszystkie znajdujące się tam dokumenty. W tym samym czasie oddział por. Czesława Hajduka „Ślepego" zgodnie z planem otacza budynek Szturmówki przy ul. Górnej. Specjalny oddział Jana Trusia „Gaika", złożony z 10 Polaków i 2 Ukraińców, likwiduje funkcjonariuszy UB w prywatnych mieszkaniach. Niepowodzeniem kończy się natomiast atak na komendę MO. Milicjanci bronią się zaciekle. Partyzanci kilka razy zajmują parter budynku i kilkakrotnie są stamtąd wypierani. Ostatecznie muszą ustąpić. Nie najlepiej wiedzie się także Ukraińcom. Większość sotni UPA szturmuje dwór Du Chateau – siedzibę NKWD. W budynek trafia kilka „torped". Sowieci jednak nie ustępują. Wymiana ognia trwa półtorej godziny. W końcu sotnie się wycofują. Ukraińcy zażarcie szturmują także siedzibę Komisji Przesiedleńczej. Zależy im na zdobyciu znajdujących się tam dokumentów. Niestety, 20-osobowa bojówka Służby Bezpieczeństwa OUN natrafia na silny opór. Zaskoczenie jest spore, ponieważ polski wywiad donosił przed walką, że ochrona komisji posiada jedynie pistolety, tymczasem partyzantów zatrzymują serie z broni maszynowej.

Hrubieszów trzęsie się od wybuchów i wystrzałów. Nad miastem unosi się łuna pożaru. Alarmuje to żołnierzy 5. pułku LWP, którzy stacjonują w koszarach na północnym brzegu Huczwy. Nie mają łączności z miastem, nie wiedzą, co się dzieje i jak duże siły partyzantów wkroczyły do Hrubieszowa. Dopiero po godzinie wysyłają zwiad. Uczestniczy w nim młody porucznik, który później tak niechlubnie zapisze się na kartach historii Polski – Wojciech Jaruzelski. Jaruzelski i pozostali zwiadowcy posuwają się w stronę pola bitwy powoli i lękliwie, nie zamierzają nawiązywać walki z wrogiem. Dopiero około 3.30 wojsko wysyła silniejszy oddział z transporterem opancerzonym, ale zaskakuje on jedynie grupkę partyzantów, którzy zamarudzili przy przekraczaniu mostu.

Żołnierze WiN wycofują się z Hrubieszowa bez problemu i w zwartej formacji. Na polach pod miastem czekają na nich furmanki, które ewakuują ich w bezpieczne miejsce. Natomiast za żołnierzami UPA, którzy swoim atakiem rozsierdzili enkawudzistów, rusza pościg. Sowieci doganiają część sił ukraińskich, ale upowcy stawiają na tyle silny opór, że grupa pościgowa rezygnuje z dalszej walki.

Straty oddziałów biorących udział w ataku na Hrubieszów były niewielkie. UPA straciła pięciu ludzi. Po stronie WiN nie było zabitych. Według oficjalnych danych NKWD straciło dziesięciu ludzi, WOP pięciu, PPR i UB po dwóch. Wielu było rannych. Akcja miała duże znaczenie propagandowe. Rabując i niszcząc wiele dokumentów władz komunistycznych, partyzanci na długie miesiące zdezorganizowali ich pracę. Wojsko i UB jak ognia bało się kolejnego ataku – ograniczono wyjazdy w teren, okopano i ogrodzono drutem kolczastym budynki MO, nocami pełniono warty w okopach. Panował strach, który spowodował, że w połowie roku kilku funkcjonariuszy miejscowego PUBP z obawy o własne życie zrezygnowało ze służby.

Atak na Hrubieszów był najmocniejszym, ale zarazem ostatnim akordem polsko-ukraińskiej współpracy. Przeciwny był jej rząd emigracyjny w Londynie. Poza tym sytuacja międzynarodowa i umacnianie władzy w kraju przez komunistów podważały sens dalszej walki w podziemiu. Większość członków WiN ujawniła się podczas ogłoszonej w 1947 r. amnestii. Lada chwila miała się rozpocząć akcja „Wisła", która doszczętnie rozbiła UPA.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA