fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

W poszukiwaniu rosyjskiej duszy

Złoty Pierścień Rosji

Któregoś czerwcowego dnia znalazłem się w leżącej pośród morenowych wzgórz Wałdaju wsi Wołgowierchowje w obwodzie twerskim. Przed wejściem na długi mostek prowadzący przez mokradła do drewnianego domku leży ogromny głaz, na którym kilka lat temu wyryto: „Podróżniku! Zwróć swój wzrok na źródło Wołgi! Tu rodzi się czystość i wielkość rosyjskiej ziemi. Stąd pochodzi dusza narodu. Chroń je". W podłodze pomieszczenia jest okrągły otwór, coś w rodzaju studni, gdzie widać wydobywające się z podłoża bańki powietrza. Nieco dalej niepozorna strużka zimnej i przezroczystej wody, na wysokości 220 m n.p.m., osiąga szerokość metra, dając początek strumieniowi Persjanka. Trzeba przyznać, że to jest jednak źródło umowne, bo na obszarze pociętym pajęczyną cieków niemożliwe jest jego dokładne ustalenie.

Rzeczną podróż zaczynam w Twerze, gdzie Wołga ma szerokość Wisły pod Krakowem. To stary ruski gród, odbudowany w iście carskim stylu po pożarze w XVIII w. Jest jedną z pereł Złotego Pierścienia Rosji, najbardziej popularnego szlaku turystycznego kraju, prowadzącego przez średniowieczne miasta położone na północny wschód od Moskwy. Powstawały one na wysokich brzegach rzek i dla obrony przed najazdami przekształcano je w grody warowne. Złoty Pierścień stanowi kolebkę prawosławia, dużo tu czarownych cerkwi z ikonami i unikalnymi freskami z różnych okresów. W mieście jest także polski akcent: wiosną 1940 r. NKWD zamordowało ponad 6300 jeńców polskich z obozu w Ostaszkowie.

Teraz przyciąga wzrok cichy, pochodzący z XII w. Uglicz, jedno z najukochańszych miast starej Rosji. Nie zagrzałem tutaj długo, bo poznałem Leonida, który z dwójką przyjaciół spływał wysłużonym, 11-metrowym jachtem w dół Wołgi. Znał moje nazwisko i nie ukrywał, że z przyjemnością dokooptuje „pogromcę Atlantyku" do swojej załogi. Leonid jest inżynierem i od kilku lat pracuje w Moskwie, ale swoje dzieciństwo spędził w nieodległej wiosce Uchma, gdzie chce odwiedzić swoich dziadków.

Płynąc częściej na silniku niż pod żaglami, muszę odpowiadać na lawinę pytań o zachodnim świecie, ale staram się też obserwować sugestywny krajobraz, bezkresne leśne przestrzenie, zagubione drewniane osady, chłopskie furmanki i zakurzone mieściny.

„Oto i Uchma", zapowiada skipper. Wioska z malowniczymi ogródkami działkowymi pełnymi ogórków, ziemniaków, pomidorów i porzeczek, przypomina kolonię XIX-wiecznych osadników na obrzeżach cywilizacji. Chatka, otoczona brzozami, ma prosty wystrój: firanka w drzwiach, na ścianie kalendarz i obraz jeleni na rykowisku. Za to gościnność jest bezgraniczna. W oczekiwaniu na kolację energiczna gospodyni stawia na stole obok samowara czajniczek, dzbanuszek ze śmietaną i talerzyk z konfiturami. Anatolij, dziadek Leonida, wrócił już ze sklepu z pielmieni owiniętymi w gazetę. „Mieszkamy skromnie – konstatuje Anatolij – nie to, co moskiewscy nowobogaccy, którzy wybudowali tutaj kotydże, pałace z basenami".

Miasto widmo pod Zbiornikiem Rybińskim

Dopływamy do ogromnego Zbiornika Rybińskiego, gdzie kilkanaście tysięcy lat temu znajdowało się jezioro polodowcowe. Po jego wyschnięciu powstała żyzna nizina i gdzieś tutaj znajdowało się znane już w XIII w. miasto Mołoga z portem rzecznym, rozwiniętym przemysłem i handlem. W latach 30. ubiegłego wieku władze państwowe podjęły decyzję o budowie tutaj zespołu hydroelektrowni oraz zbiornika wodnego. W związku z tym należało przesiedlić 130 tys. ludzi, zatopić sześciotysięczną Mołogę, 3700 km kw. lasów, 663 osad, 150 cerkwi i wiele innych rozwiniętych infrastruktur. Po napełnieniu rezerwuaru w 1947 r. woda przykryła miasto. Kilkuset mieszkańców, którzy nie zgodzili się na przesiedlenie, utonęło podczas zatapiania miasta, kilkadziesiąt osób popełniło samobójstwo. Z powodu wahań poziomu zbiornika niekiedy na powierzchni wody pojawia się postapokaliptyczny krajobraz miasta widma z kopułami starych cerkwi i kikutami drzew. Na filmie dokumentalnym o rosyjskiej Atlantydzie wygnani mieszkańcy opisują miasto i okres młodości jako raj na ziemi. Raj utracony. Starszy mężczyzna odtwarza tamte chwile: dostali rok na wyprowadzkę. Musieli rozebrać dom, przenieść gdzie indziej i postawić go na nowo. Jedna z kobiet wspomina z tęsknotą: „Mołoga była zachwycającym zielonym miastem, ogród przy każdym domu. Wiosną wszystko kwitło, a powietrze pełne było słodkich zapachów. Na kwitnących polach rosły pachnące trawy... Ach! Hydroelektrownie miały zapewnić nam prąd, jednak elektryczność szła do Moskwy, do nas dotarła dopiero 30 lat po zbudowaniu tamy".

Trzeciego dnia cumujemy przy zaimprowizowanym pomoście w Rybińsku, który był niegdyś stolicą legendarnych burłaków. Jeszcze w połowie XIX stulecia w siedmiotysięcznym mieście w sezonie nawigacyjnym przemieszczało się tutaj ponad 100 tys. robotników trudniących się holowaniem statków na Wołdze.

Nie ukrywam, że dla mnie Wołga wiązała się zawsze z niezwykle sugestywnym płótnem „Burłacy na Wołdze" Ilji Jefimowicza Riepina. Mężczyźni w szlejach doczepionych do grubej liny, długiej nieraz 200 metrów, ciągnęli ze wszystkich sił barkę, w trudniejszych chwilach intonując dla koordynacji współpracy pieśń: „I poszli, pociągnęli, prawą-lewą dali krok, hej raz, jeszcze raz, da, uch, uch, jeszcze raz....". Liczba wynajmowanych burłaków zależała od tonażu załadowanego statku. Średnio liczono cztery tony na człowieka. Na płaskodennych barkach długości 30–50 m wożono w górę Wołgi sól, ryby z Morza Kaspijskiego, żelazo z Uralu, a z Persji bawełnę, jedwab, ryż i suszone owoce. Można przyjąć, że w zależności od wiatru burłacy pokonywali dziennie od 10 do 13 km. Jedna z kronik mówi, że odległość 2170 km z Astrachania do Niżnego Nowogrodu załadowane barki pokonywały w 75–90 dni. Niewątpliwie był to ciężki kawałek chleba. Nie do końca jest jednak prawdą, że to byli nieszczęśliwi, godni współczucia ludzie. Pracując w artelach, w sezonie potrafili zarobić na resztę roku. Fiodor Dostojewski uważał, że burłak nie był wcale taki biedny, jak chciał go pokazać Ilja Riepin. Oczywiście, do tego trudu z reguły najmowali się ubodzy wieśniacy, ale też i kryminaliści, włóczędzy czy ludzie o krnąbrnym charakterze.

Wodolotem do Jarosławia

W Rybińsku przesiadam się na wodolot „Meteor" i przy szybkości 60 km/h obserwuję nieustanny ruch brzegu rzeki oraz zmieniającą się na nim, mobilną niczym w teatrze dekorację. Po czterech godzinach jestem w Jarosławiu, który zyskał splendory skarbnicy dawnej architektury. Tu powstał pierwszy w Rosji port rzeczny, który ułatwił handel z Europą i Bliskim Wschodem. Kupcy, którzy gromadnie przybywali do miasta, przyczyniali się do wzbogacenia jego uroku. W XVII stuleciu, podczas polskiej dominacji na Kremlu, władze carskiej Rosji przeniosły tu siedzibę stolicy. Dzisiaj w mieście funkcjonuje znana fabryka walonków, których używałem kilka lat temu na wyprawie na biegun zimna w Jakucji.

Kostroma to kolebka carskiej rodziny Romanowów z klasztorem i soborem Świętej Trójcy, w którym pochowana jest rodzina Godunowów. Mnóstwo XVIII-wiecznych domów kupieckich i hal handlowych. Na centralnym placu w latach świetności odbywały się słynne jarmarki. Handlowano piernikami, rybami, mięsem i nabiałem. Do dziś funkcjonuje tu znana szeroko giełda serowa, na której kupiłem produkt z łosiego mleka, podobno posiadający właściwości prozdrowotne. Dużo tu przyjeżdża wycieczek turystycznych, stąd szpalery stoisk z pamiątkami. Obok starych samowarów i ikon kolorowe zdobione ludowymi motywami matrioszki, które w końcu lat 80. zaczęto ozdabiać wizerunkami polityków i aktorów.

W Moskwie mówiono mi, że malownicze widoki położonego na wzgórzu Soborowej Góry miasteczka Plos od zawsze przyciągały malarzy, kompozytorów i pisarzy z całego terytorium carskiego imperium. Odnajdywali oni tutaj niczym niezmąconą ciszę oraz nieobarczoną dworskim blichtrem wiekowość. Miasteczko, upozowane jak do panoramicznej fotografii, zachowało swój dawny klimat i także dzisiaj figuruje jako ulubiona plenerowa destynacja rosyjskiej bohemy, która posiada tutaj swój dom twórczy. Na ulicach pełno jest turystów. Gdzieś tutaj narodziła się rzewna pieśń o wielkiej rzece, zatytułowana „Dusza Rosji", w której, jak pisał włoski pisarz Alberto Moravia, można się zakochać, bo imponuje prostotą, szczerością i melancholią.

Gdzie diabeł mówi „dobranoc"

Z Niżnego Nowogrodu w dalszą drogę udaję się płynącym z Petersburga do Astrachania statkiem morsko-rzecznym o wyporności 5 tys. ton. W krajobrazie bezbrzeżnej równiny pojawiają się wioski z lichymi chałupami, nad wodą u podnóża skarpy tłoczy się w oczekiwaniu na prom ciżba ludzi z bagażami. Na podwórku ogrodzonym rozwalającym się płotem kobieta niesie ze studni wiadro z wodą; dalej, na ławce przed swoim obejściem, siedzi para staruszków; polną drogą przemyka rozklekotana łada, wznosząc tumany kurzu. Pustka, nicość, miejsce, gdzie diabeł mówi „dobranoc", gdzie nie ma kina, supermarketu i coca-coli. „Państwo nie ma żadnego planu, żadnego programu rozwoju kraju", mówi rozgoryczona nauczycielka z osady Wasilsursk.

W niemałej części tak wygląda współczesna Rosja B – przesiąknięta bylejakością prowincja. Nie zaliczają się do niej tylko Moskwa, Petersburg i może Kazań. Cokolwiek by mówić, to prowincją, chociaż mniej głęboką, są także Irkuck, Wołgograd, Nowosybirsk i kilkadziesiąt innych dużych miast. Bieda i szarość, ubóstwo ludzi w anarchicznym okresie raczkującej gospodarki rynkowej. Brak inicjatywy prywatnej i fatalne zarządzanie państwowymi firmami doprowadziły do bankructwa sowieckiego imperium. Nic dziwnego, że aby uzdrowić gospodarkę, podczas demontażu starego systemu postawiono na prywatyzację. Bezpłatnie, poprzez spółki akcyjne, rozdzielono w formie czeków majątek państwowy dla wszystkich obywateli kraju, którzy mogli za nie kupować akcje przedsiębiorstwa. To wszystko okazało się monstrualnym przekrętem. Kadry dyrektorskie, czyli klasyczna trójca: dawni partyjni bossowie, wyższe figury bezpieki i struktury mafijne, doprowadzały do rzekomego bankructwa. Zdesperowani robotnicy na gwałt, za kopiejki, sprzedawali swoje akcje nowo powstałej warstwie menedżerów. W ten sposób całe bogactwo narodowe znalazło się w rękach kilkuset osób.

Ludzie rosyjskiej głubinki, czyli coś więcej niż polskiej „prowincji", za szorstką powierzchownością skrywają ujmującą wrażliwość. Z nastaniem Gorbaczowowskiej pierestrojki zaczęli wprawdzie wygłaszać nieortodoksyjne poglądy, ale ani na jotę nie zmieniła się ich świadomość: nadal uznają USA za przyczynę wszelkich nieszczęść. Plagi zgniłego Zachodu, kryzysy, bezrobocie itp. nie mogły się przecież imać postępowej ojczyzny proletariatu.

Z Kazania do Samary

Pośród wysokich fal, bardziej przypominających morze niż rzekę, pojawia się Kazań, dawna stolica tatarskiego imperium, dzisiaj centrum religijne rosyjskich muzułmanów. Jego skarbem jest imponujący kompleks zabytkowy Kremla z charakterystycznego białego kamienia. Przytłacza ogromem, fascynuje i onieśmiela. Jest najokazalszy spośród wszystkich innych, które znam.

Powołże miało ogromne znaczenie w całym regionie. Zamieszkałe przez plemiona ugrofińskie państwo Bułgaria Kamska kontrolowało między VII a XIII w. większą część handlu między Europą a Azją. Stolica, Bułgar Wielki, leżąca przy ujściu nieodległej Kamy do Wołgi, była świetnie prosperującym miastem, porównywalnym wielkością i bogactwem z największymi ośrodkami świata islamskiego. Przekazy arabskie podają listy towarów, jakie tędy wędrowały. Oprócz niewolników kupcy muzułmańscy wywozili stąd futra, skóry, miecze, strzały, bursztyny oraz miód i wosk. Zostawiali natomiast srebro, korzenie, wyroby metalowe i kosztowne tkaniny.

W Kazaniu wykupiłem bilet na statek pasażerski płynący do Samary. W prezencie od kapitana Kaaarela Petsa, rodem z Estonii, dostałem upgrade do komfortowej kabiny lux, z której jeszcze dwa lata temu korzystali partyjni aparatczycy. Delektując się pięknem zachodzącego słońca, piję na rufie statku piwo z Olegiem, marynarzem urodzonym w Kijowie. Nie wykazuje zrozumienia, kiedy mówię o „Wołdze Matce". „To temat naciągnięty – kwituje oschle. – Uważam, że to Dniepr zasłużył na symbol państwa rosyjskiego. Dnieprem spływali założyciele Rusi Kijowskiej, tam biegł karmiący kraj szlak od Waregów do Greków. Tam wyrosły pierwsze słowiańskie miasta: Smoleńsk i Kijów. Tam też św. Włodzimierz ochrzcił Ruś. A Wołga? W zaraniu państwowości rosyjskiej przepływała ona przez krainy, które wnosiły tylko same problemy. Począwszy od Kipczaków po Chazarów i Złotą Ordę. Przez setki lat nad Wołgę ze strachem w sercu zjeżdżali rosyjscy książęta, by oddać głęboki pokłon chanom. Nawet jeśli chcesz podejść z estymą dla jej rozmiarów, to pamiętaj, że ta rzeka i jej dorzecze praktycznie do XVIII wieku nie należały do Rosji. Tak więc, jaka to matuszka?".

Dopływając do Uljanowska, zaglądam na mostek. Kapitan i jeszcze dwóch oficerów stoją w milczeniu, zmniejszyli prędkość i z wyraźnym napięciem wpatrują się w przęsło zbliżającego się mostu. Dopiero po jego przepłynięciu kapitan wyjaśnia, w czym rzecz. W 1983 r. miał tu miejsce najtragiczniejszy wypadek w radzieckiej żegludze śródlądowej. Płynący z prędkością 14 węzłów statek wycieczkowy „Aleksandr Suworow", z 330 pasażerami i 85 członkami załogi, zahaczył o konstrukcję mostu, ścinając niczym gigantyczną gilotyną mostek z górnym pokładem, gdzie w sali kinowej znajdowała się większość pasażerów. W wyniku kolizji z przejeżdżającego wówczas na moście pociągu wykoleiło się 11 wagonów, z których wysypało się do wody zboże, drewno i węgiel. Zginęło 176 osób, dokładna liczba nie jest znana, bo na pokładzie znajdowało się dużo pasażerów podróżujących bez biletu. Jak się później okazało, powodem kolizji było zejście z farwateru. Stąd dzisiaj przy tym moście tyle atencji.

Popijając herbatę, kapitan rzuca podejrzliwe pytanie: „Czy wiesz, że Wołga wcale nie wpada do Morza Kaspijskiego?". Po chwili uzupełnia, że dopływ Kamy niesie dużo więcej od niej wody. Zatem to właśnie ona powinna być uznawana za rzekę, która kończy bieg w Morzu Kaspijskim.

Przed Samarą z prawej strony pojawiają się wznoszące się do wysokości 300 metrów Góry Żygulowskie. Z dala od wielkomiejskiego zgiełku rozkoszuję się zjawiskowymi formacjami skalnymi zbudowanymi z wapieni oraz dolomitów i porośniętymi lasami, które wnoszą dużo urozmaicenia w monotonnej ostatnio panoramie. Przyznam, że wypatrywałem tego miejsca, bo w pamięci miałem urokliwy obraz malarza marynisty Iwana Ajwazowskiego z końca XIX w., z widokiem statków na tle tego przepięknego miejsca. Samara to jedno z największych miast Powołża, uchodzące za perełkę architektoniczną. Ze swoją drewnianą zabudową mogłaby stać się rosyjskim San Francisco. W minionych wiekach dzięki Wołdze kwitł tu handel, kupcy dorobili się fortun, za które stawiali okazałe rezydencje.

Wołgograd, czyli dawny Stalingrad

Na horyzoncie pojawiają się dymiące kominy fabryczne i wzmożony ruch na wodzie, wycieczkowce, pchane przez holowniki barki załadowane węglem, statki handlowe, żaglówki, dok pływający i mało zdyscyplinowani rybacy utrudniający żeglugę. To już Wołgograd, który na mapach z czasów ZSRR nazywał się Stalingrad, od nazwiska sowieckiego geniusza zła. To symbol obrony przed nazistami, gdzie stoczono jedną z najkrwawszych bitew II wojny światowej. Historycy piszą, że nigdy wcześniej nie widziano tak okrutnego, straszliwego i nieludzkiego oblicza wojny. Dla każdego niemieckiego żołnierza rozkaz wyjazdu na front wschodni był wyrokiem śmierci z odroczonym terminem wykonania. Świat był zdumiony odpornością Rosjan na brak zaopatrzenia i ekstremalne warunki, a przeciwnik był oszołomiony determinacją obrony, graniczącą z samozagładą. Straty z obu stron wyniosły w sumie ok. 2,5 mln ludzi. „Stalingrad był jednym wielkim morzem ruin – opowiada Stanisław Manakow, który wtedy miał 13 lat. – Wszystko było zbombardowane, nie było nic, wszędzie zwłoki i płomienie". Na cześć tych wydarzeń i ofiar wzniesiono cyklopowy monument Matkę Ojczyznę, 85-metrową postać kobiety w miękko udrapowanej szacie, z pełną ekspresji twarzą, rozwartymi w krzyku ustami i podniesionym w ręce mieczem. W hotelu Ring, gdzie zatrzymałem się na kilka dni, kilkunastoosobowa grupa Niemców w podeszłym wieku wypytuje mnie o różne zwroty po rosyjsku. Nie mam wątpliwości, że kiedyś tutaj walczyli i przez przypadek umknęli przed śmiercią.

Wołga przez setki lat była głównym szlakiem komunikacyjnym Rosji. W jej dorzeczu znajduje się 45 proc. przemysłu i połowa rolnictwa Rosji. A to oznacza ścieki, pestycydy i nawozy trafiające do rzeki. Ze 100 najbardziej brudnych miast Rosji aż 65 leży w jej basenie. Nad Wołgą zawisł miecz Damoklesa, do rzeki i jej dopływów trafia 38 proc. wszystkich rosyjskich ścieków. Do tej pory niewiele robiono, aby naprawić tę sytuację.

Wreszcie położony w delcie rzeki Astrachań. W średniowieczu miasto leżało na jednej z odnóg legendarnego Jedwabnego Szlaku, łączącego chińskie imperium z Konstantynopolem i Europą. Jest duszno i upalnie; od strony morza, gdzie znajdują się zakłady przetwórstwa rybnego, ciągnie ciężki oleisty odór, a z setek straganów na targu Sieleńskie Sady bije ostry zapach suszonej ryby. Astrachań to centrum przemysłu kawiorowego, rosyjskiego rarytasu, stereotypu jednego z najbardziej luksusowych produktów na świecie. Po upadku imperium sowieckiego znalazł się on w rękach mafijnych kłusowników, którzy bezgrzesznie wytrzebiają populację jesiotra i bieługi. Duża część produkcji wytwarzana jest chałupniczo w zapuszczonych zagrodach, bez przestrzegania podstawowych norm higienicznych. Tam też kawior zostaje zapakowany w firmowe słoiczki i gotowy jest do wysyłki w świat.

Swoiście bogata Rosja stoi w obliczu koniecznych przemian politycznych, gospodarczych i kulturowych. Zadaję sobie pytanie, czy „Matuszka Rossija" poradzi sobie bez cara i bez partii? Michał Lermontow z przekonaniem pisał, że: „Rosja nie ma przeszłości, ona cała tkwi w teraźniejszości i przyszłości". Czy zatem tak bardzo związana z duchem narodu rosyjskiego Wołga będzie w stanie przeprowadzić nację do bardziej świetlanego jutra?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA