fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Odszkodowania to nie kwestia polityczna, ale moralna

Od 3 października 1944 do 16 stycznia 1945 r. specjalne brygady niemieckie zniszczyły 45 proc. budynków w Warszawie, w tym 72 proc. obiektów mieszkalnych.
NAC
"Berlin wyklucza negocjacje o odszkodowania za II wojnę światową" – taka informacja pojawiła się w odpowiedzi na wypowiedź prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego, przypominającego, że Polska nigdy nie zrzekła się reperacji wojennych od Niemiec.

„Z punktu widzenia finansowego, moralnego i politycznego sprawa jest zamknięta"– oświadczył dziennikarzowi działu zagranicznego „Rzeczpospolitej" anonimowy informator z kręgów rządu niemieckiego. Cóż za zdumiewający popis buty i arogancji. W czasie okupacji niemieckiej w latach 1939–1945 na każdy tysiąc mieszkańców zabitych zostało 220 osób. W niemieckich kazamatach zamordowano ponad 80 proc. polskiej inteligencji.

Polska straciła 38 proc. przedwojennego majątku narodowego. – 90 proc. dóbr kultury narodowej i 90 proc. infrastruktury przemysłowej, a niemiecki urzędnik uważa, że „sprawa z punktu widzenia moralnego" jest uregulowana. Polecam członkom gabinetu Angeli Merkel lekturę ,,Sprawozdania Biura Odszkodowań Wojennych w przedmiocie strat i szkód wojennych Polski 1939–1945" sporządzonego przez Biura Odszkodowań Wojennych przy Prezydium Rady Ministrów w 1947 r. Ta lektura budzi grozę. Trudno oprzeć się refleksji, że cztery lata okupacji niemieckiej nie mają swojego odpowiednika w jakiejkolwiek katastrofie humanitarnej w naszych dziejach.

Raport i późniejsze badania historyczne nie pozostawiają złudzeń. Według niektórych szacunków Republika Federalna Niemiec mogłaby wypłacić Polsce zadośćuczynienie będące ekwiwalentem 50 mld dol. o sile nabywczej z 1939 r., co po uwzględnieniu inflacji wynosi ok. 1 bln dol. o wartości z 2013 r.

Z góry należy sobie także wyjaśnić, że dokonane po 1945 r. przesiedlenia ludności niemieckiej z terenów przejętych przez Czechosłowację, Polskę i Węgry nie stanowią ekwiwalentu odszkodowań wojennych, lecz są suwerenną decyzją zwycięskich mocarstw zawartą w tzw. deklaracji poczdamskiej. Z tego punktu widzenia uznanie polskiej granicy zachodniej przez rząd RFN w 1970 r., na co powołują się urzędnicy gabinetu Angeli Merkel, jest aktem czysto symbolicznym i bez znaczenia dla powojennego ładu w Europie.

Politycy niemieccy powinni sobie przypomnieć, że 73 lata temu, na wieść o wybuchu powstania w Warszawie, Adolf Hitler rozkazał Reichsführerowi SS Heinrichowi Himmlerowi oraz szefowi sztabu generalnego Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych (OKH), generałowi Heinzowi Guderianowi zrównać Warszawę z ziemią i wymordować wszystkich jej mieszkańców. Wyznaczony do tego celu Obergruppenführer SS Erich von dem Bach-Żelewski twierdził po wojnie, że rozkaz Führera brzmiał następująco: „każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią i w ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy".  Realizacja tego apokaliptycznego scenariusza rozpoczęła się już w pierwszych dniach sierpnia na warszawskiej Woli. Łamiąc konwencje haskie, Niemcy wykorzystywali polskich cywilów, w tym głównie kobiety i dzieci, jako żywe tarcze osłaniające natarcie ich oddziałów.

W dniach 5–7 sierpnia 1944 r. oddziały SS zamordowały ok. 65 tys. mieszkańców Woli. Większość historyków uważa, że była to największa jednorazowa zbrodnia na ludności cywilnej w czasie II wojny światowej, porównywalna jedynie z liczbą ofiar atomowej pożogi w Hiroszimie.

Na podstawie materiałów dowodowych zgromadzonych przez Okręgową Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich ocenia się, że od sierpnia do października 1944 r. w Warszawie zginęło ok. 200 tys. cywilów oraz 16 tys. powstańców. Liczby te potwierdzają także źródła niemieckie, w tym sporządzony 20 grudnia 1944 r. ściśle tajny raport końcowy (Schlussbericht) gubernatora dystryktu warszawskiego dr. Friedricha Gollerta. Ponad pół miliona ludzi zostało wypędzonych ze swoich domów, za których utratę nigdy nie otrzymali odszkodowania od państwa niemieckiego. Od 3 października 1944 do 16 stycznia 1945 r. specjalne brygady niemieckie zniszczyły 45 proc. budynków stolicy, w tym 72 proc. obiektów mieszkaniowych. 27 listopada 1944 r. w akcie najwyższego barbarzyństwa niemieckie hordy wysadziły w powietrze Zamek Królewski w Warszawie. Podobny los spotkał 25 kościołów, niemal wszystkie szkoły, uczelnie i szpitale. 90 tys. Polaków wysłano do pracy niewolniczej w Niemczech, a 60 tys. osób osadzono w obozach koncentracyjnych. Jakie zatem zadośćuczynienie mają na myśli przedstawiciele rządu RFN?

Czy naprawdę Niemcy uważają, że te ochłapy, nazywane górnolotnie „odszkodowaniami", które zaczęto wypłacać pół wieku po wojnie garstce żyjących jeszcze polskich ofiar niemieckiego barbarzyństwa, w symbolicznym choćby stopniu załatwiły sprawę pod względem moralnym? Należy z całym naciskiem podkreślić, że nieważne jest, jaka partia polityczna czy jaka osoba w Polsce zgłasza postulat wystąpienia o odszkodowania wojenne. Ważne, aby uczyniła to skutecznie. Tej sprawy nie wolno bowiem upolityczniać, ponieważ nie jest ona problemem ideologicznym, ale kwestią elementarnej przyzwoitości i sprawiedliwości dziejowej.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: p.lepkowski@rp.pl

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA