fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Wielka czystka: sowieckie deportacje w 1939 roku

Już w październiku 1939 r. NKWD rozpoczęło wywózkę Polaków na wschód. W dokumentacji nazywano ich "bieżeńcami"
Wikipedia
Tuż po agresji zbrojnej na wschodnie ziemie II Rzeczypospolitej sowieckie władze rozpoczęły masowe deportacje Polaków. Do dziś historycy nie są w stanie określić liczby ofiar tej jednej z największych zbrodni w dziejach.

28 września 1939 roku minister spraw zagranicznych III Rzeszy Joachim von Ribbentrop ponownie przyjechał do Moskwy, aby tym razem podpisać z ZSRR „Pakt o granicach i przyjaźni". Ze strony radzieckiej umowę podpisał osobiście Stalin. Do protokołu załączono mapę przedstawiającą nową granicę sowiecko-niemiecką. Miała przebiegać na wschód od Warszawy i Lublina. Polska – zaatakowana wcześniej z obu stron – miała przestała istnieć, a jej wschodnia część, z Wilnem, Lwowem, Grodnem i Białymstokiem, znalazła się w granicach Związku Sowieckiego. Aby nadać tej agresji ramy prawne, Rada Najwyższa ZSRR przyjęła uchwałę, z której wynikało, że ziemie „zachodniej Białorusi" i „zachodniej Ukrainy" (tak je nazwano) zostają włączone do terytorium ZSRR. Wcześniej zorganizowano tam „wybory" do Zgromadzeń Ludowych, pod całkowitą kontrolą NKWD. Mieszkańców zmuszono, aby poparli komunistów autoryzowanych przez Moskwę. Ci ostatni nie próżnowali. Gdy tylko Armia Czerwona przekroczyła polską granicę, partyjni funkcjonariusze zaczęli na podbitych terenach organizować obwodowe komitety, które miały stać się zalążkiem nowej władzy.

Bieżeńcy

Stalin doskonale zdawał sobie sprawę, że na podbitych terenach natychmiast powstanie ruch oporu. Wiedział również, że Polacy nie sprzyjają komunizmowi. Żyło jeszcze zbyt wielu obywateli II RP pamiętających zbrodnie sowieckie z 1920 roku. Hasła komunistów, działających nielegalnie przed wrześniem 1939 roku, nie trafiały na podatny grunt. Stalin wiedział, że jeśli chce zaprowadzić komunizm w Polsce, to musi złamać kręgosłup narodu, a więc wymordować wszystkich tych, którzy – jego zdaniem – mogli być przeciwnikami nowej władzy: inteligencję, fabrykantów i oficerów wojska. Stalin i jego szef NKWD – Ławrientij Beria – określali te grupy społeczne jako „element niepewny politycznie".

Jeszcze w październiku 1939 roku, zanim formalnie Rada Najwyższa ZSRR wcieliła wschodnie ziemie Rzeczypospolitej, NKWD i wojsko rozpoczęły masową akcję przesiedlania na wschód uchodźców z zachodniej i centralnej Polski. Tych, którzy uciekli przed wojskami niemieckimi, osadzono najpierw w obozach przejściowych, aby potem przewieźć ich do wschodnich obwodów Białorusi i Ukrainy. W ten sposób wywieziono około 55 tysięcy ludzi. Dokumenty sowieckie nazywają ich „bieżeńcami". Większość nie przeżyła wojny.

Szczegółowa instrukcja

5 grudnia 1939 roku Rada Komisarzy Ludowych podjęła uchwałę (nr 1001/558) „o wysiedleniu osadników i funkcjonariuszy Służby Leśnej z zachodnich obwodów Białoruskiej i Ukraińskiej Socjalistycznej Sowieckiej Republiki". Nadzorujący NKWD Ławrientij Beria zlecił przeprowadzenie gruzińskiemu komuniście Ławrientijowi Canawie, wówczas ludowemu komisarzowi spraw wewnętrznych na Białorusi, oraz Iwanowi Sierowowi – komisarzowi na Ukrainie – sporządzenie specjalnych list z osób „niepewnych politycznie", które podlegać miały aresztowaniu. Na listach znaleźć się miały nazwiska tych, którzy mogli stać się zagrożeniem dla sowieckiej władzy. 29 grudnia 1939 r. Rada Komisarzy Ludowych zatwierdziła dyrektywę Berii, która wprowadzała porządek przesiedlania, regulamin i procedury. Zgodnie z nią osoba podejrzana podlegała deportacji wraz z całą rodziną. O deportacji informował dowódca oddziału wojskowego. Aresztowanym przysługiwało pół godziny na to, aby spakować najbardziej potrzebne rzeczy, które łącznie miały ważyć nie więcej niż 30 kilogramów. Każdą aresztowaną rodzinę żołnierze mieli obowiązek przewieźć na stację kolejową, gdzie sotnie NKWD zajmowały się umieszczeniem jej w wagonie. Instrukcja Berii mówiła wyraźnie, że deportacje mają się odbywać z wykorzystywaniem pociągów. Każdy konwój miał składać się z 55 wagonów towarowych, każdy do przewozu 25–30 aresztowanych (tzw. bydlęce wagony), jednego wagonu osobowego dla strażników, czterech towarowych do przewozu bagażu i jednego sanitarnego zawierającego leki niezbędne do udzielania pomocy. W każdym konwoju jechać miał felczer i dwie pielęgniarki, gotowe w każdej chwili nieść pomoc medyczną pasażerom. Dyrektywa Berii nakładała również obowiązek, aby raz dziennie każdy z aresztowanych otrzymał gorącą zupę i 800 gramów chleba.

Wielki terror

Pierwsze plutony NKWD wyposażone w listy z nazwiskami osób przeznaczonych do aresztowania pojawiły się w miastach i wsiach dawnej Polski o świcie 10 lutego 1940 roku. Zachowane świadectwa dowodzą, że cała procedura przebiegała dokładnie według regulaminu Berii: dowódca oddziału walił w drzwi (a gdy mu nie otworzono, to strzelał), wzywał ojca rodziny i oznajmiał, że zostają wywiezieni. Kazał w ciągu pół godziny zebrać najważniejsze rzeczy, spakować do jednej walizki, wziąć ciepłe ubrania i „być gotowym". Aby żaden z członków rodziny nie uciekł, porządku pilnowało kilku enkawudzistów uzbrojonych w broń maszynową.

Według ściśle tajnych dokumentów NKWD, ujawnionych dopiero w latach 90., pierwsza wywózka objęła 140 tysięcy osób, z czego większość (ponad 70 proc.) stanowili Polacy. Reszta to Ukraińcy, Białorusini, bardzo nieliczni Żydzi. Wywożono głównie osadników wojskowych, pracowników poczty i kolei, leśników, urzędników państwowych i nauczycieli.

Podróż trwała od kilku do kilkunastu dni. Więźniowie, stłoczeni w bydlęcych wagonach, dostawali racje żywnościowe według widzimisię dowódców konwoju. Ci zaś sami żywili siebie, a dla podopiecznych zostawiali ochłapy. Regularnie też okradali bagaż wywożonych i zabierali najcenniejsze rzeczy. Na stacjach enkawudziści wlewali przez niewielkie okna bydlęcych wagonów wodę pod ciśnieniem. Polacy, wygłodzeni i spragnieni, stłoczeni wewnątrz ciasnych wagonów, zaczęli chorować i umierać. Kilkaset najsłabszych osób zmarło, jeszcze zanim pociągi dojechały do celu. Ich zwłoki sowieccy oficerowie wyrzucali z wagonów i zostawiali obok torów, aby nie dopuścić do rozprzestrzenienia się epidemii (rzadko zdarzało się, że podczas postoju najbliższym pozwalano pochować zmarłego).

Trudne zesłanie

Zesłańcy trafiali do północnych obwodów Związku Sowieckiego: okolic Archangielska, Czelabińska, Irkucka, Komi, Omska, Nowosybirska, Wołogdy, a w końcu też do Kraju Krasnojarskiego. Jeden z pociągów zatrzymał się niespodziewanie na stepie, w okolicach Semipałatyńska, w dzisiejszym Kazachstanie. Otworzono drzwi wagonów i wszystkim więźniom kazano wychodzić. Dowódca konwoju poinformował ich, że mają tutaj zbudować sobie „nowy dom", co było o tyle trudne, że wokół rozciągał się bezkresny step, a mróz dochodził do –50 stopni. W takich warunkach przeżyć mogli tylko najsilniejsi i ci, którzy wiedzieli, jak znaleźć schronienie dla siebie i rodziny.

Większość Polaków trafiała do obozów pracy rozsianych po północnej części ZSRR. Tutaj zatrudniono ich przy wyrębie lasów. Najpierw wszystkich przyjezdnych poddawano dezynfekcji: rozbierano do naga i wpędzano do nagrzanej łaźni (mężczyzn razem z kobietami i dziećmi), a ich ubrania polewano śmierdzącym płynem przeciwko insektom. Często zdarzało się, że co lepsze ubrania zabierali strażnicy. Deportowani mieszkali w prowizorycznych, drewnianych chatkach. Warunki ich życia były bardzo trudne. Komendanci obozu wydawali bardzo skromne racje żywnościowe i wyznaczali wysokie normy pracy. Aby je wykonać, trzeba było pracować po kilkanaście godzin dziennie. Tylko ten, kto wywiązał się i wyciął tyle drzewa, ile mu kazano, mógł liczyć na pełną rację żywnościową. Surowy syberyjski klimat, siarczyste mrozy i niedożywienie szybko rujnowały zdrowie Polaków. W obozie opieka lekarska była iluzoryczna. Kto zachorował lub stracił siły, najczęściej po prostu umierał. Tylko w ciągu pierwszych trzech miesięcy zesłania od wycieńczenia, chorób i złych warunków zmarło 4 proc. wywiezionych, czyli około 6 tysięcy osób.

Więźniowie „lepsi" i „gorsi"

Druga fala masowych aresztowań rozpoczęła się 13 kwietnia 1940 roku. Akcja zaczęła się kilka dni po tym, jak w Katyniu NKWD zaczęło rozstrzeliwać polskich oficerów. Wówczas na listach znaleźli się członkowie rodzin uznani przez ZSRR za wrogów ustroju. Wywożono głównie bankierów, kupców, przemysłowców, nauczycieli, żołnierzy, strażników więziennych, milicjantów, byłych urzędników państwowych nieuwzględnionych przy pierwszej wywózce. W ostatniej chwili dopisano jeszcze tych, których NKWD zatrzymało przy próbie nielegalnego przekraczania radziecko-niemieckiej granicy.

Tym razem deportacja przebiegała nieco łagodniej. Po pierwsze dlatego, że znaczną większość zesłańców stanowiły kobiety i dzieci. Po drugie, o tej porze roku zima już zelżała i mrozy, tam gdzie jeszcze występowały, nie były aż tak siarczyste. W końcu po trzecie: NKWD uznało tę grupę deportowanych za mniej niebezpieczną niż poprzednią. To dlatego zaklasyfikowano ich jako „podlegających wysiedleniu", a nie takich, których trzeba było umieścić w łagrach. Większość osób wywożonych od kwietnia 1940 roku przetransportowano do dalekich miast i wiosek w ZSRR, kazano im się tam osiedlić, rozpocząć nowe życie i znaleźć pracę.

Fala uchodźców

Po raz kolejny plutony NKWD rozpoczęły działalność w maju 1940 roku. Wywózka objęła głównie tych Polaków, którzy wskutek różnych wojennych losów znaleźli się w tej części dawnej Polski, którą anektował ZSRR. W tej grupie byli również Żydzi, Białorusini i Ukraińcy – łącznie około 80 tysięcy ludzi. Także ich władza uznała za groźnych dla sowieckiego komunizmu, dlatego większość dostarczono do obozów pracy nadzorowanych przez NKWD.

Najwięcej osób objąć miała czwarta deportacja, przeprowadzona na Wileńszczyźnie i Białostocczyźnie. Tym razem na listach znaleźli się ci, których pominięto podczas wcześniejszych wywózek: pozostali przy życiu inteligenci, kolejarze, robotnicy i rzemieślnicy niepopierający komunizmu, także rodziny uprzednio już aresztowanych „wrogów ludu". Równolegle z eksterminacją Polaków NKWD rozpoczęło operację deportacji Litwinów, Białorusinów i Ukraińców. Realizacji planów przeszkodził atak Hitlera na ZSRR (czerwiec 1941), który zablokował transporty i ściągnął na front dużą ilość funkcjonariuszy NKWD.

Ile osób łącznie wywieziono w ramach wielkich deportacji? Odtajnione sowieckie archiwa mówią o 320 tysiącach, jednak zdaniem części polskich historyków są to mocno zaniżone dane. Janusz Kurtyka (prezes IPN, zginął w katastrofie smoleńskiej 10 kwietnia 2010 r.) twierdził, że liczba ofiar wywózek mieści się w przedziale od 700 tysięcy do miliona osób (a duża część archiwów nadal jest niedostępna!). Sprawę trudno rozwikłać, ponieważ konwojenci z NKWD często ujmowali na listach deportowanych tylko głównego „wroga narodu", a nie wspominali o jego żonie i dzieciach. To oznacza, że ofiar wywózek mogło być czterokrotnie więcej, czyli tyle, ile szacują polscy historycy.

Nie są znane losy dużej części polskich zesłańców. W 1941 roku, po ataku Hitlera na ZSRR, sowiecki rząd przywrócił stosunki dyplomatyczne z rządem polskim na uchodźstwie, a pakt Sikorski-Majski zagwarantował amnestię dla Polaków, co pozwoliło im uciec z ZSRR. Ci, którzy mieli dużo szczęścia i którzy zdążyli, opuścili sowieckie imperium wraz z armią generała Andersa. I, jak na ironię, wielu z nich nie mogło później wrócić do Polski, w której po wojnie rządy zaczęli sprawować komuniści. Tysiące tych, którzy nie zdążyli dotrzeć do generała Andersa, pozostało w ZSRR. Dziś żyją tam ich dzieci i wnuki, często nieświadome pochodzenia swoich przodków. Utracony potencjał polskiej inteligencji, wywożonej w 1940 roku przez NKWD, okazał się dla Polski nie do odzyskania.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA