fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Jerzy Bińczycki. Chwytał widzów za serce

Kadr z filmu „Znachor” (1982) w reż. Jerzego Hoffmana. W tytułowej roli: Jerzy Bińczycki
inplus/east
Jerzy Bińczycki miał niezwykły dar: grane przez niego postaci poruszały do głębi. Umiał pokazać prawdę o człowieku – skrywane pragnienia, zmaganie się z codziennością, ludzką siłę i słabość, życiową mądrość i pogodzenie z losem.

Wreszcie postanowiłam napisać o jednym z najważniejszych dla mnie samej aktorów. To między innymi kreowane przez Jerzego Bińczyckiego postaci ukształtowały we mnie wiarę w człowieka, który bez względu na okoliczności zachowuje swą godność, ma w sobie ogromne pokłady dobroci, a jednocześnie pokory wobec przeciwności losu, swój talent, wiedzę i umiejętności wykorzystuje do tego, by nieść pomoc innym, dostrzega piękno w Naturze, ale i w drugim człowieku, umie cieszyć się życiem, choć często zmaga się z ludzkimi słabościami – nic nie jest mu obce. Takim widzimy go choćby w „Znachorze" (1982 r., reż. Jerzy Hoffman). Jego profesor Rafał Wilczur, który przeistacza się w prostego Antoniego Kosibę, ma głębię daleko wykraczającą poza ramy wyznaczone przez postać z powieści napisanej przez Tadeusza Dołęgę-Mostowicza w 1937 r. Może dlatego za każdym razem, gdy w telewizji natrafię na powtórkę „Znachora", oglądam ten film dla Bińczyckiego. I niezmiennie wzruszam się, gdy tytułowy bohater uświadamia sobie, kim naprawdę jest, i zwraca się do granej przez Annę Dymną postaci: „Córeczko, córeczko moja". Zarówno na filmowym ekranie, jak i na teatralnej scenie Bińczycki był przejmująco prawdziwy i wiarygodny, do bólu ludzki. Oczywiście, umiejętności przyszły wraz z wiekiem i doświadczeniem, ale, co ciekawe, Bińczycki wewnętrzną dojrzałość łączył z dużym poczuciem humoru, o czym do dziś opowiadają jego koledzy i koleżanki z teatru. Wcale nie planował zostać aktorem, tym bardziej że z natury był nieśmiały. Za to świetnie rysował i nęciła go architektura... Na szczęście los chciał inaczej.

Pół „Bagnetu na broń"

Jerzy Bińczycki urodził się w krakowskich Witkowicach 6 września 1937 r. Miał więc zaledwie dwa lata, gdy wybuchła II wojna światowa, a jego dzieciństwo przypadło na czas okupacji niemieckiej. Najmłodsi, którym udało się przetrwać do 1945 r., byli w sposób szczególny zahartowani, a jednocześnie wrażliwi na los drugiego człowieka. Po wojnie Jerzy rozpoczął naukę w Szkole Podstawowej nr 68 w Krakowie przy ul. Porzeczkowej 3. Notabene 23 kwietnia 2001 r. szkole nadano imię Jerzego Bińczyckiego. Od tej pory co roku placówka obchodzi święto patrona i organizuje „Zlot Jerzyków", na który zaprasza m.in. słynnych Jerzych z całej Polski. – Uczniowie, gdy dowiedzieli się, że Jerzy Bińczycki ukończył tę szkołę, zaproponowali, by nasza placówka nosiła jego imię. Był jednym z nas, osiągnął tak wiele i stał się wzorem i inspiracją dla młodego pokolenia. Staramy się pokazać uczniom, że to był nie tylko wybitny aktor, ale też wyjątkowy, bardzo dobry człowiek – powiedziała w rozmowie ze mną pani Maria Lachowicz-Stankiewicz, dyrektor Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 2 w Krakowie, w skład którego wchodzi Szkoła Podstawowa nr 68.

W liceum jego bliskim kolegą był Marek Walczewski, którego postanowił wesprzeć w czasie egzaminów wstępnych do krakowskiej szkoły teatralnej. Ale w efekcie... sam do nich przystąpił, mimo że zupełnie nie był przygotowany. Ponoć umiał na pamięć tylko pół wiersza „Bagnet na broń" Władysława Broniewskiego i modlił się, by tymi kilkunastoma wersami przekonać do siebie egzaminatorów. Udało się i to podwójnie – na studia dostał się także Walczewski, późniejszy Władysław Anders z „Do krwi ostatniej" czy choćby naczelnik Twardyjewicz z „Vabank II, czyli riposta". Jak mówiła w „Dobrym Tygodniu" Anna Polony, która była z nimi na jednym roku, „Binio na zewnątrz wydawał się spokojny, ale wewnątrz szalał. Miewał dziwne pomysły. Rozrabiali razem z moim byłym mężem Markiem Walczewskim. Takie dwa wariaty".

Na studiach Bińczycki przeżył pierwsze rozczarowanie miłosne – zakochał się w młodszej koleżance, filigranowej blondynce Aleksandrze Górskiej (dziś wciąż występuje, m.in. w roli babci Wielickiej w serialu „Ojciec Mateusz"). Ona jednak wybrała innego, po ukończeniu studiów wyszła bowiem za mąż za Andrzeja Szajewskiego, kolegę z Teatru Śląskiego (Szajewski uczył się wcześniej śpiewu w Konserwatorium Muzycznym i brawurowo wykonywał przedwojenne szlagiery – mógł podobać się kobietom). W 1961 r. Bińczycki ukończył Państwową Wyższą Szkołę Teatralną im. Ludwika Solskiego w Krakowie i zdobył angaż w katowickim Teatrze Śląskim. Ale miłości Aleksandry już nie odzyskał.

Był młodzieńcem przystojnym, słusznej postury, o przenikliwych oczach, w których – w zależności od sytuacji – kryła się głębia myśli lub skrzył się dowcip. Pocieszenie po zawodzie miłosnym znalazł u boku Elżbiety Willówny, koleżanki z katowickiego teatru. Choć urodziła im się córka Magdalena, to ich małżeństwo nie przetrwało próby czasu. Potem na długie lata Bińczycki zrezygnował ze stałych związków.

Uczeń Jerzego Jarockiego

W listopadzie 1961 r. na deskach Teatru Śląskiego debiutował rolą Swistunowa w Gogolowskim „Rewizorze" w reż. Mieczysława Daszewskiego. Stał się częścią świetnego zespołu, w dużej mierze składającego się z ludzi z lwowskich teatrów, których po wojnie ściągnął do Katowic Bronisław Dąbrowski: „od brygadiera sceny, maszynistów, inspicjentów, aż po reżyserów oraz aktorów, takich jak Zdzisław Hierowski, Bolesław Mierzejewski czy Halina Cieszkowska" (za: Janusz R. Kowalczyk, Kuba Kamiński „Jerzy Bińczycki, troskliwy gospodarz", rp.pl). W kolejnych latach Bińczycki szlifował swój warsztat w wielu przedstawieniach Teatru Śląskiego, choć warto dodać, że początkowo to nie były wielkie role, raczej epizody. W następnych sezonach zagrał jednak m.in. Jacka w Mickiewiczowskich „Dziadach drezdeńskich" w reżyserii Jerzego Kreczmara (1962), Gracza w „Maskaradzie" Michaiła Lermontowa w inscenizacji Romana Zawistowskiego (1962), a także w spektaklach reżyserowanych przez Jerzego Jarockiego („Frank V" Friedricha Dürrenmatta, 1962 r.; „Łaźnia" Włodzimierza Majakowskiego, 1963 r.).

To właśnie Jarocki miał ukształtować Bińczyckiego jako aktora. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej" (nr 75/31.03.05) Elżbieta Bińczycka – druga, ukochana żona, do której jeszcze powrócę – mówiła: „Jurek zawsze podkreślał, że zawodu nauczył go właśnie Jarocki, z którym pracował najpierw w Katowicach, a potem razem przenieśli się do Krakowa. Charakterystyczność, dystans do siebie, ironia, autoironia".

Bińczycki powrócił do Krakowa, gdzie dostał angaż w Starym Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej, z którym związał się na resztę życia. Już w październiku 1965 r. zagrał Jakuba w „Nie-Boskiej komedii" Zygmunta Krasińskiego w reż. Konrada Swinarskiego, a w grudniu tego samego roku wcielił się w postać Edka w „Tangu" Sławomira Mrożka w reżyserii Jerzego Jarockiego. W następnych latach otrzymywał kolejne ważne role, zwłaszcza w spektaklach przygotowywanych przez obu wyżej wymienionych reżyserów. Zdobywał coraz większą popularność, doceniali go krytycy teatralni: „A na Bińczyckiego patrzeć to prawdziwa przyjemność. Od Edwarda w »Tangu« (przez »Mniszki«, »Żegnaj Judaszu«) dostaje ten aktor role pewnego szczególnego i dość wąskiego typu, ludzi mianowicie, którym myślenie sprawia wyraźną trudność, którzy przy tej czynności muszą mocno marszczyć czoło, ale każdą z nich tworzy w dużym formacie" („Teatr" 1971, nr 17) – po premierze „Szewców" Witkacego w reżyserii Jarockiego napisał Zygmunt Greń.

O Bińczyckiego upomniało się też kino – z tego okresu warto wymienić rolę Bernarda Basisty w filmie Kazimierza Kutza „Sól ziemi czarnej" (premiera: 6 marca 1970 r.). Był już wówczas mężczyzną dojrzałym, dla którego teatr stał się najwyższą formą artystycznej ekspresji. Paradoksalnie jednak to właśnie X muza wydobyła z niego wszystko, co najlepsze, a „jego aktorstwo stało się głęboko psychologiczne", jak określiła to Elżbieta Bińczycka w cytowanym wyżej wywiadzie.

Wizerunek człowieka poczciwego

Filmową nieśmiertelność zawdzięcza Jerzemu Antczakowi, który uparł się, by to Bińczycki zagrał Bogumiła Niechcica w ekranizacji „Nocy i dni" Marii Dąbrowskiej. Film powstał w 1975 r. (dwa lata później zrealizowano serial pod tym samym tytułem) i od razu zyskał uznanie zarówno w oczach widzów, jak i krytyków, zdobywając szereg nagród i wyróżnień, m.in. nominację do Oscara, Srebrnego Niedźwiedzia dla Jadwigi Barańskiej za rolę Barbary Niechcic na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie i Złote Lwy Gdańskie na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych – w Gdańsku nagrodę dla najlepszego aktora odebrał także Bińczycki.

A przecież przekonywał reżysera, że dotychczas grał w filmach tylko epizody, że „kamera go nie lubi". Ponoć pierwszy dzień zdjęciowy wypadł tak źle, że Bińczycki chciał zwrócić ekipie pieniądze za zużytą taśmę i zrezygnować z dalszej gry. Ale Jerzy Antczak już wówczas dostrzegł potencjał drzemiący w tym potężnym mężczyźnie o smutnym spojrzeniu. Bińczycki bardzo się angażował na planie, ponoć nawet u okolicznych chłopów uczył się kosić zboże. Ten krakowski inteligent jako Bogumił Niechcic – noszący utytłane gumiaki i rozchełstaną koszulę – wypadł niezwykle wiarygodnie.

Krzysztof Demidowicz na łamach miesięcznika „Film" (6/1998) podkreślał, że Bińczycki „zrealizował w »Nocach i dniach« pewien ideał aktorski. Grając dla wielomilionowej widowni, nawiązał kontakt z pojedynczym widzem. Jego oszczędne, kameralne aktorstwo stworzyło zniewalający nastrój intymności, w którym zwłaszcza małżeńskie upokorzenia Bogumiła znalazły niebanalny wyraz. Subtelnie ukazał skryty dramat miłosnego niespełnienia Niechcica, który chciał i potrafił kochać namiętnie, lecz przez długie lata skazany był na lekceważenie ze strony Barbary". Stworzył przekonujący wizerunek człowieka poczciwego, niepozbawionego wad i słabości, ale w gruncie rzeczy przepełnionego dobrocią. Podobną postać zagrał we wspomnianym „Znachorze" (1982) – to jedna z jego najwybitniejszych ról filmowych.

Szczęście po czterdziestce

Początek lat 80. okazał się dla Bińczyckiego niezwykle ważny. To wówczas spotkał miłość swojego życia – młodszą od siebie o 17 lat teatrolożkę Elżbietę, z domu Godorowską, która początkowo chciała tylko przeprowadzić z podziwianym przez siebie aktorem wywiad, a wkrótce została jego żoną. Nadal chętnie oglądała męża na teatralnej scenie. W przywoływanym już wywiadzie powiedziała: „Świetnie pamiętam »Mord w katedrze«, też dlatego, że na dwa tygodnie przed premierą urodził się nam syn (Jan – przyp. A.N.). No i niezwykłe okoliczności: stan wojenny, spektakl grany w katedrze na Wawelu, wielka życzliwość infułata Czartoryskiego, który udostępnił katedrę i oryginalne, zabytkowe szaty liturgiczne. Jurek miał bardzo dużą głowę i pasowała na niego tylko tiara biskupia z XVII w. Grał z pastorałem Karola Wojtyły i to było dla niego wielkim przeżyciem".

Elżbieta okazała się wspaniałą partnerką dla Bińczyckiego, rozumiejącą i akceptującą jego podejście do wykonywanego zawodu, o którym on sam tak opowiadał: „Aktorstwo jest jednym z tych zawodów, w których zawsze chce się pracować, niezależnie od zmęczenia, stanu ducha i kondycji. Mamy w sobie od lat zakorzeniony obowiązek służenia publiczności" (za: Janusz R. Kowalczyk, Kuba Kamiński; op. cit.). Oczywiście, nie samą pracą żyje człowiek. Jak zatem Jerzy Bińczycki najchętniej odpoczywał? W młodości zazwyczaj z grupą przyjaciół grał godzinami w pokera, natomiast jako dojrzały mężczyzna skupił się na życiu rodzinnym, a jego pasją stał się ogród. Raz jeszcze przywołajmy wypowiedź pani Elżbiety Bińczyckiej: „W komponowaniu ogrodu widać było jego poczucie estetyki, tak samo w domu nad morzem, który sam wymyślił i dużo rzeczy sam zrobił. Tam też był ogród, z warzywnikiem skomponowanym kolorystycznie. W Krakowie były kwiaty wiosenne i jesienne, a letnie – nad morzem. Nad morzem najlepiej udawały się dynie, Jurek dostał nawet za nie nagrodę na wystawie rolniczej".

Na pewno nie był nudziarzem. Choć rzadko się odzywał, to często potrafił rozbawić towarzystwo, miał szczególne poczucie humoru. Jerzy Stuhr tak go wspominał: „Był przede wszystkim człowiekiem niezwykle dowcipnym. Czasem był to żart złośliwy, ale zawsze inteligentny, naprawdę na wysokim poziomie". Z kolei Jerzy Trela podkreślał, że „Bińczycki to był przede wszystkim wspaniały, zaskakująco życzliwy człowiek. Uosobienie dobra. A że lubił robić psikusy? To był zawsze z jego strony dowcip ciepły, a jeśli złośliwy, to po to tylko, aby kogoś pouczyć. Poza tym potrafił śmiać się również z siebie". Jerzy Fedorowicz potwierdził tę opinię: „Nie poznałem chyba w całym życiu drugiej osoby tak pełnej poczucia humoru jak Binio. Wszyscy go uwielbiali, był takim liderem paczki aktorów. Organizował suto zakrapiane alkoholem wyjścia. Kiedy podróżowaliśmy za granicę, zawsze wymyślał w autokarze jakieś performance. Na przykład taką psychodramę, podczas której udawaliśmy, że jesteśmy w sądzie. (...) Binio to był też życzliwy człowiek, który zawsze pomagał młodszym, mniej doświadczonym kolegom, »upychał« ich do filmów. Ja też wiele w tym względzie mu zawdzięczam" (cytaty pochodzą z: Maria Mazurek, „Psikusy wielkiego Binia", „Gazeta Krakowska", nr 93/20–21.04).

W Starym Teatrze i na ekranie

Wróćmy jednak do zawodowych osiągnięć Jerzego Bińczyckiego. W latach 80. miał już ugruntowaną pozycję aktora wybitnego i powszechnie cenionego. Wypracował wówczas w sobie tę charakterystyczną duchową głębię. Po obejrzeniu przedstawienia „Mord w katedrze" Thomasa Stearnsa Eliota, w reżyserii Jerzego Jarockiego, Bronisław Mamoń napisał m.in.: „Tomasza Becketa zagrał (...) z dużym zaangażowaniem wewnętrznym i prostotą środków ekspresji. Zwalisty, powolny w ruchach, oszczędny w gestach, skupiony od środka" („Tygodnik Powszechny" 21/1982). Podobnie rzecz się miała z odbiorem jego króla Filipa w „Don Carlosie" Fryderyka Schillera w reżyserii Laco Adamika (1984). W 43. numerze „Życia Literackiego" Bożena Winnicka tak wypowiedziała się o interpretacji Bińczyckiego: „Nie ma w nim ani religijnego fanatyzmu, ani tyrana pławiącego się w okrucieństwie. Gra despotę, ale despotę mądrego, dla którego dobro państwa jest sprawą nadrzędną. Jest w nim powaga, rozum i duchowa dojrzałość".

W kolejnych latach publiczność Starego Teatru mogła go podziwiać w klasycznym repertuarze. „Był m.in. Agamemnonem w »Orestei« Ajschylosa w reżyserii Zygmunta Hübnera (1982), Basiliem w »Życie jest snem« Calderona de la Barca w reżyserii Jarockiego (1983), Terezjaszem w głośnej Wajdowskiej inscenizacji »Antygony« (1984) oraz Poloniuszem w »Hamlecie (IV)« Williama Szekspira także w reżyserii Wajdy (1989)" (za: Culture.pl, sylwetka aktora). Na początku lat 90. grał w sztukach będących adaptacją dzieł polskich autorów, m.in. Słowackiego, Fredry, Wyspiańskiego i Witkacego.

Jerzy Bińczycki wystąpił również w ponad 20 Teatrach Telewizji, a w Starym Teatrze podejmował się także reżyserii. Wystawił „Oświadczyny" i „Niedźwiedzia" Antoniego Czechowa (1975), „Queen Mary" Charles'a Dyera (1979) oraz „Śluby panieńskie" Aleksandra Fredry (1996). Spośród filmów z lat 90., w których zagrał, warto wymienić „Ucieczkę z kina Wolność" (1990) Wojciecha Marczewskiego i „Ferdydurke" (1991) Jerzego Skolimowskiego. Jednak w pamięć widzów najbardziej zapadła jego rola Macieja Królika-Rózeczki w Wajdowskiej ekranizacji „Pana Tadeusza" Adama Mickiewicza. Film – długo montowany – premierę miał 22 października 1999 r. Ponad rok wcześniej, 2 października 1998 r., Jerzy Bińczycki zmarł na zawał serca. Ten wybitny aktor został pochowany na cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

A przecież cztery miesiące przed śmiercią został dyrektorem Starego Teatru. Miał zaledwie 61 lat, snuł więc dalekosiężne plany, intensywnie zabrał się do pracy. Pod koniec września 1998 r., z okazji 10-lecia pierwszej w Krakowie transplantacji serca i olimpiady osób po przeszczepach, po raz ostatni wystąpił na scenie ukochanego teatru. Recytował wiersz Wisławy Szymborskiej „Do serca w niedzielę": „Dziękuję ci, serce moje,/ że nie marudzisz, że się uwijasz/ bez pochlebstw, bez nagrody,/ z wrodzonej pilności./ Masz siedemdziesiąt zasług na minutę./ Każdy twój skurcz/ jest jak zepchnięcie łodzi/ na pełne morze/ w podróż dookoła świata...". Kilka dni później Jerzy Bińczycki wyruszył w wieczną podróż, a wielbicielom jego aktorstwa pozostały wspomnienia i telewizyjne powtórki najlepszych ról.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA