fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Papierowa bitwa o Kongo

Edmund Morel (1873–1924) po analizie dokumentów przewozowych, które dotyczyły floty krążącej między Belgią a Kongiem, uznał model biznesowy Wolnego Państwa Konga za szalbierstwo
Wikipedia
Niewolnictwo w Afryce: Edmund Morel nie był pierwszym dziennikarzem śledczym, lecz jako pierwszy udowodnił, że nawet króla można pokonać gazetą.

Prasa tradycyjnie żyje z nikczemności dygnitarzy i dwulicowości moralistów. Choć w początkach XX w. francuska cenzura wciąż zabraniała publikowania nieprzyzwoitych karykatur Edwarda VII, koronowane głowy już nie były bezpieczne od unurzania w drukarskiej farbie. Jednak i wtedy nie brakło autorytetów moralnych, których krytyka uchodzi za niegodziwość. Jeszcze w 1901 r. taką osobistością był Leopold II, król Belgii i Wolnego Państwa Kongo. I bynajmniej nie szło o monarszą godność, lecz o wizerunek bezinteresownego filantropa i mecenasa nauki. Leopold mógłby uchodzić za pierwowzór celebrytów walczących o prawa człowieka, pokój na świecie i ochronę przyrody równocześnie. Któż jak nie Leopold ratował miliony istnień, finansując badania nad śpiączką afrykańską? Ataki na bożyszcza dobrych ludzi do dziś uchodzą za podłość. A Leopold nie tylko głosił słuszne poglądy, lecz też śmiało wprowadzał je w czyn, największym dziełem króla zaś było Wolne Państwo Kongo.

Cudowny projekt

Wbrew uproszczeniom Kongo nie należało do Belgii ani do króla Leopolda, lecz było suwerennym państwem. Także Leopold formalnie władał Kongiem na tyle, na ile królowa angielska panuje w Australii i nawet nie odwiedził stworzonego przez siebie królestwa.

Mała Belgia, która istniała dzięki politycznej protekcji Francji, była zbyt nieistotnym państwem, by stawać do kolonialnych rozgrywek. Z powodu nieprzezwyciężonej słabości wpisała do konstytucji zakaz zamorskiej ekspansji, za rację stanu uznając neutralność i – jak kpiła Europa – „notoryczny pacyfizm". Afrykański tort był już zresztą podzielony, a ostatnim wolnym kęsem, czekającym na rozstrzygnięcia mocarstw, było niezbadane dorzecze Konga. Jedynym Europejczykiem, który eksplorował tamtejsze lasy deszczowe, był walijski awanturnik i dziennikarz Henry Morton Stanley, znany z odnalezienia Livingstone'a. Zlekceważone w Anglii wyniki jego amatorskich badań wzbudziły żywe zainteresowanie Leopolda II.

Jednak król Belgii nie wysunął roszczeń kolonialnych do Konga. Wręcz przeciwnie – zażądał ratowania skrawka wolnej Afryki przed imperialnymi zakusami. Szczytny cel, poparty akcją propagandową, wsparła rzesza filantropów, naukowców i innych światowych osobistości. Z nimi Leopold założył Międzynarodowe Stowarzyszenie Afrykańskie i pozwolił się mianować jego prezesem. Kadencja miała trwać rok, lecz król uległ sile demokracji, gdy został ponownie wybrany. Wynajęty przez Leopolda Stanley przez trzy lata sporządzał mapy, prowadził badania terenowe, a przede wszystkim podstępem, przekupstwem i przemocą zbierał od miejscowych królów i wodzów plemiennych akty przekazania ziemi stowarzyszeniu.

Na decydującą konferencję w Berlinie Leopold, jako król trzeciorzędnego mocarstwa, nie zostałby zaproszony. Pojechał tam jako przedstawiciel świata pragnącego dać rdzennym mieszkańcom Konga niezależne państwo. Autochtoni mieli wkroczyć w XX w. suwerennie, gdy tylko dojrzeją do samodzielności. Do tego czasu wolna od politycznych nacisków społeczność międzynarodowa miała jednoczyć zwaśnione plemiona, zwalczać plagę niewolnictwa, nieść kaganek oświaty i ewangelizować. Świat znał projekt Leopolda jako ponadnarodowe przedsięwzięcie humanitarne, broniące interesów Konga przed chciwością mocarstw.

Berlińskie negocjacje z 1884 r. tylko wieńczyły dyskretną kampanię dyplomatyczną. Leopold obiecał Francji pierwszeństwo w przejęciu Konga, gdyby przedsięwzięcie zbankrutowało; Anglię i Niemców łudził przywilejami handlowymi, a Ameryka marzyła o relokacji do Afryki byłych niewolników. Poparcie Stanów Zjednoczonych okazało się kluczowe, a Leopold nie szczędził pieniędzy dla lobbystów z otoczenia ówczesnego prezydenta Chestera Arthura. Znamienne, że opłacany przez Leopolda Stanley w Berlinie wystąpił jako doradca i członek amerykańskiej delegacji. Amerykanie przybyli na konferencję zdecydowani poprzeć plan, dlatego Kongres uznał niepodległość Konga już w kwietniu 1884 r. Śladem Ameryki poszły europejskie mocarstwa, zadowolone, że Kongo nie trafia w ręce rywali. Następnego roku nad Afryką Zachodnią załopotała flaga Wolnego Państwa, którego oficjalną dewizą były „Postęp i praca".

Wśród donatorów projektu znalazła się charytatywna fundacja Rothschildów, a liczący na zyski z handlu belgijski rząd wsparł Leopolda milionem franków nieoprocentowanej pożyczki. Armia europejskich najemników, zwana Siłami Publicznymi, szybko zdobyła kontrolę nad całym dorzeczem. Realny opór stawili tylko arabscy handlarze niewolnikami, lecz ich rozgromienie przysporzyło Leopoldowi jeszcze większej chwały. Potem nad Kongiem zapadła nieprzenikniona kurtyna milczenia. Przez 15 lat jedynym źródłem informacji o Wolnym Państwie były służby Leopolda oraz oficjalne sprawozdania handlowe. Mało kto widział Kongo na własne oczy, ponieważ dostęp do kraju był ściśle reglamentowany.

Narodziny dziennikarza

W 1891 r. Siły Publiczne Leopolda kończyły pacyfikację Konga, kiedy do Anglii zjechał 17-letni Georges Morel de Ville, urodzony w Paryżu syn francuskiego urzędnika. Jego matka wracała do rodzinnego kraju, ponieważ owdowiała, zostając bez środków do życia. Chłopak naturalizował się jako Edmund Morel i mimo niedokończonej edukacji natychmiast znalazł pracę w Liverpoolu. Miał szczęście, ponieważ spółka żeglugowa Eldera Dempstera dostała lukratywny kontrakt na przewóz frachtu między Belgią i Kongiem, dwujęzyczny pracownik był więc firmie pilnie potrzebny.

Praca Morela w departamencie Konga wyrodziła się w naukową fascynację Afryką. Pochłaniał fachowe publikacje, studiował mapy, analizował statystyki gospodarcze i doniesienia o polityce kolonialnych mocarstw, a biegła znajomość francuskiego poszerzała jego wiedzę o wydarzenia spoza angielskiej strefy wpływów. Podczas podróży służbowych między Anglią i Belgią rozmawiał z marynarzami i przedsiębiorcami, którzy na własne oczy widzieli wszystko, o czym sam tylko czytał. Mimo braków w formalnym wykształceniu po dwóch latach Morel został domorosłym ekspertem od spraw Afryki.

Borykając się z problemami finansowymi, Morel chciał spożytkować pasję do zarobienia dodatkowych pieniędzy. Posyłał do gazet artykuły o tematyce afrykańskiej i, choć nigdy nie był na Czarnym Lądzie, spotkał się z zainteresowaniem wydawców. Redakcje z uznaniem dostrzegły jego rzetelność i dogłębną znajomość faktów, przez co teksty zyskiwały na wiarygodności. W pierwszym artykule, podpisanym własnym nazwiskiem, na łamach konserwatywnej „Pall Mall Gazette", Morel krytykował brytyjskie zaniedbania w budowie afrykańskiej infrastruktury. Odtąd pisywał do kilkunastu periodyków równocześnie, koncentrując się na afrykańskiej gospodarce i polityce. Konikiem Morela było zwalczanie protekcjonizmu mocarstw, zwyczajowo zamykających kolonie przed zagraniczną konkurencją. Używając tego punktu widzenia, jeszcze w 1894 r. pod niebiosa wynosił dzieło Leopolda. I właśnie badając przepływy towarów z metropolii do afrykańskich dominiów, Morel odkrył szalbierstwo ukryte za ideą Wolnego Państwa Konga.

Plotki o działalności Leopolda krążyły od dawna. W 1891 r. „New York Times" opublikował list prezbiteriańskiego misjonarza George'a Williamsa, który z trudem dotarł do Konga, by wkrótce z niego uciec. Duchowny oskarżył Leopolda o tolerowanie niewolnictwa i masowych zbrodni, jako pierwszy używając zwrotu „zbrodnie przeciw ludzkości". Autor zmarł przed powrotem do Ameryki, z inspiracji Leopolda pomówiony w gazetach o kłamstwa, cudzołóstwo i upadek moralny.

Zbiorowe morderstwo, dokonane na jego oczach, opisał misjonarz William Shepard, lecz został uciszony groźbą grzywny i deportacji. Leopold poradził duchownemu, by zamiast pisać do gazet, skargi kierował bezpośrednio do niego. Groźbą więzienia za pomówienia uciszono szwedzkiego misjonarza Edwarda Sjöbloma, gdy podobne rewelacje ogłosił w angielskiej prasie. Częściowo autobiograficzne opowiadania Josepha Conrada „Placówka postępu" oraz słynne „Jądro ciemności" publiczność odczytała jako ogólną metaforę kolonializmu, nie odnosząc jej do Leopolda.

Większą determinację wykazało Międzynarodowe Towarzystwo Obrony Aborygenów, ale podobnych radykałów nie traktowano poważnie. Rasizm, świeżo wsparty teorią Darwina, był wtedy społeczną normą. Rasistą był także Morel, który po wojnie oprotestował wysłanie afrykańskich żołnierzy do okupacji Nadrenii. Wszystko to jednak były pogłoski, niepoparte dowodami i łatwe do zakrzyczenia przez prasę, łasą na pieniądze lobbystów. Ich publikowanie narażało na procesy o zniesławienie i krzywoprzysięstwo, co w starciu z maszynerią prawniczą króla groziło gazetom bankructwem. Dopiero Morel dotarł do zapisanych czarno na białym faktów.

Prawda ukryta w liczbach

Po analizie dokumentów przewozowych, dotyczących floty krążącej między Belgią a Kongiem, Morel uznał model biznesowy Wolnego Państwa za nieprawdopodobny, gdyby nosił pozory uczciwości. Chociaż do Antwerpii wędrowały kauczuk i kość słoniowa, w przeciwną stronę nie płynęło nic, co mogło służyć wymianie handlowej. Zamiast tego cztery piąte ładunków docierających do Konga stanowiły broń, amunicja i najemnicy, nie licząc materiałów do utrzymania linii kolejowej i parowców. Krótko mówiąc, firmy działające w Kongu nie płaciły ani za wywożone surowce, ani za pracę włożoną w ich uzyskanie. Jedynym sposobem pozyskiwania tak ogromnego majątku musiały być niewolnictwo i instytucjonalny rabunek.

Pozyskiwanie kauczuku z dziko rosnących i mało wydajnych afrykańskich pnączy powinno być nieopłacalne w konkurencji z plantacjami z Ameryki Południowej i Azji. Tymczasem każde 2 franki zainwestowane w Kongu przynosiły dywidendę w wysokości ponad 2 tys. franków rocznie. Co więcej, gros zysków rozpływało się na utajonych kontach, ponieważ informacje o transportach nie trafiały do oficjalnych sprawozdań.

Wejścia na ten intratny rynek strzegł szczelny system koncesyjny, dający posiadaczom licencji nieograniczony monopol i władzę na swoim terenie. Sposób uzyskania koncesji w Kongu był jeden – większościowym udziałowcem spółki musiał być Leopold. Największą z takich firm był kauczukowy potentat o nazwie Abir, z początku uchodzący za spółkę angielsko-belgijską dzięki podstawionemu przez Leopolda fikcyjnemu udziałowcowi z Wielkiej Brytanii. Angielski wspólnik znikł natychmiast, gdy Leopold przestał dbać o pozory, a dzięki sutym łapówkom rozszerzył swój system na Kongo Francuskie.

Wchodzenie w paradę kongijskim monopolom bywało naprawdę niezdrowe. Angielski przedsiębiorca Henry Stokes został powieszony bez sądu, gdy próbował robić interesy na kości słoniowej. Zamordowano także kupca Gustawa Rabinka, który z austriackiego Olmütz przyjechał do Konga handlować kauczukiem. Na nic zdały się wystawione przez francuskie władze pozwolenia i koncesje.

Zawodowy wróg Leopolda

Wobec konfliktu interesów Morel swe rewelacje opublikował pod pseudonimem, ale gdy materiał przedrukowały najpoważniejsze dzienniki, tożsamość autora przestała być tajemnicą. Spółka Eldera Dempstera ryzykowała utratę najpoważniejszego klienta, a jej dyrektor, sir Alfred Jones, nie przypadkiem był konsulem honorowym Wolnego Państwa w Liverpoolu. Zrazu szefowie użyli jedwabnych rękawiczek do uciszenia pracownika obietnicą awansu, lecz Morel zdecydował o polubownym rozstaniu. Nigdy nie potwierdził, że wyrzucono go z pracy.

Z konieczności Morel przeniósł się na wieś i został zawodowym wrogiem Leopolda. W pierwszych publikacjach skupił się na krytyce kongijskiego protekcjonizmu i monopoli, niewolnictwo atakując z punktu widzenia praktyk dumpingowych i nieuczciwej konkurencji. Skuteczniej niż do uczuć humanitarnych przemawiał do moralności biznesowej, a zainteresowanie organizacji gospodarczych uznał za ważniejsze od lamentów obrońców praw człowieka. Drukując liczby i dane statystyczne, Morel trafił w najczulszy punkt angielskich elit gorączkowo szukających rynków zbytu. Dzięki temu Morel znalazł wsparcie wpływowych milionerów. Za pieniądze armatora i kupca Johna Holta, zbijającego kokosy w Afryce Zachodniej, Morel założył pismo „West Africa Post" i wybił się na niezależność. Chociaż periodyk był raczej niszowy, najpoczytniejsze tytuły chętnie rozpowszechniały sensacje o Kongu. Do Holta dołączył magnat czekoladowy William Cadbury, a potem cała Izba Gospodarcza w Liverpoolu, która mianowała Morela swoim członkiem.

Nie mniej istotna pomoc szła od misjonarzy pracujących w Kongu. Dzięki rozgłosowi i zdobytemu zaufaniu dziennikarz stał się adresatem ich obszernych i szczegółowych sprawozdań z Wolnego Państwa. Szczególnie cenny był pierwszy kieszonkowy aparat fotograficzny Kodaka, używany przez żonę amerykańskiego pastora ewangelizującego tubylców. Alice Harris niestrudzenie fotografowała dowody zbrodni systemu Leopolda i wysyłała je Morelowi. W odwecie spółka Abir zaczęła konfiskować misjonarzom pocztę i łodzie, aż w końcu posunęła się do zbrojnych ataków. Sporo wiedzy o sytuacji w Kongu dostarczył były agent handlowy kongijskiej firmy. Wiedza o Wolnym Państwie była coraz spójniejsza i przerażająca.

W 1903 r. solidne wsparcie finansowe umożliwiło wydanie aż dwóch broszur o znamiennych tytułach: „Potworności Konga" i „Kongijskie państwo niewolnicze". Prawdziwym przełomem była skończona rok później książka Morela o zachodniej Afryce, bogato ilustrowana zdjęciami pani Harris. Zobaczyć, znaczyło więcej, niż przeczytać, a jak później napisał Mark Twain, tylko aparat fotograficzny nie brał łapówek od Leopolda. Po lekturze książki recenzent z „The Times" uznał zbrodnie w Kongu za potworniejsze od amerykańskiego niewolnictwa.

Kosze pełne obciętych dłoni służących za rozliczenie zużytej amunicji, głowy i penisy dla budzenia strachu, eksponowane na płotach wiosek, zakładnicy mordowani za niedostarczenie oczekiwanej ilości kauczuku, chłosta, gwałty i masowe mordy, a nawet zachęcanie plemion, będących na służbie Wolnego Państwa, do kanibalizmu, by oszczędzić na zakupie żywności – wszystko to wstrząsnęło zachodnią opinią publiczną. Używając skorumpowanych gazet, Leopold usiłował przedstawić Morela jako agenta spisku kolonialnych mocarstw, ale artykuł za artykułem, odczyt za odczytem, król Konga tracił dawną charyzmę.

Już w 1903 r. sojusz izb gospodarczych największych angielskich miast zmusił Izbę Gmin do zajęcia się problemem Konga. Mimo ociągania i obstrukcji rządu, w tym ministra spraw zagranicznych Greya i George'a Curzona, debata się odbyła, a publikacje Morela wielokrotnie przywoływano. By nie podejmować decyzji na podstawie informacji prasowych, parlament zobowiązał Rogera Casamenta, pełniącego urząd konsula w Kongu Francuskim, do sporządzenia raportu o sytuacji w Wolnym Państwie.

Pozorne zwycięstwo

Rok później niezwykle zwięzły i biurokratycznie oschły dokument z inspekcji robił większe wrażenie niż cała kwiecista publicystyka. Wielu polityków, w tym ambasador w Belgii, naciskało, by raport całkowicie utajnić. Jednak po kilku zorganizowanych przez Casamenta przeciekach do prasy nie było innego wyjścia niż publikacja.

Morel szybko zaprzyjaźnił się z Casamentem, a za jego pośrednictwem poznał artystę i podróżnika Herberta Warda, uczestnika pierwszej kongijskiej wyprawy Stanleya. Panowie założyli Stowarzyszenie Reformatorów Konga, czym na własny koszt zajął się Ward, rejestrując oddział także w Stanach Zjednoczonych. Do założycieli dołączyła rzesza sławnych pisarzy z obu stron Atlantyku, przemysłowców, a nawet czterech anglikańskich biskupów. Aktywnymi członkami były takie osobistości, jak Joseph Conrad, Arthur Conan Doyle i Anatol France.

Rozumiejąc znaczenie nowej globalnej potęgi, Morel ruszył na podbój Stanów Zjednoczonych, korzystając z Kongresu Pokoju w Bostonie. Największe gazety poświęciły wizycie po kilka stron, więc jego obecność trudno było zignorować. Morela przyjęli prezydent Roosevelt i sekretarz stanu, co dziennikarz wykorzystał, podkreślając szczególną odpowiedzialność Ameryki za Kongo, ponieważ pierwsza uznała suwerenność Wolnego Państwa. Przy okazji poznał Marka Twaina, który pod jego wpływem napisał paszkwil „Monolog króla Leopolda".

Leopold, skoligacony z większością głów panujących w Europie, od którego pieniędzy zależał los niezliczonych przedsiębiorstw, bez skrupułów korumpował dziennikarzy, naukowców i polityków. W prestiżowej sali Waldorff-Astorii znany uczony wygłosił odczyt pt. „Państwo Kongo jako najjaśniejszy rozdział w historii Afryki", a wiele szacownych gazet wprost atakowało Morela. Skandal wybuchł, gdy dziennikarz i prawnik Henry Kowalsky, jeden z opłacanych przez Leopolda lobbystów, za pośrednictwem prasy pokłócił się z królem o należne pieniądze. Niektórzy wprost obawiali się o życie Morela. Podczas podróży do Brukseli nie odstępowała go zgraja szpicli, a kilka życzliwych osób radziło mu kupić rewolwer.

W końcu Leopold postanowił powołać własną komisję do zbadania sytuacji w Kongu. Choć nie dopuścił nikogo z Wielkiej Brytanii, wytypowani przez niego przedstawiciele Belgii, Włoch i Szwajcarii także go pogrążyli. Co gorsza, raport nie tylko opisał zbrodnie Wolnego Państwa, ale także ukryte zyski Leopolda.

Król obiecał reformy, zmienił dyrektora spółki Abir na Amerykanina, lecz tylko jeden agent, winny śmierci 122 osób, został skazany na 5 lat więzienia. Ponieważ presja nie zmniejszała się, po kolejnej broszurze Morela, zatytułowanej „Krwawy Kauczuk", najpierw Kongres Stanów Zjednoczonych w 1906 r., a potem brytyjski rząd, zażądał od Belgii aneksji Wolnego Państwa.

Po długotrwałym uporze i wypłaceniu Leopoldowi 2 milionów franków odszkodowania (Leopold, poutykawszy pieniądze po zagranicznych kontach, oficjalnie był bez grosza, a nawet zadłużył się na działalność dobroczynną) Bruksela zdecydowała się wkroczyć do Konga 8 listopada 1908 r. Zgodnie z obawami Morela niewiele zmieniło to w sytuacji mieszkańców, ponieważ nową kolonią wciąż rządzili ci sami ludzie i firmy. Leopold przeżył swoje państwo tylko o rok, umierając w 1909 r. na raka jelita.

Gdy przyszła Wielka Wojna, w której Belgii przyznano rolę ofiary, świat przestał interesować się Kongiem. Casament, opuszczony przez przyjaciół z czasów batalii o Kongo, został powieszony za zdradę, a Morel trafił do więzienia za łamanie rygorów wojennych. Po wojnie został politykiem i sympatyzował z Sowietami jako deputowany z ramienia Partii Pracy. Tylko Leopold nadal ma w Belgii swoje pomniki, place i muzea swojego imienia.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA