fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Pozdrowienia z krwawych wakacji w ZSRR

W nocy 4 czerwca 1989 r. w zderzeniu dwóch pociągów na 1710. km Magistrali Transsyberyjskiej na miejscu zginęło 250 osób, kolejne 320 zmarło w szpitalach, a ponad 400 zostało kalekami do końca życia
Wikipedia
To artykuł raczej dla miłośników horrorów niż osób o słabych nerwach. Setki zabitych i rannych. Życiorysy złamane fizycznym kalectwem oraz psychiczną traumą. Taki był efekt wakacyjnych katastrof, które dotknęły ZSRR w latach 80. XX w.

Dlaczego relaks proletariuszy i kołchoźników zamienił się w koszmar? Zacznijmy od tego, że urlop w ZSRR należał do towarów deficytowych. Komunistyczna gospodarka słynęła z wiecznych niedoborów, które rozciągały się także na sferę wypoczynku. Niedostatki kumulowała polityka ówczesnego Kremla.

Teoretycznie władza deklarowała troskę o wszystkich obywateli, ale w praktyce inwestowała większość środków w zbrojenia. Pieniędzy na wypoczynek w godziwych warunkach po prostu nie wystarczało. W związku z tym putiowkę, czyli urlopowe skierowanie do kurortów, otrzymywała jedynie partyjna nomenklatura i wybrani przodownicy pracy. Pozostała część społeczeństwa była traktowana jak obywatele drugiej kategorii. Na dodatek w latach 80. XX w. nad radzieckim wypoczynkiem zawisły burzowe chmury. Ekonomiczna niewydolność połączona z technicznym zacofaniem wywołała niebezpieczną zapaść infrastruktury. Jej tragiczne następstwa wzmacniał bolszewicki bałagan.

Rejsy śmierci

Wobec istnienia żelaznej kurtyny oddzielającej ZSRR od reszty świata szczytem urlopowych marzeń był rejs po Wołdze. Nielicznym szczęśliwcom chodziło tyleż o interesującą podróż, co o luksus niedostępny szaremu obywatelowi. Spełnieniem oczekiwań był wycieczkowiec „Aleksander Suworow". Podobnie jak siedem bliźniaczych jednostek został wybudowany w połowie lat 70. przez czechosłowackie stocznie, które zadbały o najwyższy standard. Komfort zapewniały kabiny z własnymi toaletami, bar, restauracja z dansingiem, solarium i kino. Łącznie na czterech pokładach wypoczywało 340 pasażerów obsługiwanych przez 75 osób załogi.

Feralny rejs z Rostowa do Moskwy rozpoczął się 1 czerwca 1983 r. Na pokładzie znaleźli się donbascy górnicy – była to forma wyróżnienia za wydajną pracę. W piątej dobie wycieczki na statku panowała beztroska atmosfera. Następnego dnia zaplanowano plażowe lenistwo i degustację ryb, z których słynie Wołga. Dlatego po kolacji większość pasażerów udała się na czwarty, częściowo odkryty pokład rozrywkowy. Wiele górniczych rodzin bawiło się na dansingu, inne oglądały film w sali kinowej. Pozostali podziwiali nocne światła mijanego właśnie Uljanowska, miasta Włodzimierza Lenina (Uljanowa). Właściwie tylko osoby z małymi dziećmi lub w starszym wieku zdecydowały się na powrót do kabin sypialnych.

Na mostku kapitańskim czuwali starszy oficer i doświadczony sternik. Dochodziła godzina 23, gdy śpiących obudził wstrząs i zgrzyt metalu. Ciekawscy usiłowali dostać się na najwyższy pokład, aby poznać przyczynę hałasów. Nie zdołali, ponieważ schody były śliskie od spływającej potokami krwi. Nieliczni, którym mimo to udało się wspiąć na górę, doznali szoku. Najwyższego pokładu po prostu nie było. Zniknęły: mostek kapitański, restauracja, dansing i sala kinowa. Na ich miejscu rozpętało się piekło. Zmiażdżone konstrukcje stalowe były zmieszane z tonami węgla, drewnianymi balami i masą zboża. Lecz największy wstrząs wywołało bezładne kłębowisko ludzkich kadłubów oraz oderwanych kończyn. Pewien górnik, który usiłował przyjść z pomocą rannym, zapamiętał młodą dziewczynę bez nóg. Innemu rzuciła się w oczy oderwana głowa kobiety. Po jej włosach spływała woda mieszająca się z krwią innych ofiar. Ze względu na panujące ciemności wszyscy zadawali sobie dramatyczne pytanie: co się stało?

Winnym okazał się most Imperatorski, który od 1916 r. przecinał Wołgę szeroką w tym miejscu na trzy kilometry. W latach 50. XX w. przeszedł modernizację i do istniejącego wcześniej toru kolejowego dobudowano jezdnię samochodową. Cała konstrukcja opierała się na kilkudziesięciu filarach, pomiędzy którymi znajdował się tor wodny wykorzystywany przez statki i barki. Osobliwością rzeki w Uljanowsku był jednak specyficzny nurt, dlatego wszyscy nawigatorzy wiedzieli, że most należy mijać pomiędzy trzecim i czwartym przęsłem, licząc od prawego brzegu. Tymczasem czuwający oficer wraz ze sternikiem poprowadzili „Aleksandra Suworowa" o dwa przęsła dalej. Dlaczego, skoro obaj płynęli trasą już 18. raz? Tego już się nie dowiemy, ponieważ obaj zginęli. Natomiast z późniejszych zeznań świadków wynikało, że na kilka minut przed wypadkiem obaj byli pogrążeni w lekturze powieści sensacyjnych wypożyczonych z pokładowej biblioteki.

Z punktu widzenia ofiar ważniejszy był przebieg katastrofy. Statek uderzył w most z szybkością 25 km/h, dlatego siłą inercji przepłynął jeszcze 300 m. To wystarczyło, aby konstrukcja mostu sprasowała wszystkie pomieszczenia czwartego pokładu wraz ze znajdującymi się w nich ludźmi. Całość zadziałała jak upiorny blender. To jeszcze nie był koniec nieszczęścia, ponieważ siła kolizji była tak wielka, że przesunęła tor kolejowy o pół metra. Pech chciał, że w tym samym czasie mostem przejeżdżał ciężki pociąg towarowy, w którym wykoleiło się 11 z 56 wagonów. Na statek posypały się tony węgla, drewna i ziarna, które dokończyły dzieło zniszczenia. Katastrofa nabrałaby iście apokaliptycznego wymiaru, gdyby nie przypadek. Wykolejona cysterna z benzyną zatrzymała się na zniszczonym fragmencie mostu, zawisając nad statkiem. Gdyby spadła na pokład i wybuchła, nie ocalałby nikt.

Oficjalnie zginęły 174 osoby, z tego 114 na miejscu, a 60 umarło w okolicznych szpitalach. Mimo podjęcia natychmiastowej akcji większości rannych nie udało się uratować ze względu na rozległe obrażenia. Ze wspomnień chirurgów wyłania się obraz bezustannego cięcia i szycia ludzkich szczątków, a przede wszystkim porwanych ran zanieczyszczonych ziarnem i miałem węglowym. Zresztą prawdziwej liczby ofiar także nigdy nie poznamy. Na rozkaz Moskwy, która pragnęła ukryć rozmiary tragedii, Uljanowsk został odcięty od reszty kraju. Wiadomo jedynie, że Wołga wyrzucała fragmenty ciał jeszcze przez kilka tygodni, i to w odległości 100 km od miejsca wypadku.

Komisja śledcza uznała za winnego kapitana statku, którego na 15 lat zesłano do łagru. Jednak za kardynalną okoliczność prowadzącą do katastrofy uznano brak oświetlenia mostu, co uniemożliwiło prawidłowe odczytanie toru wodnego. Istnieje także hipoteza, że zaczytany sternik wziął budkę mostowego dozorcy za prostokątny znak oznaczający przęsło, pod którym należało płynąć.

Czy wyciągnięto wnioski na przyszłość? Chyba nie, skoro 31 sierpnia 1986 r. wydarzyła się morska katastrofa, która zyskała miano „radzieckiego Titanica". Wydarzeniu należy się osobny artykuł, odnotujmy tylko, że chodziło o zderzenie pasażerskiego liniowca „Admirał Nachimow" i masowca „Piotr Wasiew". Wycieczkowiec odbywał rejs trasą Odessa–Batumi, przewożąc 1243 urlopowiczów i członków załogi. Do kolizji doszło na redzie portu Noworosyjsk, a na jej skutek „Admirał Nachimow" zatonął w 8 minut. Oficjalnie zginęło 426 pasażerów, lecz bilans może być wyższy nawet o 200 osób. Jednostka była pełna krewnych personelu i pasażerów przemyconych w zmian za łapówki. Choć śledztwo wskazało na błędy obu kapitanów, prawdziwym winowajcą okazał się dyżurny portu. Pijany złamał reguły bezpieczeństwa, wyznaczając kolizyjny kurs. Jednak nie tłumaczy to zadziwiającej szybkości zatonięcia liniowca.

„Admirał Nachimow" był jeszcze wojennym łupem ZSRR. Został zwodowany w odległym 1925 r. i pod nazwą „Berlin" pływał we flocie III Rzeszy również jako wycieczkowiec dla ludu. Po wybuchu wojny zamienił się w wojskowy transportowiec, ale w 1945 r. zatonął na minie. Podniesiony z dna Bałtyku i wyremontowany na lata przeobraził się w perłę radzieckiej floty pasażerskiej. Tyle że w 1986 r. kompletnie nie nadawał się do eksploatacji. W skorodowanym poszyciu brakowało tysięcy nitów, a automatyczne, wodoszczelne grodzie bezpieczeństwa trzeba było domykać ręcznie przy użyciu łomów. To dlatego przegniły korpus nie wytrzymał zderzenia i został rozdarty na powierzchni 80 metrów kwadratowych. Reszty dokonały masy wody, które wdarły się do wnętrza. Nie był to koniec wakacyjnych nieszczęść upadającego imperium.

Kolejowa Hiroszima

„Obudziłam się, gdy wszystko wokół płonęło. Niczym w koszmarnym śnie widziałam, jak pali się i odchodzi od kości poparzona skóra mojej własnej ręki. Pod nogami pełzło ogarnięte płomieniami dziecko, wprost na mnie po omacku szedł żołnierz, któremu ogień wypalił oczy. Kobieta obok bez skutku gasiła swoje włosy. W wagonie nie było już drzwi, okien i dachu. Zresztą nie było także wagonu". Tak brzmią wspomnienia kobiety ocalałej z bodaj największej katastrofy kolejowej w historii. Co więcej, była to tragedia, która nie powinna się wydarzyć.

Sezon urlopowy 1989 r. nabierał dopiero obrotów. 2 czerwca z Nowosybirska wyruszył wakacyjny pociąg nr 211. W 20 wagonach wiózł syberyjskich i uralskich urlopowiczów do położonego nad Morzem Czarnym kaukaskiego kurortu Adler. W odwrotnym kierunku wyruszył 18-wagonowy skład nr 212 przewożący kuracjuszy, którzy już nacieszyli się słońcem. Po dwóch dobach podróży, a więc 4 czerwca o godzinie 1.14 w nocy, oba pociągi mijały się na 1710. kilometrze Magistrali Transsyberyjskiej. Wtedy nastąpił potworny wybuch. Jak później ustalono, miał siłę 300 ton trotylu, co równało się eksplozji taktycznego ładunku jądrowego. W chwili nieszczęścia pasażerowie obu składów spali i wielu z nich nigdy się nie obudziło. Może na szczęście, bo 11 wagonów uległo wykolejeniu, siedem po prostu wyparowało, a reszta wypalonych w środku składów została odrzucona przez wybuch w formie upiornej cięciwy. Temperatura, która sięgnęła 1000 stopni Celsjusza, stopiła nawet szyny, a ich ocalałe fragmenty były skręcone w koszmarne węzły.

Na ratunek rzucili się mieszkańcy pobliskiego kołchozu, ale niewiele mogli pomóc. Wspominali, że nad miejscem katastrofy unosił się zbiorowy krzyk bólu setek ludzi płonących żywcem. Męczeńską śmiercią zginęły całe rodziny oraz szkolne klasy wraz z wychowawcami, które jechały na obozy pionierskie. Urlop w Adler był nagrodą za całoroczne wyniki w pracy i nauce. Z 1370 pasażerów obu pociągów w eksplozji zginęło 250. Kolejne 320 osób umarło w szpitalach od niewyobrażalnych poparzeń. Ponad 400 nieszczęśników zostało kalekami do końca życia. Najgorsze, że wśród zabitych znalazło się 180 dzieci. Choć ich mogło być więcej, gdyż wykupione miejscówki nie obejmowały najmłodszych do piątego roku życia. Co było przyczyną dramatu?

Najkrócej rzecz ujmując, komunistyczne niedbalstwo. W 1984 r. zakończyła się budowa przeszło 200-kilometrowego rurociągu Syberia–Ural–Powołże, którym planowano dostawy ropy naftowej. Później Moskwa zmieniła jego przeznaczenie na gazociąg. Technologia obliczona na wysokie ciśnienia miała gwarantować bezpieczeństwo. Tyle że inwestycja była nieprawidłowo wykonana. Właśnie z powodu groźby rozszczelnienia gazociąg nie mógł biec zbyt blisko ludzkich osiedli. Dlatego w 1985 r. pewne odcinki rur wykopano i ułożono ponownie, tym razem wzdłuż Magistrali Transsyberyjskiej. Zrobiono to jednak tak niedbale, że ciężkie maszyny uszkodziły fragment leżący 900 metrów od torów kolejowych. Przez cztery lata eksploatacji rurociąg uległ rozhermetyzowaniu i przez stale powiększającą się wyrwę gaz wydostawał się na powierzchnię. Kolejarze niejeden raz sygnalizowali niepokojący zapach propanu-butanu unoszący się nad feralnym odcinkiem. Tymczasem operator rurociągu nie usunął usterki, a w dodatku z powodu zbyt niskiego ciśnienia zwiększył dopływ paliwa. I tak za sprawą ukształtowania terenu wokół 1710. kilometra powstało gazowe jezioro, które eksplodowało 4 czerwca 1989 r. Od czego, tego już nie ustalono. Czy była to przypadkowa iskra z pantografu czy niedopałek papierosa wyrzucony za okno, nie ma najmniejszego znaczenia. Choć skala katastrofy mogła być mniejsza, bo zgodnie z rozkładem pociągi nie miały prawa spotkać się w tym miejscu. Zawinił przypadek: skład jadący z Adler miał wcześniej nieplanowany postój z powodu kobiety, u której zaczął się poród.

Ku przestrodze potencjalnym turystom odwiedzającym dzisiejszą Rosję warto przytoczyć gorzki cytat z dziennika „Kommiersant": „jeśli toniemy, to setkami, jeśli płoniemy, to całymi wsiami". Tak brzmiała refleksja nad katastrofą wycieczkowca „Bułgaria", która wydarzyła się w 2011 r. Z powodu nadmiernej liczby osób na pokładzie statek zatonął wraz z setką pasażerów. Wynika z tego, że we współczesnej Rosji nie zmieniło się nic. A może jest jeszcze gorzej niż w ZSRR. Do lekceważenia zasad bezpieczeństwa i niezmiennie fatalnego stanu infrastruktury wypoczynkowej dołączyła kolejna śmiertelna plaga: kapitalistyczna żądza pieniądza za wszelką cenę.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA