fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Mroczna tajemnica Tannenbergu

Mauzoleum Hindenburga sfotografowane z pokładu samolotu, 1944 r. Pomnik został wysadzony w powietrze przez wycofujące się w styczniu 1945 r. wojska Wehrmachtu
Bundesarchiv
W sierpniu 1944 r. niemiecki generał, zabity w Wilczym Szańcu, miał dwa pogrzeby jednego dnia. Jeden w Berlinie, drugi w Mauzoleum Hindenburga pod Olsztynkiem. Dlaczego wyróżniono go ceremonią pogrzebową w miejscu, które miało być grobowcem Hitlera?

3 sierpnia 1944 r. mieszkańcy Olsztynka (niem. Hohenstein) dostali zakaz wychodzenia z domów. Zagrożono im, że jeśli zbliżą się do okien, żołnierze SS będą strzelać bez ostrzeżenia. Olsztynek był wówczas częścią Prus Wschodnich – regionu Rzeszy, w którym naziści mieli od lat bardzo wysokie poparcie. Do tego miasta wielokrotnie przyjeżdżali różni dygnitarze, w tym Hitler. Przybywali na wielkie uroczystości w pobliskim Mauzoleum Hindenburga (niem. Tannenberg-Denkmal), w miejscu, w którym w 1934 r. odbył się pogrzeb prezydenta Rzeszy feldmarsz. Paula von Hindenburga. Nigdy wcześniej wizycie żadnego oficjela nie towarzyszyły tam tak drakońskie środki bezpieczeństwa. Wprowadzono je z powodu pogrzebu. Chowany był gen. Günther Korten, szef Sztabu Generalnego Luftwaffe, który 22 lipca 1944 r. zmarł od ran odniesionych dwa dni wcześniej podczas zamachu na Hitlera w Wilczym Szańcu. Zachowała się niemiecka kronika filmowa pokazująca fragmenty tego pogrzebu. Na filmie widać trumnę niesioną przez żołnierzy Luftwaffe po monumentalnych schodach i marszałka Rzeszy Hermanna Göringa żegnającego swojego współpracownika. Jest też ujęcie składania trumny do mauzoleum.

Dlaczego jednak akurat Korten został tak uhonorowany? I to jako jedyna spośród czterech osób, które zginęły w zamachu wymierzonym w Hitlera? W Mauzoleum Tannenbergu nie został pochowany płk Heinz Brandt, który zmarł z ran 21 lipca 1944 r. Dzień wcześniej to on przestawił teczkę z bombą zostawioną przez płk. Clausa von Stauffenberga za dębową nogę stołu w baraku w Wilczym Szańcu i prawdopodobnie w ten sposób ocalił Hitlerowi życie. Spoczął jednak na cmentarzu miejskim w Hanowerze. Mimo że pośmiertnie awansowano go na generała i pamiętano o jego jeździeckich sukcesach na igrzyskach olimpijskich, nie uznano go za godnego pogrzebu w Mauzoleum Hindenburga. Gen. Rudolf Schmundt, inna ofiara śmiertelna zamachu z 20 lipca, zmarł od ran 1 października 1944 r. Wcześniej był m.in. adiutantem Hitlera. Ceremonię pogrzebową urządzono mu w Mauzoleum Tannenbergu (ściągnięto na nią wszystkich generałów i marszałków, jakich się dało, ale Hitler nie był na niej obecny). Pochowano go jednak na berlińskim Cmentarzu Inwalidów, co uznawano za wielkie wyróżnienie. Pochowanie Kortena w miejscu spoczynku prezydenta Hindenburga było w oczach Niemców zaszczytem o wiele większym. Tym większym, że tak naprawdę niewielu ludzi w ogóle wiedziało, kim jest jakiś tam gen. Korten.

Nazistowskie sanktuarium

Dla ówczesnych Niemców Mauzoleum Tannenbergu było narodowym sanktuarium wojennym. Monumentalna budowla z ośmioma wieżami, w zamierzeniu architektów mająca przypominać Stonehenge, upamiętniała wielką bitwę z 1914 r., w trakcie której wojska Hindenburga zatrzymały rosyjską inwazję na Prusy Wschodnie. Niemieccy nacjonaliści uznawali tę batalię za zemstę na „słowiańskich podludziach" za bitwę pod Grunwaldem z 1410 r. (w niemieckiej historiografii nazywaną bitwą pod Tannenbergiem).

Mauzoleum budowano w latach 1924–1927, by w latach 1934–1935 je przebudować w jeszcze bardziej monumentalnym stylu. 7 sierpnia 1934 r. pochowano w nim prezydenta Rzeszy feldmarsz. Paula von Hindenburga. Pogrzeb przyciągnął aż pół miliona ludzi. Obok feldmarszałka spoczęła jego małżonka. Później rozważano to miejsce jako przyszły grobowiec Hitlera.

Czym więc zasłużył sobie gen. Korten, by pochować go w takim miejscu? Na pewno nigdy nie był bohaterem pierwszego planu. Jego kariera niczym szczególnym się nie wyróżniała: udział w I wojnie światowej, służba w Luftwaffe od 1934 r., zajmowanie do 1942 r. głównie stanowisk sztabowych i biurokratycznych. W 1942 r. został dowódcą I Korpusu Lotniczego na froncie wschodnim, by wkrótce po tym trafić do Luftwaffenkommando Don w trakcie bitwy stalingradzkiej (która była wielką kompromitacją niemieckiego lotnictwa). Latem 1943 r. został dowódcą 1. Floty Lotniczej, a kilka tygodni później szefem Sztabu Generalnego Luftwaffe, w miejsce gen. Hansa Jeschonnka, który popełnił samobójstwo, bo nie radził sobie z obroną przestrzeni powietrznej Rzeszy przed alianckimi nalotami. Korten na nowym stanowisku wykazał się dużym talentem organizacyjnym. Znacząco wzmocnił system obrony przeciwlotniczej, co kosztowało życie tysiące alianckich pilotów. Podczas narad sztabowych w Wilczym Szańcu referował Hitlerowi sytuację Luftwaffe – latem 1944 r. gwałtownie się pogarszającą. Dla opinii publicznej Korten pozostawał jednak osobą niemal nieznaną. To nie był przyciągający uwagę podniebny dowódca w stylu gen. Adolfa Gallanda czy marsz. Alberta Kesselringa. Podczas pogrzebu w sierpniu 1944 r. zrównano go jednak z taką ikoną niemieckiego nacjonalizmu jak prezydent von Hindenburg.

Uroczystości pogrzebowe gen. Günthera Kortena, 3 sierpnia 1944 r.
Bundesarchiv

Te honory długo jednak nie trwały. Kilka miesięcy po pogrzebie gen. Kortena Prusy Wschodnie przestały istnieć. Tysiące Niemców – wśród nich wielu, którzy byli wcześniej fanatycznymi hitlerowcami – uciekało w popłochu przed Armią Czerwoną niosącą ze sobą mord, gwałty i pożogę. Niemal w ostatniej chwili, 19 stycznia 1945 r., trumny feldmarsz. von Hindenburga i jego żony załadowano na wojskową ciężarówkę i po wielu komplikacjach wywieziono do Królewca, gdzie wsadzono je na statek. Trafiły później do kopalni soli w Turyngii, gdzie 27 kwietnia 1945 r. odkryli je amerykańscy żołnierze. Wzmianek o tym, że wraz z trumnami małżeństwa Hindenburgów przewieziono również trumnę gen. Kortena nie ma ani w listach przewozowych, ani w relacjach. Kto by się zresztą przejmował wówczas jakimś Kortenem? A mimo to trumna gen. Kortena w jakiś sposób przemieściła się do Berlina, do grobu na mało prestiżowym cmentarzu Steglitz. Jest tam do dzisiaj, a to, kiedy się tam pojawiła, stanowi zagadkę.

Zdjęcie, które burzy narrację

W Bundesarchiv znajduje się zdjęcie z pierwszego pogrzebu gen. Kortena, które stanowi ogromną anomalię. Jest ono oznaczone jako Bild 101I-676-7972-07 (zdjęcie na dole, na J2). W niemieckich archiwach podpisane jest jako: „Prusy Wschodnie, Mauzoleum Tannenbergu. Uroczystości państwowe ku czci generała-pułkownika Günthera Kortena, którym przewodniczy marszałek Rzeszy Hermann Göring. Wyładowanie trumny na dworcu". Na fotografii widać trumnę z wielkim wieńcem niesioną przez żołnierzy Luftwaffe w obecności oficera. Obok stoi na peronie pociąg, a w tle widać monumentalne kolumny wielkiego dworca kolejowego. Tyle że na pewno nie jest to dworzec w Olsztynku! Był on wówczas o wiele mniejszą i skromniejszą dwupiętrową budowlą z poddaszem i spadzistym dachem. Wyglądał jak typowa stacja kolejowa w miejscowości powiatowej. Nie miał żadnych wielkich kolumn, łuków ani ogromnych zadaszonych peronów. Charakterystyczne szczegóły architektoniczne ze zdjęcia wyraźnie sugerują, że zostało ono zrobione na dworcu kolejowym Anhalter w Berlinie, który jest położony zaledwie 15 minut od cmentarza Steglitz, na którym znajduje się grób gen. Kortena.

Czyżby zdjęcie przedstawiało powtórny pochówek generała w styczniu 1945 r.? Nie, bo na fotografii wszyscy mają letnie mundury, a pogoda bynajmniej nie jest zimowa. Zdjęcie jest zresztą podpisane jako zrobione 3 sierpnia 1944 r. Wynika więc z tego, że Korten miał tego samego dnia dwa pogrzeby w miejscach odległych od siebie o około 600 km. Czyją trumnę złożono więc do krypty w Mauzoleum Tannenbergu? I czemu pogrzebowi towarzyszyły tak nadzwyczajne środki bezpieczeństwa?

Adolf Hitler i Benito Mussolini (pierwszy z lewej) sprawdzają stan sali konferencyjnej po zamachu w Wilczym Szańcu, 20 lipca 1944 r.
Getty Images

odporny na bomby

„Omawianie sytuacji rozpoczęło się jak zwykle referowaniem sytuacji na froncie wschodnim przez Heusingera. Ja przy tym stałem trochę z boku i omawiałem z trzema innymi adiutantami program wizyty Duce. Nagle zainteresował mnie jeden punkt, który referował Heusinger, i przeszedłem na drugą stronę stołu, aby stamtąd mieć lepszy widok na mapę sytuacyjną. Stałem tu kilka minut, gdy nagle wybuchła bomba. Była godzina 12.40. Straciłem na krótką chwilę przytomność. Gdy ją odzyskałem, ujrzałem naokoło siebie kupę połamanego drewna i odłamków szkła. Moją pierwszą myślą było, żeby możliwie jak najprędzej się z tego pomieszczenia wydostać. Podniosłem się, przelazłem przez jedno z okien i obiegłem barak naokoło, aż do głównego wejścia. W głowie mi huczało, słuch miałem znacznie przytępiony, z szyi i głowy leciała mi krew. Przy wyjściu z baraku oczom moim przedstawił się straszliwy widok. Leżało tam już kilku ciężko rannych, inni ranni, chwiejąc się na nogach, kręcili się w kółko i padali na ziemię. Wyszedł Hitler podtrzymywany przez feldmarszałka Keitla. Szedł pewnie i wyprostowany. Mundur i spodnie miał na sobie porwane, ale poza tym wydawało mi się, że nie odniósł poważniejszych obrażeń" – wspominał płk Nicolaus von Below, adiutant Hitlera reprezentujący Luftwaffe.

Zwróćmy uwagę, że w tej relacji Hitler „szedł pewnie i wyprostowany". Bomba znajdowała się w odległości mniejszej niż 2 metry od niego. Przed pełną siłą wybuchu osłoniła go masywna noga stołu. Był jednak ranny. Według oficjalnej wersji w jego ciało wbiło się ponad 200 drzazg. Przebijały się one aż do kości, raniąc m.in. piszczele. Ze zdjęć wykonanych po zamachu wynika, że spodnie Hitlera były w strzępach. Grad odłamków podziurawił je w dolnych partiach. Hitler miał też drzazgi w rękach i w twarzy, uszkodzony łokieć i poparzoną wewnętrzną część dłoni. O uszkodzonych bębenkach w uszach nie warto nawet wspominać – dotyczyło to wszystkich w baraku sztabowym. A mimo to Hitler, według relacji von Belowa, w chwilę po zamachu szedł pewnie i wyprostowany. Z co najmniej kilkudziesięcioma drzazgami w piszczelach. Below niedługo później odwiedził Hitlera w jego gabinecie. „Kiedy wszedłem, okazał mi ożywioną, niemal zadowoloną twarz człowieka, który spodziewał się czegoś ciężkiego, ale szczęśliwie ma to już za sobą" – wspominał Below.

Zaledwie dwie godziny po zamachu Hitler wita na stacji kolejowej Mussoliniego. Ma na sobie płaszcz zasłaniający jedną rękę (sugerujący ukrywanie rany), ale dziarsko chodzi po peronie z uśmiechem na ustach. Na twarzy nie ma nawet śladu zadrapania. Później pokazuje miejsce wybuchu Mussoliniemu. Nie ma już na sobie płaszcza, ale na dłoni widać mały plasterek. Duce wydaje się bardziej przejęty zamachem od tryskającego dobrym humorem Hitlera.

Jakiś czas później Hitler odwiedza w szpitalu rannych w zamachu. Oni mają poparzone twarze i obandażowane głowy. On ma wacik w uchu i plasterek na dłoni. Albo więc deszcz dębowych drzazg, który wbił mu się w nogi, ręce i twarz, cudownie się rozpuścił przy kontakcie ze skórą Führera, albo organizm niemieckiego przywódcy regenerował się równie szybko jak u jakiegoś komiksowego superzłoczyńcy, albo te zdjęcia nie przedstawiają Hitlera.

Lustrzane odbicie

Relacje ludzi znających Hitlera są zgodne: zmienił się po zamachu. Postarzał się, stał się bardziej schorowany, wręcz „inny fizycznie". O wiele rzadziej pojawiał się publicznie. Często zastępował go sobowtór. Po 20 lipca 1944 r. został nim Gustav Weler (Simon Dunstan podaje jego nazwisko jako Gustav Weber). Jego podobieństwo do Führera było tak łudzące, że nawet osoby będące bardzo blisko niemieckiego przywódcy miały problem z ich odróżnieniem. To właśnie Welera widać na kronice filmowej z 20 kwietnia 1945 r., gdy udając Hitlera, wręcza odznaczenia chłopcom z Hitlerjugend biorącym udział w obronie Berlina (to ostatnia ceremonia publiczna, w której brał udział „Hitler"). Welera wyróżniał jeden szczegół – czasem jego ręka drżała w niekontrolowany sposób. Próbowano go leczyć, a ludziom niewtajemniczonym mówiono, że to drżenie to skutek obrażeń po zamachu z 20 lipca.

Wykorzystywanie sobowtórów przez dyktatorów nie jest niczym niezwykłym. Bywali też wykorzystywani przez władców feudalnych. Akira Kurosawa w filmie „Sobowtór" pokazał legendę o tym, jak japońskiego pana feudalnego Shingena Takedę zastępował po śmierci jego dubler (drobny rzezimieszek!), by odstraszyć wrogów jego domeny. Inna legenda mówi, że Ieyasu Tokugawa, pan feudalny, który ostatecznie zjednoczył Japonię, zginął w 1615 r. podczas oblężenia Osaki, a później przez niemal rok utrzymywano jego śmierć w tajemnicy, wykorzystując sobowtóra do zmylenia wszystkich. Ieyasu Tokugawa ma więc (podobnie jak gen. Korten) dwa groby – jeden w mauzoleum w Nikko, drugi w małej świątynce pod Osaką.

Wysokiej rangi esesman Jacob Sporrenberg zeznał po wojnie, że w drugiej połowie 1944 r. rozpoczęto „modelowanie" sobowtórów kluczowych niemieckich dygnitarzy. W przypadku sobowtóra Ericha Kocha, gauleitera Prus Wschodnich, konieczne było usunięcie zdrowych zębów. Sobowtór złożył podanie, by tego zabiegu nie przeprowadzać. Zostało ono odrzucone przez Himmlera. „Idealne oszustwo anatomopatologiczne wymaga długich przygotowań. Sobowtór zostaje »ulepszony« dzięki chirurgii plastycznej i specjalistycznym zabiegom stomatologicznym, które powinny go uczynić nie tyle podobnym, ile identycznym z oryginałem. Zamordowanie sobowtóra uniemożliwia wtedy ujawnienie oszustwa przez wykrycie różnic w sposobie wysławiania się czy zachowania" – pisał Hugh Thomas. W przypadku Hitlera można założyć, że jego sobowtóra zaczęto przygotowywać wcześniej niż w przypadku innych nazistowskich dygnitarzy, że na jednym się nie skończyło i że takie osoby nie miały prawa trafić w ręce alianckich tajnych służb.

Do końca nie wiadomo, co się stało z Welerem. Ada Pietrowa i Peter Watson podają, że jego zwłoki znaleziono w ruinach Kancelarii Rzeszy. Kontrowersyjny brytyjski autor Hugh Thomas pisał natomiast, że Weler przeżył wojnę i był przesłuchiwany przez Amerykanów.

Wiele niejasności towarzyszy także okolicznościom śmierci Hitlera. Fragment czaszki przechowywany w archiwach rosyjskiego wywiadu okazał się, według jednego z badań, fragmentem czaszki kobiety. Są też poważne niejasności dotyczące rzekomego uzębienia Hitlera zbadanego przez sowieckich specjalistów, a także sprzeczności w relacjach świadków dotyczących śmierci niemieckiego przywódcy. Anomalii w tej sprawie jest tak dużo, że sprowokowały powstawanie wielu teorii spiskowych mówiących, że Hitler uciekł z berlińskiego bunkra do Argentyny. Josef Spacil, wysokiej rangi oficer SS, przechwalał się później w amerykańskim obozie jenieckim, że zwłoki Hitlera bardzo dobrze ukryto. Pochowano je w miejscu, w którym nikt nie będzie ich szukał. Nie mówił jednak, gdzie i kiedy odbył się ten pogrzeb. Mówienie o takich sprawach było niebezpieczne, choćby dlatego, że jeszcze długo po wojnie funkcjonowały w Niemczech tajne siatki broniące interesów dawnych nazistów i mające silne umocowanie w tajnych służbach.

Państwo SS

W 1945 r. karykaturzysta Leslie Illingworth opublikował genialny rysunek przedstawiający Hitlera jako marionetkę siedzącą na kolanach Heinricha Himmlera, której Himmler podsuwa mikrofon. Zatytułował ją „Głos jego sługi". Ta karykatura wyraźnie sugerowała, że to Himmler był prawdziwym władcą Rzeszy. Po zamachu z 20 lipca 1944 r. rola szefa SS mocno wzrosła, kosztem m.in. armii. Można go bez wahania uznać za głównego beneficjenta nieudanego zamachu stanu.

Pewne poszlaki wskazują zresztą, że Himmler wiedział o przygotowaniach do zamachu. Jego ludzie aresztowali na początku lipca 1944 r. dwóch działaczy opozycji, którzy negocjowali z von Stauffenbergiem skład nowego rządu Rzeszy. Walter Schellenberg, bliski współpracownik Himmlera, co najmniej od czerwca wiedział, że „coś jest na rzeczy", a informował go o tym płk Georg Hansen, szef kontrwywiadu Abwehry. Gdy doszło do zamachu, Himmler pojechał samochodem do Wilczego Szańca. Wcześniej na coś czekał. Przez kilka następnych godzin nie postawił w stan alarmowy sił policyjnych i SS. Kazał natomiast szybko sprowadzić na miejsce specjalistów od kryminalistyki, aby zabezpieczyli (zatuszowali?) ślady.

Co by się stało, gdyby zamach w Wilczym Szańcu się udał? Usunięcie Hitlera stanowiłoby okazję do resetu relacji z aliantami zachodnimi – do negocjacji pokojowych. A gdyby w takim przypadku Amerykanie i Brytyjczycy odrzucili ofertę pokojową? Co bowiem Niemcy miały aliantom do zaoferowania w lipcu 1944 r., gdy klęska zaglądała im w oczy? Brytyjczycy mogli się łudzić, że uda się uczynić z Niemców barierę przeciwko Sowietom. Decydujący głos mieli jednak Amerykanie, a im bardziej opłacało się dobić Niemcy i zmienić Europę Zachodnią na swoją modłę, niż pozwolić Niemcom przetrwać. W przypadku śmierci Hitlera i fiaska rokowań pokojowych z aliantami w Niemczech zaczęłaby się walka o władzę pomiędzy hitlerowskimi dygnitarzami. Himmler miałby w tej walce dużą przewagę dzięki kontroli nad SS i tajnymi służbami. Jego popularność w społeczeństwie nie była jednak duża. Potrzebowałby więc popularnego figuranta, który nominalnie rządziłby Rzeszą, pozwalając w tym czasie Himmlerowi pociągać za sznurki. Idealny scenariusz przewidywałby, że Hitler „cudownie ocaleje" i da wolną rękę Himmlerowi. Przynajmniej na kilka miesięcy, podczas których można by ewakuować ludzi i kapitały z walących się Niemiec do Ameryki Południowej. Rzeszy nie dało się już wówczas ratować.

Policzone były też dni Mauzoleum Tannenbergu. Zostało wysadzone w powietrze przez Niemców 21–23 stycznia 1945 r. W 1949 r. zaczęła się rozbiórka ruin przeprowadzana przez żołnierzy „ludowego" Wojska Polskiego, a granitowe i marmurowe płyty z tego monumentu trafiły na budowę m.in. Domu Partii w Warszawie oraz Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina. Na miejscu mauzoleum, pod trawą i warstwą ziemi, zostało jednak wiele ton gruzu i zapewne także niewybuchów. Czy jest tam też wciąż pogrzebana trumna, którą złożono 3 sierpnia 1944 r.?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA