fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

400 Rumunów

Wikimedia
Istnieją pytania, na które nie znajdziemy kategorycznej odpowiedzi, choćbyśmy przewertowali wszystkie dokumenty świata.

Nigdy się nie dowiemy, czy tylko polski parawan dzielił Europę od powszechnej pożogi? Czy Zachód naprawdę był beczką benzyny gotową na iskrę z kopyt bolszewickiej konnicy? Może rzekomy potencjał światowej rewolucji był tylko emanacją toczonego syfilisem mózgu Lenina?

Wojna polsko-bolszewicka zaczęła się w lutym 1919 r. od trochę zapomnianej bitwy pod Mostami. Wracające z Rosji niemieckie oddziały stanowiły – jak zwykły ujmować sądy kryminalne, „wspólnie i w porozumieniu" – forpocztę ciągnącej za nimi Armii Czerwonej. Garstce polskich batalionów udało się ją powstrzymać, ale nie mamy jasności, co mogli zrobić niemieccy żołnierze po wspólnym z krasnoarmiejcami dotarciu do Prus. Powstrzymaliby bolszewików czy sami wywieszaliby czerwone chorągwie?

Popłoch, jaki w zachodnim establishmencie wywołała rewolucja w Rosji, sugerował, że będzie to wojna co najmniej europejsko-bolszewicka, jeśli nie światowa. Wszelako nic podobnego się nie zdarzyło. Ta wojna była naprawdę polsko-bolszewicka, a w pewnych aspektach wręcz polsko-europejska.

Gdy toczyła się bitwa pod Mostami, brytyjskie oddziały nie tylko buntowały się przeciwko służbie w Odessie czy Archangielsku, lecz odmawiały nawet wyjazdu do Francji, a dowódcy, którzy przedtem szafowali chłostą, więzieniem i plutonem egzekucyjnym, ustępowali im pola. Kulminacja wojny wywołała powszechne strajki probolszewickie w całej Europie, a Gdańsk odmówił rozładunku statków z amunicją dla polskiej armii. Przestraszone rządy klepały Polaków po plecach z takim zapałem, że w rozstrzygającym okresie wojny żołnierze mieli w ładownicach po siedem nabojów. Stąd nie ma sensu drwić ani lekceważyć legendy owych pociągów z amunicją, które w czerwcu 1920 r. przyjechały do Polski z Węgier. Zwłaszcza że niewiele brakowało, byśmy w kluczowym momencie wojny dostali z Budapesztu całkiem inne prezenty.

W listopadzie 1918 r. z rosyjskiej niewoli wrócił nad Dunaj pułkownik Sebestyén alias Béla Kun. Na Węgrzech zajmował się tym samym, co robił w Rosji od rewolucji, czyli zakładał partię komunistyczną, wypełniając misję zleconą przez Zinowiewa i Bucharina, a z błogosławieństwem samego Lenina. By sięgnąć po władzę, nie musiał nawet robić rewolucji, bo w puczu pomogła mu demokracja. Obrażony na dyktat Ententy „czerwony hrabia" Károlyi złożył dymisję z funkcji premiera i powierzył rząd socjaldemokratom. Ci postanowili się wzmocnić przez połączenie z bolszewikami Kuna, ale czerwoni prędko spacyfikowali frakcję różowych kolegów, czyniąc ich pierwszymi ofiarami węgierskiego komunizmu – na dowód, że naiwność w polityce zawsze podlega karze.

Po wyborczej farsie, z głosowaniem na jedną listę i pozbawieniem głosu księży oraz innych krwiopijców państwo przejęło majątki ziemskie i dwory, a w zasadzie wszystko, czego właściciele nie zdążyli ochronić – od kont bankowych po książki i kolekcje znaczków pocztowych. Uspołeczniono nawet łazienki w prywatnych mieszkaniach, by proletariusze także mogli zażywać kąpieli. Mimo racjonowania żywności w rolniczym kraju zagościł głód, a szalony druk pieniędzy pozbawił je wszelkiej wartości. Po Węgrzech krążył obwoźny trybunał ludowy, wyposażony w zawodowego kata, oraz szwadrony śmierci „chłopców Lenina" w skórzanych kurtkach, mordujący w dowolny, a zazwyczaj bestialski sposób.

Co więcej, Kun zorganizował 60-tysięczną Armię Czerwoną, która w czerwcu 1919 r. odzyskała Słowację, montując w Preszowie Słowacką Republikę Rad. Gdyby Lenin miał wówczas wolną głowę i siły, jego konnica mogła wejść w czerwony Wiedeń jak w masło, zapewne witana kwiatami, gdy Polska graniczyła z bolszewikami całą południową granicą.

Szczęśliwie Kun popełnił błąd, atakując Rumunię, ci zaś skorzystali z okazji do rewanżu za okupację Bukaresztu. 4 sierpnia 1919 r. zaledwie 400 rumuńskich żołnierzy, odzianych w ubrania cywilne i przypadkowe części uniformów różnych armii, zdobyło Budapeszt. Żeby jakoś godnie wyglądać, paradę zwycięstwa odbyli w węgierskich mundurach wyciągniętych ze zdobycznych magazynów wojskowych. Niemniej to dzięki nim regent Horthy mógł wysłać do Polski wagony z amunicją i częściami zapasowymi broni. Paradoks zechciał, że transport mógł się odbyć tylko przez terytorium Rumunii, ponieważ Czechosłowacja, będąca niemal protektoratem jakże przyjaznej nam Francji, stanowczo odmówiła pociągom prawa przejazdu.

Tylko europejscy specjaliści od nawozów i świata wciąż się dziwią niezrozumiałej na Zachodzie odporności Polaków i Węgrów na postępowe projekty społeczne.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA