fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Mit o polskich Kresach Wschodnich

Czesław Miłosz, tworząc „Dolinę Issy”, wybrał stylistykę gawędy szlacheckiej. Tadeusz Konwicki, który podjął się ekranizacji książki, trafnie ukazał ducha ówczesnych Kresów.
EAST NEWS
Kresy to kraina geograficzna, historyczna i bez wątpienia literacka. Przede wszystkim to jednak mit: bardzo polski, wciąż żywy i boleśnie współczesny.

Jest zapewne jakaś prawidłowość w tym, że Kresy, kraina najsilniej zmitologizowana w polskich wyobrażeniach zbiorowych, matecznik legend narodowych i istotny składnik polskiej tożsamości, wymykają się wciąż jednoznacznej definicji. W najprostszym zatem, potocznie stosowanym ujęciu Kresy to dawne wschodnie ziemie przedrozbiorowej Rzeczypospolitej, ostatecznie i niemal w całości utracone po II wojnie światowej, a samo określenie postrzegane jest jako wiekowe, podobnie jak od wieków wpisana w dzieje Polski miałaby być jego treść. Tymczasem pojęcie jest stosunkowo świeże, oczywiście w skali historycznej, zmieniał się też zasięg odpowiadającego mu terytorium.

Pierwsze przywołanie tak rozumianych Kresów na kartach literatury polskiej – a to literatura w największym stopniu ukształtowała mit kresowy – znaleźć można dopiero w wydanym w całości w 1855 r. „Mohorcie. Rapsodzie rycerskim" Wincentego Pola. W objaśnieniach do utworu, który przynosił inspirujący potem pisarzy przez dekady wizerunek niezłomnego szlachcica-wojownika, autor tłumaczył, że „Kresy oznaczały tedy w istocie linię wojskowego pogranicza od Kozaczyzny i Ordy tatarskiej, siedzących podówczas jeszcze na ujściu Dniepru i na dolnym Dniestrze". Kresowe były więc dla późnego romantyka ziemie ukrainne, Litwy natomiast do nich nie zaliczał. Do tak wykreślonego obszaru odwoływała się „Encyklopedia Powszechna" Samuela Orgelbranda, wydawana od 1859 r., uznawana za pierwsze tego rodzaju dzieło w języku polskim, a także niektóre z publikowanych w XIX stuleciu wydawnictw leksykograficznych.

Zasięg Kresów jako kategorii mentalnej rozszerzał się od początków XX w., gdy Polacy poczęli śmielej marzyć o odrodzeniu własnej państwowości i gdy wraz z wybuchem I wojny oczekiwania te nabrały kształtów realnych. Nostalgia kresowa objęła wtedy nie tylko obszary, które po odzyskaniu niepodległości znalazły się w składzie odbudowanej Rzeczypospolitej, ale również te, które zyskały nowe oblicze etniczno-polityczne, a nawet połacie mocarstwowej (przynajmniej w sferze pamięci) Polski z czasów jej najdalszej ekspansji na północnym i południowym wschodzie. Po katastrofie kolejnej wojny, gdy Kresy definitywnie stały się aspektem przeszłości, w ramach ich wyobrażonych granic znalazły się również Galicja Wschodnia i cała Wileńszczyzna.

Ojczyzna szczęśliwego dzieciństwa

Nastąpiło też jeszcze jedno brzemienne przeobrażenie: ziemie kresowe przestały właściwie istnieć w polskiej świadomości jako konkretny byt geograficzny, znalazły sobie natomiast miejsce w przestrzeni symbolicznej, w postaci subiektywnie czy też raczej wspólnotowo odczuwanego przedmiotu odniesienia dla pamięci, emocji, dumy i zakorzenienia. Urosły do rangi mitu, w gruncie rzeczy ważniejszego niż jego historyczna, faktograficzna podstawa. Mityczny wymiar Kresów wygładził dziejowe koleiny. Kolejne generacje Polaków kultywowały więc obraz kresowego świata przede wszystkim jako utraconej arkadii, wyidealizowanej ojczyzny szczęśliwego dzieciństwa.

Wspomnienia Stanisława Lema z przedwojennego Lwowa, spisane w autobiograficznej opowieści „Wysoki zamek" (1966 r.) i również autobiograficzna wyprawa Tadeusza Konwickiego na przedmieścia Wilna w „Kronice wypadków miłosnych" (1974 r.), choć to przekazy literackie bardzo różne, ujawniają charakterystyczną, wspólną dla literatury wokółkresowej tonację: ciepły, pogodny, niemal dziecięcy sentyment do zachowanych w archiwach pamięci miast, ulic, punktów topograficznych, ludzi, obyczajów i zdarzeń. Nawet Czesław Miłosz, skądinąd bezkompromisowy demaskator wszelkich mitów narodowych, pisząc o Litwie, nie odrzucał całkowicie tej kojącej perspektywy. Jeśli zatem „Rodzinną Europę" uznać za nieuładzoną próbę rekonstrukcji napięć i konfliktów narodowościowych, religijnych i społecznych, rodzących się nieuchronnie w skomplikowanej mozaice żywiołów etnicznych, jaką było pogranicze polsko-litewsko-białoruskie w latach jego młodości, to już tworząc panoramę tej samej prowincji w „Dolinie Issy", wybrał przyjazną upodobaniom czytelniczym stylistykę gawędy szlacheckiej.

W micie Kresów udało się także zaskakująco bezboleśnie – przynajmniej z polskiego punktu widzenia – zawrzeć ciekawy paradoks. Z jednej bowiem strony integralną częścią tej świadomości mitycznej jest poczucie przejmowania schedy po wielokulturowej tradycji Kresów, możliwość korzystania z fascynującej i unikatowej spuścizny obszaru, na którym sąsiedzi modlili się w noszących różne nazwy świątyniach, mówili w swoich domach różnymi językami, codzienne czynności wykonywali według odmiennych wzorców, ubierali się nawet inaczej, a mimo to potrafili współistnieć. Swoistą alegorią tego malowniczego kalejdoskopu, nie tak wcale trywialną, jak mogłoby się z pozoru wydawać, są specjały polskiej kuchni: chłodnik litewski, barszcz ukraiński, pierogi ruskie i karp po żydowsku. Z drugiej strony nie można zapominać o tym, że mit ze swojej natury jest etnocentryczny, a więc jest wytworem i własnością jednego narodu (w takim sensie, w jakim mity greckie, fundamentalne dla całej kultury europejskiej, są jednak opowieściami o Grekach i uniwersum greckim).

Mit kresowy wyrósł na gruncie polskim i należy do Polaków, wspomniani wyżej sąsiedzi odgrywają swoje role w tym mitycznym widowisku, nie są to jednak role pierwszoplanowe. Walerian Meysztowicz, potomek wielkiego, ale zupełnie spolonizowanego litewskiego rodu, duchowny, pełniący poważne funkcje w rzymskiej hierarchii, emigrant czasów wojny, który nie powrócił już do Polski, w wydanych w latach 70. XX w. wspomnieniach pisał o Litwie i jej mieszkańcach: „(...) prócz nasłanych Rosjan, Litwinami byliśmy wszyscy: w pałacach, dworach i chatach; nikomu to nie przeszkadzało być Polakiem. Przynależność do dwóch narodów, stanowiących jedną Rzeczpospolitą była powszechnie przyjęta". Jeśli wziąć pod uwagę, że czasy opisywane przez Meysztowicza były zarazem okresem narodzin lub rozkwitu sąsiedzkich nacjonalizmów: litewskiego, białoruskiego i ukraińskiego (by wymienić tylko te trzy, przecież niejedyne na Kresach), owo „powszechne przyjęcie" nadrzędnej narodowości polskiej wydaje się, delikatnie rzecz ujmując, pewnym uproszczeniem. Mit kresowy, genetycznie polski, nie mógł być i wciąż nie jest do zaakceptowania przez pozostałe „uczestniczące" w nim wspólnoty narodowe. Co w niczym nie zmienia utrwalonego przez sam mit rodzimego przekonania, że Kresy i wszystko, co się z nimi wiąże, jest wszak wspólne – to znaczy polskie. Trzeba to podkreślić, gdy w obliczu prawdziwych lub rzekomych sugestii Rosji, przedstawiających Ukrainę jako łup do podziału, kwestia polskiej tęsknoty za Kresami nabiera niebezpiecznej aktualności.

Powróćmy jednak do wątku zasadniczego. Żywotność mitu kresowego dzisiaj nie podlega dyskusji, Kresy są wciąż przedmiotem debat, celem aktywności licznych stowarzyszeń, instytucji i jednostek uczestniczących w życiu publicznym, inspiracją dla twórców kultury i nurtem w programach edukacji, czyli ujmując rzecz najkrócej: znaczącym tworzywem tożsamości narodowej. Warto zatem choć najogólniej odpowiedzieć na pytanie, z jakich areałów polskiego dziedzictwa mit ten wyrósł, z jakich, poza powyższymi, składa się elementów, jakimi drogami podążał ku tej postaci, w jakiej znamy go i pielęgnujemy współcześnie.

Kraina Ducha

Na wesele w podkrakowskiej wsi, które Stanisław Wyspiański uwiecznił w kanonicznej metaforze polskich wzlotów i upadków, dramacie opatrzonym takim właśnie tytułem – „Wesele" – przybywa szereg zjaw symbolizujących narodowe uniesienia, słabości i wybory. Miejsce pierwszorzędne zajmuje wśród nich Wernyhora, legendarny dziad-lirnik, wieszczący wyzwolenie i wręczający Gospodarzowi złoty róg – ciężki od znaczeń sygnał do podjęcia ostatniej walki. Wernyhora to postać rodem z folkloru ukraińskiego, tajemniczy starzec i mędrzec, wędrujący stepowymi szlakami, by śpiewać, a swym śpiewem i grą na lirze wieszczyć przyszłość i rozbudzać narodowe namiętności. Jest przybyszem z pogranicza rzeczywistości i świata fantastycznego, nad-zmysłowego, do jego atrybutów należą magia, umiejętność czynienia cudów i jasnowidzenie. Nie wskrzesił go jednak z kozackiej opowieści Wyspiański, on tylko sięgnął do zastanego już arsenału motywów romantycznych.

To romantyzm zaczerpnął pełnymi garściami z podań i wierzeń ludowych, z wizji świata przyznającej uprawnione miejsce sferze nadprzyrodzonej, niewytłumaczalnej i przynależącej do niedostępnego w pełni człowiekowi uniwersum natury. Jednym z ważnych bodźców były Mickiewiczowskie „Ballady i romanse", oparte na pieśniach ludu, w których poeta skonfrontował szkiełko i oko oświeceniowego racjonalizmu z siłą innej prawdy – przekazywanej z pokolenia na pokolenie prawdy archaicznej wiary i mistycznego rytuału. Mickiewicz kontynuował te poszukiwania przede wszystkim w „Dziadach", podnosząc obrzęd święta zmarłych do rangi teatru narodowego. Szukali właściwego języka na nazwanie nienazwanego Słowacki i Krasiński, ale by wyrwać się z tego wieszczego kręgu, należy oddać głos nieco mniej pomnikowemu poecie Antoniemu Malczewskiemu. W powieści poetyckiej „Maria" Malczewski chyba najlepiej skondensował wkład nurtu romantycznego w kształtowanie mitu kresowego, zapisując zapamiętane przez nas pewnie jeszcze ze szkoły wersy: „I jak strzała schylony na wysokiej kuli,/ Czai się zwinny kozak, do konia się tuli;/ I przez puste bezdroża król pustyni rusza –/ A step – koń – kozak – ciemność – jedna dzika dusza", i ten czterowiersz również z początkowych fragmentów utworu: „Dzika muzyka – dziksze jeszcze do niej słowa,/ Które Duch dawnej Polski potomności chowa –/ A gdy cały ich zaszczyt, krzaczek polnej róży,/ Ah! czyjeż serce, czyje, w żalu się nie nuży?". I tak docieramy do sedna, czyli do ducha narodowego, czy też precyzyjniej: Ducha pisanego wielką literą.

Polski romantyzm rozwijał się w specyficznej sytuacji. Podczas gdy jego europejskie odpowiedniki wytyczyły nowy kierunek w dziejach literatury i dołączyły do pozostałych w przestrzeni działań artystycznych, nie zakłócając jednak w drastyczny sposób postępu skupionej na zmianach społecznych i rozwoju gospodarczym oraz naukowym europejskiej cywilizacji mieszczańskiej, w Polsce nurt ten musiał udźwignąć znacznie cięższe brzemię. Naród bez państwa, bez możliwości normalnego budowania zaplecza ekonomicznego i zdobywania wiedzy koniecznej do rozwijania się, zastygły w żałobie po Rzeczypospolitej Obojga Narodów, od dawna słabej i pogrążonej w chaosie, niemniej własnej, z wystąpienia kresowych głównie literatów, a w każdym razie kresową tematyką zafascynowanych, uczynił drogowskaz i manifest świadomości bycia narodem. Byłoby ogromną przesadą twierdzić, że romantyzm wykreował polską tożsamość, bo pojęcie narodu nie było przecież dla Polaków ani nowe, ani niezrozumiałe. Wyposażył tylko tę tożsamość w nowy instrument, znacznie mniej uchwytny niż pełniące w innych częściach Europy funkcję fundamentów postawy pragmatyczne, mechanizmy ekonomiczne, prawa i przywileje obywatelskie oraz procesy polityczne. Wyposażył ją w Ducha. Nie odważę się tutaj definiować tej kategorii, niech to uczynią gdzie indziej mądrzejsi i lepiej do tego przygotowani. Powiem tylko, że z apoteozy Ducha narodowego wyrastały idee kolejnych powstań, graniczące z rozpaczą umiłowanie wielkiej przeszłości i świętej tradycji, a w końcu pewność, że polskość jest wartością samą w sobie, choć niekoniecznie właśnie tak trzeba interpretować słowa jeszcze jednego romantyka, że „ojczyzna to wielki zbiorowy obowiązek".

Niejeden raz obierali sobie Ducha za wroga krytycy narodowego irracjonalizmu i cechującego nas jakoby kompletnego braku wyczucia realiów politycznych. Niewątpliwie przynajmniej do pewnego stopnia mieli rację, bo tylko uwzględnienie obecności Ducha narodowego pozwala zrozumieć, dlaczego zamiast mieszczańskiej klasy średniej uformowała się w toku dziejowym Polski inteligencja z misją, dlaczego pisarz to wciąż jeszcze nie zawód, ale powołanie, dlaczego wreszcie najgłośniej spieramy się o symbole, a mecz piłki nożnej jest zarazem manifestacją patriotyczną. A Duch narodowy jest ściśle powiązany z mitem kresowym. Zapewne z tego powodu, że jest równie jak Kresy nieokreślony, że zrodził się z kresowego romantyzmu i w nostalgii za utraconym pograniczem znajdował i znajduje swój najpełniejszy wyraz (Wilno, Lwów czy choćby Nowogródek i Drohobycz jako domeny wyobraźni są w znacznie większym stopniu „uduchowione" niż na przykład Warszawa i Poznań). Ale też dlatego, że Kresy spośród polskich krain posiadają największy naddatek mistycyzmu powstającego w relacji człowieka z nieoswojonym pięknem przyrody, w poczuciu nieskrępowanej niczym wolności i w obcowaniu ze znikającą powoli dwubiegunową rzeczywistością łączącą to, co daje się poznać, z tym, co można tylko odczuć, jak w praktyce medycznej białoruskiego wiejskiego uzdrowiciela.

Nic to, strzeż rubieży!

Kto jest w wieku średnim zaawansowanym, musi pamiętać: noc nad stanicą w Chreptiowie, ogień strzela w kominku, oficerowie zadumani siedzą bez ruchu, a wachmistrz srogi Zydor Luśnia (w tej roli Gustaw Lutkiewicz) śpiewa balladę kresową „Marsie, tyś nasz pan".

Bardzo istotną warstwą mitycznego wymiaru Kresów Wschodnich jest heroiczny obraz ziem kresowych. Kresy faktycznie stanowiły wschodnią rubież chrześcijańskiej Europy. Na Rzeczypospolitej spoczywał ciężar powstrzymywania naporu tureckiego i tatarskiego. Co więcej, gdy nawet w stosunkach z ordą i sułtanem panował chwilowy spokój, na ziemiach kresowych nie zapominano o zagrożeniu ze strony Moskwy lub Kozaków. W rezultacie wojna była na stałe wpisana w krajobraz kresowy. Taki stan rzeczy przynosił Kresom ogromne zniszczenia i straty ludzkie, zarazem jednak utrwalał w oczach Europy wizerunek przedmurza chrześcijaństwa, w Polsce zaś przyczyniał się do ugruntowania legendy bohaterskiej polskiego rycerstwa.

Mit kresowy spajał się tu z mitem sarmackim: na kresowych bezdrożach wykuwała się sława niepokonanego w boju żołnierza Rzeczypospolitej, obrońcy religii, króla i ojczyzny. Na Kresy wyruszali młodzi adepci sztuki wojennej w poszukiwaniu zwycięstw i łupów lub przynajmniej chwalebnej śmierci w słusznej sprawie. Dzikie Pola zdobywały swą dwuznaczną reputację ziemi niczyjej, ale zawsze spływającej krwią, przystani dla bohaterów i awanturników, areny dla hetmanów i chorągwi wojsk zaciężnych. W topografii kresowej dominowały wzniesione w strategicznie istotnych, posiadających naturalne walory obronne miejscach, potężne twierdze i małe, ale zawsze czujne stanice. Mieszkaniec Kresów był równocześnie ich strażnikiem, jego atrybutami w większym stopniu były kołpak rysi lub kapalin husarski, szabla lub koncerz niż narzędzia rolnicze.

Z Kresami wiąże się nieodłącznie legenda jeśli nie najlepszej, to na pewno najlepiej się prezentującej jazdy ówczesnej Europy – husarii. To utożsamienie skrzydlatej kawalerii ze wschodnim pograniczem miało co najmniej trzy przyczyny. Po pierwsze, na tym obszarze przede wszystkim Rzeczpospolita toczyła swoje wojny. Zagrożenie z południa, północy, a zwłaszcza z zachodu od czasu zakończenia walk z zakonem krzyżackim było niewielkie. Nawet w stuleciu najkrwawszym w przedrozbiorowej historii Polski, w XVII w., gdy kraj atakowano z różnych stron, wiele najbardziej spektakularnych bitew rozegrało się na wschodnich rubieżach. Zwycięstwa pod Kircholmem (które można zaliczyć do bitew kresowych), Kłuszynem, Cecorą czy Chocimiem zapisały się w pamięci zbiorowej mocniej niż toczone ze zmiennym szczęściem walki z lat potopu szwedzkiego. Na drugą połowę tego stulecia przypadał zresztą zmierzch legendarnej formacji.

Po drugie, geografia Kresów sprzyjała wykorzystaniu husarii. Wielkie odległości oddzielające poszczególne punkty obronne wymagały dużej mobilności wojsk, a husaria niejednokrotnie dowiodła swojej wytrzymałości i zdolności do pokonywania jednorazowo olbrzymich przestrzeni. Co równie ważne, stepowe pustkowia nadawały się idealnie do zastosowania dopracowanej do perfekcji taktyki walki. Husaria służyła do przełamywania szeregów nieprzyjaciela, co było szczególnie ważne w sytuacjach, gdy wróg miał wielokrotną przewagę liczebną – czyli w większości kampanii wschodnich. Twardy grunt stepu nie spowalniał ciężkiej jazdy, gdy przechodziła do szarży, a połacie wolnej przestrzeni umożliwiały atak w szyku luźnym, zwieranym dopiero tuż przed uderzeniem na linie przeciwnika. Jako że taktyka ta, stosowana w dogodnym terenie, owocowała minimalnymi stratami wśród jazdy i na ogół zmiażdżeniem wroga, mit kresowej husarii stał się znany w całej Europie jeszcze w czasach jej świetności i okazał się groźną bronią propagandową – najemne oddziały na służbie władców planujących wojnę z Polską wymuszały niejednokrotnie na dowódcach umowy zawierające klauzulę, która pozwalała im unikać potyczek z polską jazdą.

Po trzecie wreszcie, towarzysze husarscy byli w oczach armii zachodnich jednostką dość egzotyczną. W ich rynsztunku znalazło się wiele zapożyczeń z wyposażenia wojsk wschodnich, które w połączeniu z zamierzonym przepychem zbroi i uzbrojenia, podkreślającym status społeczny husarii, wśród cudzoziemskich obserwatorów budziły podziw i zdumienie. Guillaume le Vasseur de Beauplan, francuski inżynier wojskowy, który wiele lat spędził w Polsce, w swoich obszernych notatkach, cennym dokumencie z epoki, szkicował jeźdźców husarskich w sposób reprezentatywny dla gości z Europy Zachodniej – z pomieszaniem zachwytu i złośliwości. Jako jednak znawca sztuki wojennej przyznawał, że dodatki z pozoru ozdobne tylko i nadmiernie widowiskowe, jak proporce na kopiach, w rzeczywistości sprawdzały się znakomicie jako narzędzia walki psychologicznej. Widok skrzydeł husarskich i szarpanych pędem powietrza proporców płoszył konie nieprzyjaciół, a i dosiadających ich jeźdźców napawał lękiem.

Największym apologetą kresowego etosu rycerza był oczywiście Henryk Sienkiewicz. Znamienne jest, że akcję swojej „Trylogii" umiejscowił na obszarach kresowych. Jeśli Mickiewicza uznalibyśmy za inicjatora literackiej postaci Kresów mitycznych, Sienkiewicz byłby tym, który mit dopełnił, co nie znaczy, rzecz jasna, że obaj twórcy nie mieli licznych późniejszych kontynuatorów.

W starym dworku

Jeszcze jeden topos mityczny łączy obu tych twórców. To podniesiona niemal do rangi sacrum ciągłość tradycji. Portrety szlachty kresowej, które dał Mickiewicz w „Panu Tadeuszu", i wyidealizowany nawet za cenę anachronizmów obraz dworu szlacheckiego w Soplicowie (ale także pałacu Horeszków i kresowego zaścianka) to najtrwalsze z tworzyw, które posłużyły do budowy mitu. Niektórzy historycy przekonują nas, że w owym czasie nie było już takiej Litwy i takich Kresów. Inni każą się zastanowić, czy dzieło wieszcza, jeśli uznać je za świadectwo epoki, rzeczywiście dostarcza wzorców do naśladowania, czy też wprost przeciwnie – przekuwa w monument najbardziej niepożądane z dzisiejszej perspektywy elementy modelu kultury szlacheckiej, takie jak warcholstwo, samowola, pycha, prywata i fantazja szlachecka w jej najbardziej aspołecznym wydaniu.

Te same zarzuty z jeszcze większą mocą formułowano pod adresem Sienkiewicza. Nic zresztą dziwnego – wzór cnót męskich i rycerskich Andrzej Kmicic mógłby wprawić w zakłopotanie nawet Mickiewiczowskich bohaterów, Zagłoba oceniany według kryteriów współczesnych nadaje się raczej na pacjenta wielu poradni specjalistycznych niż na pierwszoplanową postać lektury szkolnej, a pułkownik Wołodyjowski, choć człowiek zacny i szlachetny, ginie ostatecznie zupełnie bez potrzeby i w imię abstrakcji – znawca dziejów Polski mógłby rzec tylko: nihil novi.

A przecież nie o to chodzi. Zbudowany na takich fundamentach mit Kresów przedstawia Rzeczpospolitą nie taką, jaką była w rzeczywistości, ale taką, jaką wielu chciałoby wspominać. Polskę silną, budzącą respekt, bezpieczną za solidnym murem dworu szlacheckiego i zbrojną w etos rycerski. Mówiąc najprościej: Polskę, którą można było pokochać. Jakkolwiek naiwnie brzmi ta litania, faktem jest, że Kresy mityczne zajmują wciąż w polskiej wyobraźni miejsce ważne i szczególne, i nic nie wskazuje na to, aby jakiś pierwiastek aktualnej rzeczywistości mógł je stamtąd wyprzeć i zastąpić. Mit kresowy jest nieuchronnym jarzmem każdego, kto dorasta w kręgu kultury polskiej, wrasta w pamięć i świadomość już na wczesnym etapie wychowania szkolnego i domowego, jest źródłem sprzeczności i konfliktów wewnętrznych i zewnętrznych, nie ma też sposobu, aby się od niego uwolnić, chyba że od początku zacząć zupełnie gdzie indziej i z innych książek uczyć się czytać. I nieunikniony, co widzimy na co dzień w polskiej rzeczywistości społecznej, politycznej i kulturalnej, jest też wybór, przed którym stajemy: czy widzieć w tym kresowym dziedzictwie – oddajmy znowu głos cytowanemu już mistrzowi słowa Norwidowi – dowód na to, że „jesteśmy żadnym społeczeństwem", czy też zobaczyć w nim „na dnie popiołu gwiaździsty dyjament".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA