fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Piotr Jaroszewicz. Kariera równie tajemnicza jak śmierć

Procesja Bożego Ciała na Krakowskim Przedmieściu. Na zdjęciu: kardynał August Hlond z monstrancją i ówczesny wiceminister obrony narodowej Piotr Jaroszewicz (w mundurze). Warszawa, 5 czerwca 1947 r.
PAP
Czy Piotr Jaroszewicz, przedstawiciel przedwojennej niekomunistycznej elity, wspiął się na szczyty władz PRL w ramach szerszego planu wdrożonego przez Berię?

„Przecież Jaroszewicz nie jest nawet komunistą!" – wściekał się we wrześniu 1944 r. Jakub Berman, niezwykle wpływowy członek politbiura PPR. Próbował w ten sposób storpedować awans kapitana Piotra Jaroszewicza na szefa Zarządu Polityczno-Wychowawczego 1. Armii Ludowego Wojska Polskiego. Oburzało go to, że człowiek niemający przed 1943 r. żadnych związków z ruchem komunistycznym – a nawet zaliczający się do przedwojennych elit i ofiar systemu sowieckiego – nagle zostaje szefem wszystkich politruków w armii Berlinga. Berman, szara eminencja stalinowskiego PPR, fanatyczny komunista nienawidzący dawnej „pańskiej Polski", w starciu z Jaroszewiczem okazuje się jednak zadziwiająco bezsilny. Jaroszewicz nie tylko stanowisko dostaje, ale awansuje dalej i robi iście napoleońską karierę.

Ten pozbawiony doświadczenia wojskowego 33-latek wstępuje do Dywizji Kościuszkowskiej w sierpniu 1943 r. i zostaje na wstępie szeregowcem, któremu przydzielono funkcję magazyniera. Szybko zostaje jednak skierowany na kurs dla politruków i następnie błyskawicznie awansuje. Już w kwietniu 1945 r. jest pułkownikiem i zastępcą szefa Głównego Zarządu Polityczno-Wychowawczego LWP, a później przez trzy miesiące p.o. szefa tej instytucji. W grudniu 1945 r. dostaje nominację na generała brygady. Tak szybki awans jest niesłychaną anomalią. Wszak oddanemu konfidentowi Informacji Wojskowej Wojciechowi Jaruzelskiemu, mimo wszystkich zasług przy instalowaniu stalinowskiego systemu w Polsce, przebycie drogi od szeregowca do generała brygady zajęło 13 lat, a i tak jego ścieżka awansu jest uznawana za zadziwiająco szybką. W październiku 1945 r. Piotr Jaroszewicz zostaje głównym kwatermistrzem LWP i wiceministrem obrony. Jaką protekcją musiał się cieszyć, że zaszedł w tak krótkim czasie aż tak wysoko?

Pierwsza Kadrowa Berii

Piotr Jaroszewicz urodził się 8 października 1909 r. w radziwiłłowskim Nieświeżu. Jego ojciec był prawosławnym księdzem, a w II RP późniejszemu premierowi PRL żyło się całkiem znośnie. Pracował jako nauczyciel w szkołach powszechnych w okolicach Garwolina i doszedł do stanowiska dyrektora. To plasowało go w lokalnej elicie. Organizował też miejscowe struktury piłsudczykowskiej organizacji paramilitarnej Strzelec. Nie miał wówczas żadnych związków z komunistami i zapewne jak większość Polaków postrzegał ich jako moskiewskich sprzedawczyków.

Nie miał też żadnego powodu, by żywić jakiekolwiek pozytywne uczucia wobec Sowietów. We wrześniu 1939 r. wraz z cywilnymi uchodźcami znalazł się na Kresach. Jeszcze przed 17 września był świadkiem działalności sowieckich band dywersyjnych. Przed sowiecką inwazją nie zdołał już uciec. Gdy w 1940 r. próbował sprowadzić część majątku pozostawionego pod okupacją niemiecką do nowego domu, usłyszał od funkcjonariusza NKWD, że to niepotrzebne, bo wkrótce tamte tereny też zostaną przyłączone zbrojnie do ZSRR. Jakiś czas potem rodzinę Jaroszewiczów deportowano w głąb Związku Sowieckiego. Pod Archangielskiem, w 40-stopniowym mrozie, musiał rąbać drzewa. Jego mała córeczka zmarła w kołchozie z chorób i głodu. Ponad 40 lat później w wywiadzie rzece „Przerywam milczenie" wspominał to w sposób wskazujący, że nigdy tego Sowietom nie zapomniał. Gdy doszły do niego wieści o powstaniu armii Andersa, w jego serce wstąpiła nadzieja na wyrwanie się z „sowieckiego raju". Niestety, zachorował na tyfus i nie zdążył się zaciągnąć. Tym bardziej był zdeterminowany, gdy pojawiła się druga szansa – organizowana przez Sowietów polska dywizja, którą dowodził Zygmunt Berling.

– Na ch... nam takie wojsko! Wystarczy nam Armia Czerwona! – zżymał się przedwojenny polski komunista pochodzenia żydowskiego Alfred Lampe. Dla niego i wielu innych działaczy kolaboracyjnego, sowieckiego Związku Patriotów Polskich powstanie Dywizji Kościuszkowskiej było jakąś aberracją kłócącą się ze wszystkim, co im dotąd w Moskwie wkładano do głów. Oto bowiem tworzono na terytorium ZSRR siły zbrojne z mundurami, sztandarami i ceremoniałem odwołującym się do przedwojennych polskich wzorców. Przyjmowano do nich dawnych łagierników i zesłańców. I jeszcze pozwolono na to, by żołnierze znaleźli się pod opieką kapelanów. Twardogłowi komuniści nie dostrzegali, że to wojsko było potrzebne Stalinowi po to, by pokazać, że to on jest budowniczym nowej komunistycznej Polski. Pocieszać ich mogło to, że w tych siłach zbrojnych roiło się od sowieckich oficerów i funkcjonariuszy Smiersza pilnujących niepewnych Polaków.

Sam pomysł stworzenia polskiej dywizji był jednak w dużym stopniu projektem Ławrentija Berii, szefa bezpieki, prowadzącego cały czas swoją grę przeciwko Stalinowi. Z relacji jego syna Sergo i ustaleń francuskiej sowietolog prof. Francoise Thom wynika, że w 1940 r. Beria lobbował u Stalina, by wziętych do niewoli polskich oficerów nie rozstrzeliwać. Argumentował, że ci świetni żołnierze przydadzą się na wypadek planowanej agresywnej wojny przeciw Niemcom. Owładnięty antypolskim kompleksem Stalin uparł się jednak, by naszych ludzi zgładzić.

Beria zdołał jednak, kierując się nieznanym kluczem, uratować kilkuset oficerów z masakry. Wśród ocalonych tylko kilku można by posądzać o jakiekolwiek związki z komunizmem czy chęć kolaboracji z Sowietami (co więcej, rozstrzelano wszystkich oficerów pochodzenia żydowskiego, którzy – nawet dla świętego spokoju – deklarowali wolę współpracy). Równolegle ocalono grupkę deklarujących chęć kolaboracji oficerów zgromadzonych w „wilii szczęścia" w Małachowce pod Moskwą, z pułkownikiem Berlingiem na czele. O ile jednak Berling (dawny oficer II Brygady, któremu kariera wojskowa załamała się w latach 30. ze względu na problemy osobiste i psychiczne) wraz z kilkoma czerwonymi radykałami starał się wykazywać duże służalstwo wobec Sowietów, o tyle większość oficerów z Małachowki była słabo obrobiona ideologicznie. Przykładem na to był pułkownik Leon Nałęcz-Bukojemski, który we wrześniu 1939 r. skutecznie walczył przeciwko Sowietom, a na współpracę poszedł dlatego, że dotkliwie doskwierał mu brak alkoholu. Berii wyraźnie jednak zależało na pozyskaniu lepszego materiału ludzkiego.

Skierował więc do Małachowki np. rotmistrza Narcyza Łopianowskiego, po tym gdy dowiedział się, że zniszczył on kilka sowieckich czołgów podczas jednej z potyczek w 1939 r. (Co więcej, Beria przyjął go w swoim gabinecie i osobiście wysłuchał jego relacji na temat tego starcia). Beria zatrzymał też sobie kilku zasłużonych polskich generałów na Łubiance – Andersa, Przeździeckiego, Borutę-Spiechowicza, Karaszewicza-Tokarzewskiego, Żegotę-Januszajtisa. Endek i twórca antysowieckiej konspiracji we Lwowie, gen. Marian Żegota-Januszajtis, wygłaszał wiosną 1941 r. przed generałami Armii Czerwonej i NKWD wykłady dotyczące armii niemieckiej i kampanii z 1939 r. Beria wyraźnie chronił tych ludzi, chcąc z nich stworzyć kadry dla przyszłej polskiej armii, która miała powstać po wybuchu wojny ZSRR z Niemcami. I ten plan został zrealizowany latem 1941 r. Oficerowie zachowani przy życiu przez Berię stali się organizatorami armii Andersa. Dochodziło przy tym do przypadków zadziwiającej fraternizacji między nimi a funkcjonariuszami NKWD.

Na przykład gen. Mieczysław Boruta-Spiechowicz przyjął od enkawudzistów pamiątkową szablę (co miało być później jednym z powodów przeniesienia go do Londynu), a gen. Anders żartował, że przydzielonego mu do pomocy gen. NKWD Żukowa (nie mylić z marszałkiem Żukowem) należałoby odznaczyć orderem Polonia Restituta za to, z jaką energią wziął się on do wyciągania Polaków z łagrów. Gdy armia Andersa wychodziła z ZSRR, Beria przyjmował to z mieszanymi uczuciami, ale liczył na to, że w przypadku klęski wojennej Sowietów zostanie ona wyprowadzona przez Brytyjczyków z Bliskiego Wschodu, zajmie Kaukaz Południowy i pomoże budować niepodległą Gruzję. Według prof. Thom Beria miał namawiać Andersa, by zostawił w ZSRR grupę zaufanych oficerów, która stanie się zalążkiem budowy nowej polskiej armii. W przypadku zwycięstwa wojennego Sowietów Beria obiecywał, że uplasuje ich na szczytach władzy komunistycznej Polski.

Od lewej: I sekretarz Komitetu Warszawskiego PZPR Józef Kępa, I sekretarz KC PZPR Edward Gierek i premier rządu PRL Piotr Jaroszewicz na trybunie honorowej podczas pochodu pierwszomajowego. Warszawa, lata 70.
PAP

W cieniu przyrodniego brata

Piotr Jaroszewicz przetrwał na szczytach władzy stalinowskiej PRL, mimo że rola Berii po 1945 r. osłabła (skupił się on na programie nuklearnym i rakietowym ZSRR, walcząc w ten sposób de facto o ocalenie życia), a Berman i jego frakcja zdobywali coraz większą władzę w Polsce. W 1947 r. wiceminister Jaroszewicz zostaje posłem na Sejm PRL, w 1948 r. wchodzi do Komitetu Centralnego i zasiada w nim nieprzerwanie do 1980 r. W latach 1950–1952 jest zastępcą szefa Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego. Nadzoruje budowę przemysłu zbrojeniowego na potrzeby przyszłej III wojny światowej. W 1952 r. zostaje wicepremierem i jest nim nieprzerwanie do 1970 r. Dodatkowo w latach 1954–1956 jest szefem resortu górnictwa. Robi więc wielką karierę, choć przecież jeszcze w 1948 r. Wydział Zagraniczny sowieckiej partii komunistycznej określa go jako jednego z ministrów, który wykazuje „dążenia nacjonalistyczne" i stara się kierować na boczny tor sowieckich oficerów.

Sytuacja jest tym dziwniejsza, że jego przyrodni brat, wiceminister aprowizacji i handlu Alfred Jaroszewicz, zostaje poddany represjom, a to w żaden sposób nie wpływa na karierę Piotra Jaroszewicza. Alfred Jaroszewicz był przed wojną (od 1922 r.) agentem polskiego Oddziału II Sztabu Generalnego, czyli wywiadu wojskowego. Józef Światło, zbiegły na Zachód funkcjonariusz bezpieki, twierdził później, że Jaroszewicz był tam wtyką sowieckich służb. Ale dla kogo pracował naprawdę? W powojennym śledztwie zarzucano mu, że był prowokatorem wywiadu wojskowego w środowiskach komunistycznych. Nie ulega wątpliwości, że przedwojenna KPP była mocno zinfiltrowana przez polskie służby, a Jaroszewicz pracował jako dyrektor w ważnych dla przemysłu zbrojeniowego zakładach w Ursusie. W trakcie wojny był oficerem Komendy Głównej AK i powstańcem warszawskim, a jednocześnie... oficerem wywiadu komunistycznej Gwardii Ludowej. W trakcie tych zawirowań towarzyszył mu Włodzimierz Lechowicz, również podwójny agent i polityk Stronnictwa Demokratycznego, powojenny minister aprowizacji i handlu.

W 1948 r. Jaroszewicz wraz z żoną i Lechowiczem zostają aresztowani i poddani brutalnemu śledztwu. Są zmuszani do obciążania w zeznaniach Gomułki i Mariana Spychalskiego. Zarzuca się im, że od samego początku byli prowokatorami polskich tajnych służb infiltrującymi struktury komunistyczne. Spychalski – jako prowokator wywiadu AK i Gestapo – miał im umożliwić wniknięcie do wywiadu Gwardii Ludowej. Oprawcy z UB torturują ich podobnie brutalnie jak żołnierzy wyklętych (nie okazują im podobnych względów jak później Gomułce, który zostaje internowany w komfortowej willi i robi ubekom awanturę, gdy przynoszą mu chleb z resortowej kantyny zamiast delikatnej bułki). Wiele wskazuje, że ubecy autentycznie wierzą w to, że Jaroszewicz, Lechowicz i Spychalski byli „wrogimi wtykami". Rzeczywiście bowiem są bardzo poważne poszlaki wskazujące, że Spychalski hurtowo wydawał komunistów Gestapo. Redaktor Dariusz Baliszewski odkrył ślady sugerujące, że to on wystawił do odstrzału likwidatorom z AK przywódcę PPR Marcelego Nowotkę. Po wojnie Spychalski dążył zaś do tego, by w LWP znalazło się jak najwięcej oficerów z przedwrześniowej armii, Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i AK (czyli de facto realizował plany Berii). W 1948 r. sowiecki ambasador w Warszawie pisał zaś do Mołotowa, że Spychalski w swojej polityce kadrowej „kieruje się nienawiścią do ludzi radzieckich".

Niezależnie od wiarygodności oskarżeń sprawa Jaroszewicza–Lechowicza była dla Bermana ważnym etapem do uderzenia w Gomułkę i innych towarzyszy, którym przypisywano „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne". Może więc szokować to, że w jej ramach nie uderzono również w wiceministra obrony Piotra Jaroszewicza. Co więcej, pozwolono mu się piąć po szczeblach kariery. Jak mocne musiał więc mieć plecy w Moskwie?

Wykonawca polityki

Piotr Jaroszewicz doskonale sobie radzi również po październikowym przełomie. W 1956 r. zostaje przedstawicielem PRL przy Radzie Współpracy Gospodarczej w Moskwie, czyli jest główną osobą przekazującą do Warszawy żądania gospodarcze Sowietów, w tym te dotyczące przygotowań do wojny nuklearnej. Od 1957 r. jest wiceprzewodniczącym Komitetu Stałego Rady Ministrów i przewodniczącym Komitetu Współpracy Gospodarczej z Zagranicą. Przypomnijmy, że ciągle jest wicepremierem, członkiem KC i posłem na Sejm, a w 1964 r. awansuje do Biura Politycznego.

W grudniu 1970 r. dochodzi do robotniczego buntu na Wybrzeżu, a wojsko strzela do protestujących. Historyk Henryk Kula w swojej książce „Grudzień 1970. Oficjalny i rzeczywisty" przedstawia silne poszlaki na tezę mówiącą, że ta masakra była od początku zaplanowaną prowokacją bezpieki i wojska, elementem partyjnego zamachu stanu. Spiskowcy, do których zaliczał się m.in. minister obrony Jaruzelski, chcieli obalić Gomułkę i zastąpić go byłym szefem bezpieki Mieczysławem Moczarem. Moskwa zawetowała jednak tę zmianę kadrową, bojąc się ambicji Moczara, i wskazała Edwarda Gierka, pierwszego sekretarza partii w Katowicach. A Gierek swoim premierem na blisko 10 lat uczynił Piotra Jaroszewicza.

Jaroszewicz realizuje na tym stanowisku politykę, która w swych założeniach ma sprawić, że Polska stanie się „dziesiątą potęgą przemysłową świata". Reżim ulega złagodzeniu, a PRL zbliża się do Zachodu, ale kończy się to kryzysem. Jaroszewicz traci stołek premiera w lutym 1980 r. Pod koniec roku wylatuje z KC, w 1981 r. z partii, a 13 grudnia zostaje internowany przez juntę Jaruzelskiego wraz z innymi dygnitarzami z czasów Gierka. Jest przekonany, że za protestami z czerwca 1976 r. i sierpnia 1980 r. stały cywilna i wojskowa bezpieka nadzorowane przez Stanisława Kanię i Jaruzelskiego. Z przerażeniem patrzy na to, jak wojskowa ekipa doprowadza Polskę do nędzy. W 1991 r. udziela wywiadu dziennikarzowi Bohdanowi Rolińskiemu, na podstawie którego powstaje rozliczeniowa książka „Przerywam milczenie". Chodzą słuchy, że przygotowuje wspomnienia mające opisać kulisy funkcjonowania władz PRL, w tym brudy dotyczące Jaruzelskiego.

Nie zdoła jednak wydać swoich wspomnień. W nocy z 31 sierpnia na 1 września 1992 r. zostaje zamordowany wraz z żoną Alicją Solską w ich willi w Aninie. Opisanie okoliczności tego morderstwa i późniejszego śledztwa to temat na długą serię artykułów i książek, gdyż po latach nadal jest ono dalekie od wyjaśnienia. Wiadomo jednak, że rękopisu wspomnień, nad którymi rzekomo pracował Jaroszewicz, nigdy nie odnaleziono. A gdyby rzeczywiście zbrodni dokonali zwykli bandyci z tzw. gangu karateków, to zapewne Jaruzelski, Kiszczak, cała dawna cywilna i wojskowa bezpieka, a także rosyjskie służby specjalne poruszyliby niebo i ziemię, by sprawców dorwać, brutalnie zmusić do gadania i odzyskać bezcenny pamiętnik.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA