fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Wojna nieprzedstawiona

Walter Bayes - "The Underworld: Taking cover in a Tube Station during a London air raid"
domena publiczna
Patrząc na sztukę z lat 1914–1918, ma się wrażenie, że wojny wcale nie było albo okazała się nie dość zajmująca dla artystów. Trudno znaleźć jakieś ważkie dzieło o wojnie powstałe w jej trakcie.

W lutym 1916 r. pośród mgły i w zaspach kopnego śniegu zaczęła się bitwa pod Verdun. Kampania tym się różniła od poprzednich, że nie zakładała przełamania frontu ani nawet zdobycia zamierzonych punktów na mapie. Jedynym celem bitwy było zmuszenie Francuzów do wysyłania pod Verdun pociągów z ludźmi tak długo, aż im zabraknie żywych żołnierzy. Mimo wystrzelenia 36 mln pocisków artyleryjskich przez obie strony batalia skończyła się remisem, a Niemcy i Francja równo po połowie podzieliły się stratą 800 tys. ludzi.

Niemal w tym samym czasie, ledwie parę tygodni przed początkiem jatki w Verdun, w śmiertelnie nudnym Zurychu Hugo Ball z przyjaciółką otworzyli słynny Cabaret Voltaire, na poły knajpę i teatrzyk rewiowy. Lokal szybko przyciągnął czeredę zapoznanych artystów lub tych, którzy chcieli za artystów uchodzić. Gdyby w porę nie uciekli do Szwajcarii, zapewne zamiast wygłupiać się w dadaistycznych skeczach, mordowaliby się na którymś z frontów, bo pochodzili ze wszystkich stron podzielonej konfliktem Europy.

Zestawienie powyższych faktów jest tylko pretekstem do spostrzeżenia, że prawie nie istnieją odnoszące się do wojny artefakty artystyczne z lat 1914–1918. Patrząc na sztukę tamtych czasów, ma się wrażenie, że wojny wcale nie było albo była nie dość zajmująca dla artystów. Rzadkimi wyjątkami są Brytyjczyk Mark Gertler, którego „Karuzela" z 1914 r. tylko metaforycznie sugeruje związek z wojną, i jego rodak Walter Bayes, malujący w 1918 r. londyńczyków oczekujących w metrze końca nalotu zeppelinów. A przecież życie artystyczne wcale nie ustało i jeżeli nawet w krajach objętych konfliktem ograniczała je cenzura, to przecież sztuka kwitła też w państwach neutralnych. Mimo to trudno znaleźć jakieś ważkie dzieło o wojnie powstałe w trakcie jej trwania.

Możliwe, że artyści potrzebowali czasu, by ochłonąć z entuzjazmu początków wojny. Zachwyt musiał być powszechny, skoro nawet Tomasz Mann, chodzący pomnik pacyfizmu, witał wojnę z nadzieją na oczyszczające i wyzwalające doświadczenia, a przed lirycznym wrażliwcem Chagallem wizja nadchodzącej rzezi otwierała możliwość „nowego spojrzenia na wszechświat".

Oczywiście wielu artystów podczas wojny miało na głowie ważniejsze sprawy niż sztuka. Na przykład Guillaume Apollinaire Kostrowicki dopiero w 1916 r. został zwolniony z Legii Cudzoziemskiej z powodu odłamków granatu w czaszce. Wielu innych poległo, walcząc na ochotnika.

Nie można też mieć pretensji do starego i niemal oślepłego od katarakty Claude'a Moneta, że w swoim luksusowym Giverny, niczym w wieży z kości słoniowej, nadal uparcie malował sprowadzone z Egiptu nenufary i refleksy światła na wodzie, jakby świat poza jego stawem z liliami nie istniał – nawet wtedy, gdy znad Marny słychać było grzmot armat, a od stycznia 1916 r. także wybuchy bomb zrzucanych na pobliski Paryż. Mówi się, że w hołdzie poległym zostawił cykl obrazów przedstawiających wierzby płaczące, ale przecież malował je przez większość życia. W Niemczech George Grosz, zwolniony ze służby wojskowej ze względu na liche zdrowie, nieskrępowanie wypełniał płótna brutalnymi obrazami burżuazyjnej moralnej zgnilizny i wizjami upadku kapitalizmu, lecz wojna pojawiła się na jego obrazach dopiero bodaj w 1920 r.

Najbardziej zadziwia jednak przypadek Pabla Picassa, który akurat w 1916 r. rozpoczął swoją artystyczno-edukacyjną podróż po Włoszech, właśnie wykrwawiających się w Tyrolu. Malarz niczym znudzony turysta podziwiał w tym czasie cuda renesansu i antyku, a przerażające wieści z Verdun i włoskich Alp nie stały się inspiracją żadnej „Guerniki". Zdaniem Jeana Cocteau piętnem wojny na obrazach Picassa było porzucenie kubistycznych eksperymentów dla klasycznego, figuratywnego malarstwa, by leczyć zszokowany świat zastrzykami z ładu i starego, dobrego piękna. Wojenne lato 1918 r. artysta spędził na francuskim wybrzeżu, malując pierwszą żonę na złocistych plażach Atlantyku, jakby żadnej wojny w ogóle nie było.

Tymczasem także w bezpiecznym od wojny Cabaret Voltaire większość sporów sprowadzała się do tego, czy poprzestać na kompletnym zniszczeniu sztuki, czy może jednak zrobić potem jakąś nową. Z coraz to nowszych i radykalniejszych manifestów nie wyrosło jednak nic prócz bełkotu i idiotycznego wygłupu. Choć ich twórcy dalecy byli od wojennych doświadczeń, wszystko, co robili, przypominało trochę objawy psychoz, na które masowo cierpieli pacjenci zakładów dla weteranów.

Już po wojnie Kurt Schwitters, choć miał rzadkie wśród dadaistów solidne wykształcenie artystyczne wyniesione z drezdeńskiej akademii, materią swoich dzieł uczynił zbierane zewsząd ogryzki zepsutych przedmiotów, z których układał zawiłe kolaże. Ponieważ potrzaskanych fragmentów rumowiska nie dało się posklejać tak, by odzyskały dawny sens i funkcję, Merzkunst Schwittersa było próbą zbudowania z nich całkiem nowego świata. Rzecz jasna, nie mogło z tych prób wyniknąć nic prócz turpistycznej makabreski, ale pompatyczne cmentarze z białego kamienia na polach Lotaryngii także nie zdołały ogarnąć formą tego, co się wokół nich stało. Jeszcze długo podczas prac budowlanych pod Verdun koparki wydobywały spod darni ziemię wymieszaną z hełmami i ludzkimi kośćmi obleczonymi w resztki mundurów. Nic dziwnego, że sztuka okazała się wobec nich bezradna, nie umiejąc tych szczątków posklejać ani w stare, ani nowe formy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA